Tak debatowali o nowym przedmiocie w szkole. ''Dzieci są własnością rodziców, a nie państwa''
"Dobrowolne 'Wychowanie do życia w rodzinie' ma zastąpić obowiązkowa 'Edukacja zdrowotna' - takie są zapowiedzi ministerstwa edukacji. Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku - wszak o zdrowie trzeba się troszczyć. Ale czy chodzi nam dokładnie o taką troskę, jaką proponuje ministerstwo?" - tak napisali organizatorzy w zaproszeniu na zorganizowaną na KUL debatę.
Rząd rzuca linę Ordo Iuris? Chodzi o edukację zdrowotną. 'Ktoś tu mocno odleciał'
Przypomnijmy, edukacja zdrowotna to nowy przedmiot, który ma wejść do planów lekcji w kolejnym roku szkolnym. W klasach IV–VIII szkół podstawowych będzie realizowany w wymiarze po jednej godzinie tygodniowo oraz w liceum - po dwie godziny tygodniowo, przez dwa lata nauki. Będzie mógł być nauczany przez nauczycieli biologii, wychowania fizycznego, wychowania do życia w rodzinie, psychologów oraz przez osoby, które ukończą studia w zakresie edukacji zdrowotnej. To przedmiot, który zastąpi Wychowanie do życia w rodzinie. Różnica będzie taka, że WDŻ był dobrowolny - o tym, czy uczniowie biorą w tych lekcjach udział decydowali rodzice. Z edukacją zdrowotną jest inaczej - będzie obowiązkowa.
Środowiska prawicowe i organizacje pro life stanowczo się temu sprzeciwiają - szykują nawet protesty na ulicach w tej sprawie 1 grudnia. Między innymi w Warszawie, Białej Podlaskiej i innych miastach. By - jak wskazują - sprzeciwić się "antyrodzinnej seksualizacji" czy ograniczaniu praw rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.
Kuriozalna debata o "seksualizacji dzieci"
Można było na niej usłyszeć m.in. to, co powtarzano wielokrotnie za tzw. "dobrej zmiany" - że chodzi niemal tylko i wyłącznie o seksualizację dzieci i pod płaszczykiem programu zdrowotnego wprowadza się treści niewłaściwe dla uczennic i uczniów polskich szkół. Hanna Dobrowolska z Ruchu Ochrony Szkoły udowadniała, że pomysł na edukację zdrowotną to "wykonanie poza polskich dyrektyw" i że "łamanie praw polskich rodziców jest przyjęte jako pewna metoda działania". Podkreślała także, że dziś ci, którzy chcą o tym głośno mówić, nie bardzo mają gdzie. - Ta konferencja to jedno z nielicznych miejsc, gdzie możemy o tym powiedzieć otwarcie. Nasze opinie są odrzucane - mówiła Dobrowolska.
- Minister Edukacji Narodowej podżega kadry oświatowe do łamania praw konstytucyjnych rodziców. I to jest wykładnia obowiązująca. Tak dla edukacji, nie dla deprawacji - jeśli wszyscy razem tak hukniemy, być może wszyscy - poza rządem - się tym zainteresują. A może i wewnątrz rządu przyjdzie refleksja, że warto jednak się zainteresować zdaniem krytycznych wobec tego pomysłu rodziców - dodała Dobrowolska.
Dr hab. Marcin Szewczak, dziś członek zarządu województwa lubelskiego, ale też prawnik z KUL, opowiadał o tym, o czym miał mówić Przemysław Czarnek, czyli o łamaniu konstytucji (były minister na debatę nie dojechał - przyp. red.). - Wprowadza się coś, co jest sprzeczne z przepisami obowiązującego w Polsce prawa. Konstytucja - w kwestii ochrony rodziny i jej praw - to akt bardzo daleko idący i wskazuje, że w procesie wychowawczym to prymat rodziców i rodziny jest najważniejszy - mówił Szewczak. Wskazywał m.in. na art. 48 konstytucji o prawie rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. - Jedno krótkie zdanie, kropka i koniec. I nie można odbierać tego prawa podmiotowego, które zostało zawarte w konstytucji. Bo jeżeli to prawo jest odbierane - z czym mamy do czynienia w tym projekcie - to jest to działanie sprzeczne z polską konstytucją - przekonywał wicemarszałek.
