"Jak chcecie zwyciężyć, jeśli nie chcecie iść?" Roman się nie bał, a potem spadły na niego pociski z drona
Po dwóch latach pełnoskalowej wojny wciąż nie wiadomo, ilu dokładnie ukraińskich żołnierzy zginęło i ilu cywilów zostało zabitych. Eksperci z Centrum Europy Wschodniej UMCS podają liczby, ale w przybliżeniu. Może chodzić o 50-70 tys. zabitych i nawet 120 tys. rannych żołnierzy. - Za każdą tą liczbą, za każdą statystyką są konkretni ludzie. Zawsze to jest czyjś mąż, ojciec, wnuk. Ja straciłam starszego brata. Byliśmy ze sobą od zawsze bardzo blisko. Był moim opiekunem i przyjacielem. Straciłam jedną z najważniejszych osób w życiu - wzrusza się w rozmowie ze mną Bogdana Sikorskaya.
Wybrano pięciu żołnierzy, dwóch odmówiło, ale on nie
Od czterech lat mieszka we Wrocławiu. Teraz pojechała do Ukrainy na pogrzeb brata. Rodzice mieszkają na wsi niedaleko Odessy. Jej brat najpierw bronił Marjinki w obwodzie donieckim. Zginął w okolicach wsi Werbowe - w połowie drogi między Mariupolem a Zaporożem. - Wykonywał specjalne operacje na tyłach wroga - opowiada Dana. Jej brat Roman Sikorski służył razem z najlepszym przyjacielem w 132. Samodzielnym Batalionie Rozpoznawczym, wchodzącym w skład ukraińskich Sił Desantowo-Szturmowych.
Tego dnia, 22 stycznia, przyszedł rozkaz. Kolejne zadanie bojowe. - Wybrano pięciu żołnierzy, z których dwóch odmówiło wyjścia. Wtedy Roman powiedział: 'Jak chcecie zwyciężyć, jeśli nie chcecie iść?'. I poszedł. To było bardzo trudne zadanie, ponieważ poprzednia grupa nie wróciła… - wspomina siostra ukraińskiego żołnierza.
Roman szedł pierwszy, za nim był jego przyjaciel - Bogdan, a za nimi porucznik. - Na Romana spadły pociski z drona, został ciężko ranny w nogi. Gdy pozostali żołnierze przyszli go ratować, kazał im nie podchodzić. Powiedział: Uciekajcie, zaraz dron przyleci drugi raz i wtedy nas już nikt nie znajdzie. Miał rację. Dron przyleciał jeszcze dwukrotnie - opowiada siostra poległego. O tym, co się wydarzyło, wie od porucznika, który przeżył i opowiedział wszystko rodzinie.
Po dwóch godzinach żołnierze wrócili po Romana. Jeszcze wtedy żył. Zmarł podczas transportu w ramionach swojego najlepszego przyjaciela. Bogdan zginął następnego dnia. Miał 21 lat. Roman 25. - Całe życie było przed nimi. Mieli plany, mieli przyjaciół, swoje pasje - wzrusza się siostra.
Rodzina wspomina, że w czasie wojny Roman stawał się coraz bardziej poważny. Chłopak, który zawsze wszystkich rozbawiał, dawał nadzieję, wspierał - zaczął zamykać się w sobie. Bardziej obserwował, mniej mówił. Mimo wojny, trudnych zadań stał się łagodniejszy, częściej rozmawiał z bliskimi. Troszczył się o psy, które zostały w Marijnce po ewakuacji.
'Czekanie było najgorsze'
Rodzina cieszy się, że udało się wyciągnąć ciało żołnierza z okupowanego przez Rosjan terytorium. Czekali na to dwa tygodnie. Najpierw, 26 stycznia, dowiedzieli się, że Roman został uznany za zaginionego 'bez śladu'. - To czekanie było najgorsze. Ta niepewność. Po dwóch tygodniach, 7 lutego, oficjalnie przyszła wiadomość o śmierci Romy. Dostaliśmy potwierdzenie, że zginął w czasie wykonywania zadania bojowego. Żołnierzom udało się znaleźć ciało. Bardzo ryzykowali. Zrobili to dla nas, dla rodziny. Jednak bardzo wiele ukraińskich rodzin nie może pożegnać swoich bliskich. Bo ciała żołnierzy, którzy zginęli na tej wojnie, zostały na okupowanych przez wroga ziemiach. Nie można ich pożegnać, nie można ich godnie pochować. To jest koszmar - opowiada Dana Sikorskaya.
Teraz siostra zmarłego żołnierza zbiera podpisy pod petycją, żeby ukraiński rząd uznał Romana za bohatera. - Robię to po to, żeby historia o nim nie zapomniała, żeby nie był jedną z tysięcy anonimowych ofiar wojny. Żeby za 20-30 lat wszyscy pamiętali, że Roman Sikorski, który zginął na froncie, zrobił coś bardzo ważnego dla naszego kraju - podkreśla.