Heweliusz "był niezdatny do żeglugi". Wdowie "zaproponowano pięć tysięcy złotych"
Mimo upływu ponad 30 lat katastrofa promu "Jan Heweliusz" wciąż jest owiana wieloma tajemnicami i budzi duże emocje. Jak zwracał uwagę w TOK FM Adam Zadworny, autor książki "Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku", z prawomocnego wyroku wydanego w 1999 roku przez Odwoławczą Izbę Morską w Gdyni "właściwie nic nie wynika". - Wdowa po cieśli okrętowym powiedziała mi, że zamknęła tę sprawę, trzaskając drzwiami do sali sądu w Szczecinie, gdzie w ramach ugody za śmierć jej męża zaproponowano jej pięć tysięcy złotych - mówił.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Do streamingu trafił serial "Heweliusz", inspirowany tragedią zatonięcia promu "Jan Heweliusz" w 1993 roku, gdzie zginęło 55 osób;
- Izba Morska w Gdyni w 1996 roku orzekła, że prom był niezdatny do żeglugi, co przyczyniło się do katastrofy, od tego wyroku właściciel statku i armator złożyli jednak odwołanie;
- Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał zadośćuczynienie bliskim ofiar, uznając, że postępowania w polskich izbach morskich były nieobiektywne.
5 listopada na platformie Netflix miał premierę serial "Heweliusz" powstały na podstawie scenariusza Kaspra Bajona w reżyserii Jana Holoubka. To fikcyjna historia inspirowana licznymi wątkami i wspomnieniami zaczerpniętymi ze źródeł dotyczących zatonięcia promu "Jan Heweliusz" podczas sztormu w pobliżu niemieckiej wyspy Rugia w 1993 roku. Zginęło wówczas 55 osób: 35 pasażerów, w tym dwoje dzieci i 20 członków załogi. Odnaleziono 39 ciał. Ofiary śmiertelne to obywatele Polski, Austrii, Węgier, Szwecji, Czech i Norwegii.
- Kiedy dwa dni po katastrofie do wszystkich dotarło, że to największa katastrofa morska w powojennej Polsce, wszyscy rzucili się do tego, żeby ją w jakiś sposób wyjaśnić. Bardzo wiele instytucji próbowało rozwikłać zagadkę "Heweliusza". To były prokuratury w Szczecinie i Gdańsku, ale przede wszystkim izby morskie - mówił w TOK FM Adam Zadworny, autor książki "Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku", dziennikarz "Gazety Wyborczej".
Jak przypomniał, trzy miesiące po tym, jak doszło do zatonięcia promu, "komisja resortowa, na której czele stał Zbigniew Sulatycki, ówczesny wiceminister resortu odpowiedzialnego za żeglugę morską, orzekła, że jedynym winnym jest huragan Junior". - Nikt w to nie uwierzył - zaznaczył Zadworny. Jak zauważył, "chodziło o ochronę państwowego przedsiębiorstwa, rację stanu, obronę polskiej bandery". - Te sprawy były dla ówczesnej władzy ważniejsze niż prawda i sprawiedliwość - powiedział.
- Od początku było wiadomo, że przyczyn (katastrofy) należy dopatrywać się w samym promie i jego i przeszłości. (...) Kiedy komisja resortowa wydała swój raport, wszyscy w napięciu czekali, co powiedzą izby morskie. Najbardziej oczywiście wdowy (po kierowcach ciężarówek i marynarzach, którzy zginęli - red.). One dowiedziały się, że już nie tylko huragan Junior, ale kapitan Andrzej Ułasiewicz, który miał popełnić kilka błędów, jest współodpowiedzialny za katastrofę. Ludzie morza w to również nie uwierzyli - mówił gość TOK FM.
Prom "nie powinien w ogóle wyjść w morze"
Jak wskazał, "to orzeczenie z przyczyn formalnych się nie utrzymało". Proces zaczął się od początku przed izbą morską w Gdyni. Ta w 1996 r. wydała "'rewolucyjne orzeczenie, bo pierwszy raz w historii izb morskich przyznano, że za katastrofę odpowiedzialny jest właściciel statku. Izba powiedziała, że 'Jan Heweliusz' tamtej nocy w ogóle nie powinien wyjść w morze, ponieważ był niezdatny do żeglugi"'.
Wśród powodów wymieniono m.in to, że po pożarze, który w 1986 roku wybuchł na pokładzie promu i w związku z którym przeprowadzono poważny remont, nie zbadano, czy zmieniła się stateczność promu. - Inny powód był taki, że miał nieszczelną furtę rufową - dodał dziennikarz.
Podkreślił, że "to był pierwszy wyrok, który spotkał się z oklaskami, gdy został ogłoszony", ale jednocześnie "groźny dla właściciela statku i armatora", którzy się od niego odwołali.
"Orzeczenie, z którego właściwie nic nie wynika"
- W 1999 roku Odwoławcza Izba Morska w Gdyni wydała orzeczenie, z którego właściwie nic nie wynika. Najczęściej pojawiającym zwrotem jest "prawdopodobnie" albo "nie sposób ustalić" - zwrócił uwagę Adam Zadworny. - Sędzia, wydając to orzeczenie, wielokrotnie podkreślał, że sprawa miała charakter poszlakowy, nie odnaleziono dziennika okrętowego i zginęli kluczowi świadkowie na czele z kapitanem. Ani razu nie padło słowo "wina", w związku z czym wszyscy czuli się uniewinnieni. Wdowy były niezadowolone, bo jeszcze latami musiały walczyć o sprawiedliwość - mówił.
- Kiedy pisałem książkę, wdowa po cieśli okrętowym Mieczysławie Ostrzyniewskim, powiedziała mi, że zamknęła sprawę "Heweliusza" mniej więcej 15 lat po katastrofie, trzaskając drzwiami do sali sądu okręgowego w Szczecinie, gdzie w ramach ugody za śmierć jej męża zaproponowano jej pięć tysięcy złotych - dodał Zadworny.
Wdowy po członkach załogi złożyły skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który w marcu 2005 r. orzekł, że każdemu z jedenastu krewnych i bliskich ofiar należy się po 4,6 tys. euro zadośćuczynienia za straty moralne. Trybunał uznał, że Izby Morskie w Szczecinie i Gdyni nie prowadziły postępowania w sprawie katastrofy promu w sposób bezstronny - pominęły część dowodów i nie przesłuchały kluczowych świadków. Zwrócono również uwagę, że przewodniczący i zastępca przewodniczącego sądu byli powoływani i odwoływani przez ministra sprawiedliwości w porozumieniu z ministrem transportu, co podważało ich niezależność. W ocenie Trybunału naruszyło to jedną z zasad Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
Myślisz, że jesteś na bieżąco ze wszystkimi newsami z ostatniego tygodnia? Sprawdź się w naszym quizie! Tylko eksperci będą mieli więcej, niż 8/10 poprawnych odpowiedzi.
Quiz: Sprawdź, czy wiesz, co ważnego wydarzyło się w kończącym się tygodniu! Quiz nie tylko o polityce
Źródło: TOK FM