W dyskusji udział wzięła również Agnieszka Marianowicz-Szczygieł, prezes Instytutu Analiz Płci i Seksualności "Ona i on". Wskazywała, że nowy przedmiot ma mówić m.in. o tym, że seks ma być przyjemny, chciany i zabezpieczony. - I wydawać by się mogło, że wszystko w porządku. Ale najważniejsze jest to, czego się tutaj nie mówi: ilu jest tych partnerów seksualnych, w jakim są wieku, czy to jest czyjaś żona, czy mąż - w znaczeniu, że nie swoja, nie swój. Kiedy należy rozpoczynać współżycie seksualne? Te tematy nie są tu poruszane, więc widzimy, że coś tu nie gra. Tak naprawdę, przedstawia się dziecku w ramach tej edukacji zredukowaną i wyizolowaną wizję seksualności. Seks nie jest pokazywany w kontekście relacji, miłości, rodziny, małżeństwa, dzieci, przyjemności, ale też odpowiedzialności - mówiła prezeska Instytutu.
Dehumanizacja i prymitywizacja seksualności
Wskazywała, że skutkami edukacji zdrowotnej - nazywanej przez nią "biologiczną" będą "dehumanizacja seksualności", jej "prymitywizacja", zanik miłości, epidemia chorób przenoszonych drogą płciową, niechęć o małżeństwa, spadek dzietności, mniejsza satysfakcja seksualna, depresje i zły stan psychiczny. Marianowicz-Szczygieł mówiła też o tym, że w wszelki możliwy sposób trzeba się pomysłowi MEN przeciwstawić. - Jeśli będzie trzeba, to można będzie zastosować protest obywatelski, nieposłuszeństwo obywatelskie. Mamy przecież jakieś doświadczenia działań obywatelskich, choć nie zawsze legalnych. Do tego oczywiście państwa nie namawiam, ale Polska to my. Mamy swoje prawa, dlatego protestujmy i skupmy się na tym - mówiła prezeska.
To z jej ust padły też słowa o tym, że rodzice muszą być dzisiaj wyjątkowo świadomi swoich praw. - Musimy bronić tych praw, że dzieci są przede wszystkim - uwaga, przepraszam za ten język - własnością rodziców a nie państwa. Może taki język uświadamia tę kolej rzeczy - dodała Agnieszka Marianowicz - Szczygieł na debacie na KUL.
Bożena Pietras ze Związku Dużych Rodzin podkreślała z kolei, że w Gdańsku kilka lat temu chciano wprowadzić coś takiego, jak edukacja zdrowotna. - Miało to być "Zdrowe Love". I tam rodzice, szczególnie pod auspicjami naszego Związku Dużych Rodzin, po prostu zrobili taki protest, że miasto się z tego wycofało. Dlatego nie traćmy nadziei, że te nasze protesty teraz też będą owocne, że jednak edukacja zdrowotna nie będzie prowadzona - grzmiała Pietras.
Co o edukacji zdrowotnej mówiła sama ministra edukacji?
- W takim kryzysie zdrowia psychicznego jesteśmy, że ja nie wiem, jak trzeba być bezwzględnym człowiekiem, żeby podburzać, żeby dziecko nie uczestniczyło w procesie edukacyjnym, który mu da podstawową odporność również na kryzysy psychiczne, który pokaże mu, jak zdrowo się odżywiać, jak stosować profilaktykę w swoim codziennym życiu, jak się badać, jak dbać o każde swoje zdrowie zdrowie - psychiczne, fizyczne, seksualne - podkreśliła Barbara Nowacka, szefowa MEN w rozmowie w TVN.
Wskazała przy tym, że nowy przedmiot nie tylko zastąpi wychowanie do życia w rodzinie, tylko obejmie znacznie szerzej profilaktykę zdrowotną. - Będzie to przedmiot obowiązkowy bez względu na to, co jedna czy druga organizacja będą uważały - zapowiedziała Nowacka. Jak dodała, szkoła jest po to, żeby "każde dziecko dostawało ten sam zakres informacji opartych na wiedzy, a nie na przesądach, zabobonach i uprzedzeniach jednej czy drugiej organizacji lub sekty".
Posłuchaj podcastu!