"Pamiętam nagły krzyk jednej z kobiet, gdy zobaczyła zdjęcia swojego zbombardowanego domu"
- Wtedy nikt nie zastanawiał się, czy pomagać, tylko jak - wspomina wybuch wojny w Ukrainie Dorota Glaza. Bydgoska urzędniczka, dyrektorka Biura Aktywności Społecznej w urzędzie miasta dostała od prezydenta kilka godzin na stworzenie - w ogromnej hali targowej - magazynu, do którego trafiły dary dla uchodźców. - Wszyscy działaliśmy na najwyższych obrotach. Prezydent udostępnił Młyny Rothera na przestrzeń, gdzie bydgoszczanie przywozili jedzenie, wodę czy ubrania dla Ukraińców. W kilka godzin mieszkańcy zapełnili te przestrzenie i potrzebne było kolejne miejsce - wspomina. - Najpierw były to hale na terenie stadionu Zawiszy, a potem gigantyczne Centrum Targowo-Wystawiennicze w Myślęcinku. Weszłam tam w poniedziałek, nieco przerażona wielkością tego miejsca, a po dwóch godzinach mieliśmy tam góry ubrań! Przed wejściem stała też jeszcze kolejka bydgoszczan, którzy przywozili kolejne dary - opowiada.
Glaza zaznacza, że miasto musiało zadbać nie tylko o uchodźców, ale także o społeczników, którzy - wrzuceni w wir pomagania - zapomnieli o sobie. Niektórzy działali przez wiele godzin, a przecież musieli coś jeść, pić czy mieć gdzie odpocząć. - Przywieźliśmy im ciepłą herbatę, organizowaliśmy jedzenie dla wolontariuszy, którzy dosłownie pojawili się znikąd - wspomina nasza rozmówczyni. - Od pierwszego dnia, codziennie, w hali było od 200 do nawet 400 osób, które poświęcały swój czas na te działania - dodaje.
Pamięta też niesamowite wręcz zaangażowanie samych mieszkańców. Bydgoszczanie - a także różne firmy - cały czas przywoziły kolejne kartony i torby darów.
Wyzwań z każdą chwilą przybywało. - Nim opanowaliśmy chaos związany z darami, pod centrum zaczęły ustawiać się kolejki uchodźców, którzy potrzebowali pomocy - mówi Glaza. Były to głównie kobiety i dzieci. - Musieliśmy zorganizować dla nich jakieś jedzenie, ciepłą zupę, herbatę. Potrzebna była też opieka nad dziećmi. Ale wtedy pojawili się animatorzy, którzy przychodzili nawet na kilka godzin dziennie, zaniedbywali swoją pracę, by społecznie z tymi maluchami rysować, bawić się. To było niesamowite - opowiada.
Jak mówi, do pomocy przychodziły osoby bardzo różne. Uczniowie, studenci, ludzie w średnim wieku, ale też seniorzy. Na miejscu działały całe grupy z uniwersytetów trzeciego wieku czy rady seniora. Licznie obecni byli również obcokrajowcy. Pojawiła się też grupa wolontariuszy - kierowców, którzy odwozili uchodźców do miejsc, w których ci znaleźli tymczasowy dom.
Z czasem wszystko zaczęło nabierać pewnych kształtów i było mniej chaotyczne. W ciągu kilku dni, na 4 tysiącach metrów pustej, zimnej powierzchni, powstał na przykład profesjonalnie zorganizowany "sklep społeczny". - Firmy zajmujące się sprzedażą albo wyposażaniem sklepów, wypożyczyły nam wieszaki na ubrania, a w grupie wolontariuszy znalazły się osoby, które doskonale wszystko uporządkowały. Ukrainki mogły same przeglądać rzeczy i wybierać to, co jest im potrzebne, ale też to, co im się zwyczajnie podoba - wspomina.
Inna grupa wolontariuszy stworzyła dział z chemią gospodarczą, kosmetykami, jeszcze inni zajęli się segregowaniem i wydawaniem jedzenia. - Wszystko działo się pod presją czasu, bo nie chcieliśmy, żeby te przerażone, zmęczone długą podróżą w nieznane osoby musiały czekać wiele godzin - podkreśla urzędniczka.
Były też rozmowy, emocje, łzy. Jak mówi Glaza, nie wszyscy dawali sobie z tym radę. - Jesteśmy tylko ludźmi. Pamiętajmy, że w tamtym czasie sami baliśmy się o swoje bezpieczeństwo. Oglądaliśmy w telewizji i internecie przerażające relacje z Ukrainy, mieliśmy kontakt z osobami, które uciekły z zaatakowanego kraju, zostawiły tam mężów, synów, ojców, domy. (?) Pamiętam nagły krzyk jednej z kobiet, kiedy zobaczyła zdjęcia swojego zbombardowanego domu - wspomina.
Najwytrwalsi zostali do końca
W kwietniu, jak opowiada dalej Glaza, było już wiadomo, że miejski magazyn spełnił swoją funkcję, ale pomoc dalej będzie potrzebna, tylko w innej formie. - Wiedzieliśmy, że kolejną i tym razem długoterminową pomocą uchodźcom powinny zająć się organizacje pozarządowe, a rolą miasta będzie wspierać je finansowo, ale też pomagać w każdej innej formie - mówi.
W Bydgoszczy powstały trzy mniejsze magazyny plus punkty prowadzone społecznie i to one przejęły ciężar pomocy. Kilka dni temu miasto przedłużyło na kolejne pół roku wsparcie finansowe dla trzech takich punktów. To magazyn stowarzyszenia Dzięki Wam na Grunwaldzkiej, punkt przy Kujawsko-Pomorskim Domu Ukraińskim w Bydgoszczy oraz punkt w Fordonie, prowadzony przez organizację Dwie Skały.
- To się dzieje cały czas, to wsparcie, pomoc. Wszystko nadal jest ważne i potrzebne, bo kolejne osoby przyjeżdżają do Bydgoszczy - mówi urzędniczka. Miasto szacuje, że w ciągu roku przybyło nad Brdę między 25 a 30 tysięcy uchodźców.
- Z perspektywy czasu wiem, że ten wielki magazyn można było zorganizować jeszcze lepiej. Gdybyśmy mieli tydzień czy miesiąc na zbudowanie tej przestrzeni, przeszkolenie ludzi, ale przecież tego czasu nie było - rozkłada ręce. - To był dla każdego z nas ogromny wysiłek. Przede wszystkim psychiczny. Kulisy tego, co wtedy przeżywałam, zostawię dla siebie, ale powiem, że często - wracając do domu, po wielu godzinach w magazynie - musiałam się po drodze zatrzymać, uporządkować emocje, by z uśmiechem móc wrócić do swoich dzieci - podsumowuje.