"Minister, który pozwala sobie na ingerowanie w program instytucji, jest czymś skandalicznym"
Rozmawiamy z Waldemarem Tatarczukiem, artystą i kuratorem sztuki, który od 2010 roku kierował lubelską Galerią Labirynt. Część podejmowanych tu działań artystycznych budziła sprzeciw skrajnej prawicy. Były protesty i zachęcanie do bojkotu wystaw. Dziś już wiemy, że Tatarczuk pozostanie na stanowisku.
TOK FM: Dyrektorem Galerii Labirynt był pan od 2010 roku i miasto chciało, by był pan nim dalej. Nie wszystkim jednak było to na rękę. Okazało się, że część środowisk nie akceptuje tego, co w Galerii Labirynt pokazywaliście. W efekcie wiosną przegrał pan konkurs na dyrektora. Konkurs, w trakcie którego pojawiły się m.in. pytania ideologiczne.
Waldemar Tatarczuk: Przegrałem, ale ogromną wartością było dla mnie wtedy wsparcie, które otrzymałem od przeważającej części zespołu Labiryntu, środowiska artystycznego, ale nie tylko. Od przeróżnych osób, które wysyłały mi wiadomości, dzwoniły, interesowały się tym, co się ze mną stanie. A tak naprawdę myślę, że była w tym troska o galerię, która stała się w ostatnich latach szczególnie widoczna.
Widoczna dzięki m.in. pokazywanym tu wystawom, np. "Nigdy nie będziesz szła sama" z plakatami Strajku Kobiet. Prawica nie mogła znieść, że coś takiego się pokazuje. W trakcie konkursu na dyrektora, wtedy wiosną, pojawiły się też zarzuty, że eksponuje pan w galerii osoby LGBT+. Poczuł się pan wtedy w Lublinie niechciany?
Przeciwnie. Poczułem się bardzo "chciany", bo dostałem ogromne wsparcie. Te ataki na galerię, na mnie i na prezydenta Lublina, który był oskarżany o wyrażanie zgody i pozwalanie na takie "ekscesy", jakie się dzieją w Galerii Labirynt - a w gruncie rzeczy respektowanie zapisów art. 73 Konstytucji RP, czyli wolność działalności twórczej i artystycznej - to wszystko spowodowało równie silną reakcję z drugiej strony, czyli ze strony osób, które są zwolennikami i zwolenniczkami wolności, w tym wolności słowa, otwartości, tolerancji. Osób, dla których ważne są prawa człowieka.
Wtedy wiosną, gdy trwał konkurs na dyrektora galerii, pana współpracownicy mówili mi, że to walka o instytucję kultury i o to, jak ona będzie wyglądać. Czy będzie można w niej pokazywać wszystko, czy tylko to, co spodoba się władzy. Czuł pan, że jest w środku takiej walki?
Zdecydowanie tak. Szczególnie w trakcie i po wystawie "Nigdy nie będziesz szła sama" wybuchła potworna burza, wywołana przez skrajnie prawicowych radnych i posłów czy zwolenników ograniczenia praw kobiet z różnych kręgów. Teraz patrzę na to z dystansu i zdaję sobie sprawę z tego, że galeria stała się narzędziem w walce politycznej. Ataki na galerię to też ataki na prezydenta Lublina, który - działając zgodnie z zapisami Ustawy o działalności kulturalnej - nigdy nie ingerował w program Galerii Labirynt. Nigdy nie spotkałem się z żadną formą cenzury z jego strony. Te ataki szły głównie ze strony środowisk związanych ze skrajną prawicą, ja to nazywam "patoprawicą", bo często działania tych osób są na granicy patologii. I pod płaszczykiem ataku na galerię przypuszczano atak na prezydenta. Mówiono, że pozwala na te "bezeceństwa". "Bezeceństwa", czyli wystawy, na które przychodzą do nas setki ludzi i na których prezentowane są prace artystów i artystek, którym - obowiązujące w Polsce prawo - pozwala tworzyć i efekty swojej twórczości pokazywać.
Zapowiada pan kontynuację misji galerii, czyli otwartość na drugiego człowieka - obojętnie jaki on jest. Otwartość na różnorodność. Pewnie Labirynt znów znajdzie się w centrum uwagi.
