"Pijany kierowca wjechał w nosze, lekarz stracił nogę". Ratownik o kulisach pracy
"Otwierano nam torby medyczne. Wyrywano sprzęt, w tym np. opatrunki, podważano nasze kompetencje. Do tego demolowano karetki. Bywało i tak, że biesiadnicy - nawet niezwiązani z poszkodowanym - wchodzili do środka i pytali: "Co słychać?", "Co robicie?". Kiedy tylko się ich wyrzucało, tłukli uporczywie po ścianach samochodu - mówi w rozmowie z tokfm.pl Jacek Wawrzynek - ratownik medyczny z wieloletnim doświadczeniem.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Za ponad dwie trzecie wszystkich interwencji Zespołów Ratownictwa Medycznego w Polsce odpowiada jedynie 50 rozpoznań medycznych. W przypadku dzieci nawet mniej, bo tylko 30;
- Jak mówi w tokfm.pl Jacek Wawrzynek, niebezpiecznych interwencji nie brakuje. - To co drugi-trzeci wyjazd na dyżurach nocnych, w weekendy, w centrum dużego miasta. Szczególnie w wakacje - zapewnia;
- "Ratownik został zaatakowany jeszcze podczas wysiadania z ambulansu. Z zaskoczenia. Lewy, prawy sierpowy. Siła uderzenia była tak duża, że miał złamaną żuchwę i znalazł się w stanie zagrożenia życia" - wskazuje konkretny przykład.
- Czym to tłumaczy? I co rodzi największą frustrację ratowników?
Ile lat pracuje Pan już jako ratownik medyczny?
18.
I jak często był Pan w niebezpieczeństwie?
Co drugi-trzeci wyjazd na dyżurach nocnych, w weekendy, w centrum dużego miasta. Szczególnie w wakacje. Pod naszą opieką - a przez wiele lat dyżurowałem w samym centrum Katowic, później w Zabrzu, aktualnie w Żywcu - były wszystkie kluczowe kluby. Otwierano nam więc torby medyczne. Wyrywano sprzęt, w tym np. opatrunki, przy czym podważano nasze kompetencje: "Nie znasz się", "Źle robisz". Demolowano karetki. Otwierano drzwi. Choć bywało i tak, że biesiadnicy - nawet niezwiązani z poszkodowanym - wchodzili do środka i pytali: "Co słychać?", "Co robicie?". Kiedy tylko się ich wyrzucało, tłukli uporczywie po ścianach samochodu. Najczęściej jednak straszyli i grozili.
Ile razy został pan zaatakowany?
Jeżeli chodzi o kontakt fizyczny, to nigdy. Zawsze udało mi się uciec, choć sytuacji niebezpiecznych nie brakowało.
...
Jeden z przypadków był bardzo specyficzny, bo zostaliśmy zaproszeni na wizytę. Wprowadzał nas do klatki syn pacjenta. Bardzo miły, sympatyczny, ale kiedy tylko weszliśmy na drugie piętro i drzwi się zamknęły, stał się agresywny. Wyzywał nas, przeklinał, próbował zaatakować, choć nie było ku temu żadnego powodu. W pewnym momencie zaczął nawet rzucać w naszym kierunku doniczkami. Pognaliśmy do karetki i odjechaliśmy z piskiem opon. Oczywiście jedną z doniczek mężczyzna rzucił też w karetkę. Inna sytuacja: centrum miasta, późny wieczór. Tutaj nawet nie sam pacjent był agresywny, co jego przyjaciele i znajomi, z którymi bawił się na imprezie. W tym przypadku w naszym kierunku poleciał kosz na śmieci. To było kilka lat temu.
A w ostatnim czasie?
Nie dalej jak kilka miesięcy temu nieprzytomny weselnik obudził się w karetce i zaczął kopać, niszczyć sprzęt i wyposażenie samochodu. Jeden z ratowników oberwał w kolano na tyle mocno, że nie mógł dalej pracować.
Skoro już o pana kolegach mowa, to o jakich sytuacjach mówi się w środowisku?
Jest ich co najmniej kilka. Ratownik został zaatakowany jeszcze podczas wysiadania z ambulansu. Z zaskoczenia. Lewy, prawy sierpowy. Siła uderzenia była tak duża - był to znajomy poszkodowanej, który trenował boks - że miał złamaną żuchwę i znalazł się w stanie zagrożenia życia. Zdarzyło się nawet - wiele lat temu, że pijany kierowca wjechał w karetkę, w tym w nosze i platformę. W efekcie jeden z lekarzy stracił nogę.
Pamiętam też sytuację, kiedy koleżanka - niska i drobna - była szarpana i popychana przez osoby towarzyszące nieprzytomnemu i pijanemu pacjentowi. Kolega z tego samego zespołu sobie poradził, bo jest dobrze zbudowany, ona już nie. Przewróciła się i złamała nos. Podobne przykłady można mnożyć. A to pacjent odzyskuje przytomność na noszach, zeskakuje z nich i kopie ratownika, a to wypada z mieszkania, chwyta ratownika za szyję i zaczyna go dusić, czy np. skacze po szpitalnym łóżku i zarywa wiszący sufit na SOR. Co ważne, większość z tych sytuacji ma miejsce po alkoholu i narkotykach.
Używki to jedno. Czym jeszcze można to tłumaczyć?
Nierzadko to pacjenci chorzy psychicznie, którzy nie są w stanie prawidłowo rozeznać sytuacji. Swoje robi też sam system ochrony zdrowia. Nie sposób się nie zdziwić, że ktoś jest zirytowany, jeżeli kolejną godzinę musi czekać na przyjęcie do szpitala albo na oddział ratunkowy. Frustracja u pacjentów narasta i dochodzi do incydentów, bo nie ma też wtedy możliwości wyjścia na papierosa czy np. wypicia kolejnego piwa.