I o to chodzi. Sztuka ma prawo podejmować takie tematy, które są ważne dla społeczeństwa oraz dla artystów i artystek. Nie ma tematów, których nie mieliby prawo poruszać. A obowiązkiem galerii sztuki współczesnej - szczególnie publicznej - jest właśnie pokazywanie tej twórczości. Dyrektor galerii nie ma prawa cenzurować, że o tym mówimy, a o tym nie. Nie ma prawa decydować, że np. można pokazywać na wystawie akty kobiece, a nie mamy prawa pokazywać aktów męskich, dlatego że tak uważa jakiś konserwatywny polityk czy zwykły krzykacz. Wspominam o tym, gdyż takie żądania się pojawiały. Mnie takie cenzurowanie nie mieści się w głowie
Ale wie pan doskonale, że są miejsca, gdzie tak właśnie to wygląda. Że wychodzi się z założenia, że coś wypada, a czegoś nie wypada. Że dyrektor się boi, czy nie ściągnie sobie na głowę np. jakiejś kontroli.
Tak, wiem, że jest takich przypadków dużo. Wydaje mi się, że przykład idzie z góry. Co mam na myśli? Minister kultury i dziedzictwa narodowego już na początku swojego urzędowania wprowadził nowe standardy zarządzania instytucjami kultury i wywierania na nie politycznej presji. I to jest problem. Bo to demoralizuje organizatorów instytucji kultury. Z najwyższego poziomu władzy wykonawczej widzimy przykład urzędnika państwowego, który powinien trzymać się litery prawa, Ustawy o działalności kulturalnej, Konstytucji RP - a jest inaczej. I to bulwersuje. Minister, który pozwala sobie na ingerowanie w program instytucji, jest czymś skandalicznym. A co za tym idzie? Standardy się obniżają. I rzeczywiście są miasta, są samorządy, w których wójtowie, marszałkowie, prezydenci, burmistrzowie też nie boją się w ten sposób działać i ingerować w programy poszczególnych instytucji. Na szczęście w Lublinie tego nie ma.
Co jest w Galerii Labirynt najważniejsze?
Wydaje mi się, że jej otwartość na głosy artystów i artystek. Bo bez nich nie byłoby takich wystaw jak "Nigdy nie będziesz szła sama" czy "Jesteśmy ludźmi", które w ostatnim czasie były najgłośniejsze spośród tych wystaw komentujących aktualną rzeczywistość ["Jesteśmy ludźmi" to wystawa powstała w reakcji na homofobiczne ataki prezydenta Andrzeja Dudy na osoby ze społeczności LGBT - przyp. red.]. Tatarczuk sam by tych wystaw nie zrobił. Teraz też w swoim programie napisałem, że mnie nie interesuje historia sztuki czy sztuka sama w sobie, tylko świat, który ta sztuka opowiada.
To powiedzmy, co przed Galerią Labirynt w najbliższym czasie? Jakie ma pan plany? Bo wiem, że chce pan jeszcze bardziej otworzyć to miejsce na migrantów i migrantki, uchodźców i uchodźczynie z Ukrainy?
Tak, bardzo mi na tym zależy. W planach mam z jednej strony niezwykłą wystawę z Dniepru - jestem już po rozmowach - wystawę o wojnie opowiedzianej z perspektywy bajek i baśni. Z drugiej strony myślę też o projekcie pod roboczym tytułem "Głosy z Ukrainy", który zacząłby się jako wystawa internetowa ukraińskich artystów i artystek. Potem można będzie je oglądać także bezpośrednio w instytucjach, które zaangażują się w projekt. Artyści i artystki w Ukrainie znaleźli się w obliczu wojny w bardzo trudnej sytuacji. Poza ciągłym zagrożeniem życia, stracili możliwość wystawiania i zarabiania na utrzymanie. Ale wiele z nich nadal tworzy, dając świadectwo tego okrutnego czasu. Dlatego zależy mi, by jak najwięcej z nich można było zaprosić do udziału w projekcie i wypłacić im honoraria.
Kto je sfinansuje?
Będą one sfinansowane przez instytucje kultury - publiczne i prywatne, ale nie tylko. Każdy i każda może przyłączyć się do współpracy przy tym projekcie. Część takich finansowych deklaracji już mam z różnych miast w Polsce. Deklarację udziału w projekcie złożyły: Galeria Arsenał w Białymstoku, Galeria Arsenał w Poznaniu, Galeria BWA we Wrocławiu, Galeria BWA w Zielonej Górze, Centrum Sztuki Łaźnia w Gdańsku, Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, Gdańska Galeria Miejska, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie oraz Centrum Kultury w Lublinie. Ciągle można przyłączyć się do tego projektu i wesprzeć ukraińskie środowisko artystyczne, które tego wsparcia potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Można się w tej sprawie kontaktować ze mną mailowo pod adresem: voicesfromukraine2022@gmail.com