Tyle SOR, a skąd w takim razie agresja, kiedy zespół ratownictwa dopiero przyjeżdża do pacjenta?
Przecież znamy się na wszystkim: i na mechanice samochodowej, i na polityce, i na medycynie. Wielokrotnie są sytuacje, kiedy osoby bliskie pacjentom komentują na miejscu zdarzenia pracę zespołu ratownictwa. Wymuszają wręcz pewne zachowania czy też wykonanie procedur medycznych, które nie są adekwatne do stanu zdrowia danej osoby, czym wzbudzają też irytację z drugiej strony. Skoro cała rodzina albo sam pacjent wiedzą lepiej, to po co nas wezwali?!
Inna rzecz, że personel medyczny dotychczas w bardzo niewielkim stopniu był szkolony z zakresu psychologii rozwiązywania konfliktów.
Zdarza się, że nierzadko sam eskaluje konflikt, taka jest niepopularna prawda. Wyzwalaczem bywa już samo wejście do domu, kiedy zespół od progu rzuca np. "Ale po co nas pan wezwał?!". Bywa, że sam tembr głosu i sposób prowadzenia rozmowy nawet nieświadomie doprowadza do tego, że zaczynają lecieć iskry.
To też oznacza, że wielu z tych sytuacji dałoby się uniknąć, gdyby zespół wiedział, jak sobie z takim pacjentem poradzić.
Zgoda! Ale kluczowe są nie tylko rozmowa, ale też np. ustanowienie jasnych zasad, jakie powinny panować w tej krótkiej relacji między medykiem a pacjentem i jego rodziną. Sęk w tym, że tu swoje robi też, niestety, przeciążenie pracą i liczba dyżurów - 400 godzin w miesiącu to żaden wyczyn - co wielu ratowników prowadzi do stanu przewlekłego zmęczenia.
Innymi słowy: wyprowadzić medyka z równowagi jest dużo łatwiej niż osobę niezwiązaną z tą branżą?
A nie?! Podam przykład. Klub w centrum dużego miasta. Przed nim pijana, młoda dziewczyna. Przyjeżdża zespół, atmosfera gęsta, bo współkompani zrobieni. "Szybciej, szybciej", "Co tak wolno, przecież ona umiera". Podkreślę, że nie ma sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. A zespół? Zamiast powiedzieć: "Jasne, jesteśmy, już pomożemy", "Zobaczymy, co się dzieje, "Chodźcie z nami, pomożecie nam" co byłoby dobrą metodą zduszenia konfliktu w zarodku, odpowiada: "Odsuńcie się"; "Dajcie nam pracować", "Ile wychlała? Co wy tak pijecie?". Jak widać, już nawet samym sposobem mówienia jestem w stanie wygenerować agresję.
Co jeszcze rodzi frustrację ratowników?
Oprócz wyjazdów do złamanego paznokcia, samo wyobrażenie o pracy. Szczególnie u młodych ratowników. Wielu wydaje się, że to będą katastrofy lotnicze, wypadki kolejowe, zatrzymanie krążenia itd. A okazuje się, że za ponad dwie trzecie wszystkich interwencji Zespołów Ratownictwa Medycznego w Polsce odpowiada jedynie 50 rozpoznań medycznych. W przypadku dzieci nawet mniej, bo tylko 30. Przy czym to głównie: omdlenie i zapaść, nadciśnienie tętnicze, ból brzucha, duszność i ból w klatce piersiowej, złe samopoczucie, udar mózgu czy np. "obserwacja medyczna i ocena przypadków podejrzanych o chorobę lub stany podobne".
Czyli?
To ostatnie rozpoznanie mówi wprost: pacjentowi nic nie jest. A skoro o frustracji ratowników mowa, to na to nakładają się także rutyna prostych interwencji, która czasami prowadzi do niezliczonej liczby błędów, a także np. konflikty w zespole. Szczególnie jeśli do wyboru jest kilka leków np. na obniżenia ciśnienia. Ratownik Nowak mówi wtedy: "Wolę dać taką tabletkę", a ratownik Kowalski z kolei: "Nie, ja tego nie lubię. Wolę dać to, bo tak mi pokazali 30 lat temu". Choć może się to okazać błędem. Nazywam to medycyną bazarową - jeden drugiemu przekazał, trzeci usłyszał, a czwarty wdrożył w życie. I tak to krąży na stacji: "A ja robię tak", "A ja tak", "A ten robił tak"...
Swoje robi też większa liczba interwencji, szczególnie w wakacje?
Tak! Najwięcej jest tych związanych z aktywnością fizyczną - upadki na rowerze, hulajnodze, a także wypadki drogowe. Od lat statystyki pokazują, że najwięcej ich się zdarza przy ładnej pogodzie. Dodatkowo podczas fali upałów zespoły często interweniują do zasłabnięć, omdleń i odwodnienia.
To najczęstsze interwencje. A jaka była najmniej oczywista w te wakacje?
Zbieraliśmy rowerzystę ze złamaną kością udową na trasie downhillowej. Warunki bardzo trudne. GOPR nie miał jak do niego dotrzeć - ani quadem, ani helikopterem, bo urazu doznał pod koroną drzew. Szliśmy po szutrach, z całym sprzętem. Całość interwencji, zanim udało się tę osobę bezpiecznie ewakuować, zajęła nam blisko cztery godziny.
Jacek Wawrzynek, ratownik medyczny z wieloletnim doświadczeniem, prezes Fundacji Świadomy Medyk i kierownik Zakładu Ratownictwa Medycznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego