,
Obserwuj
Lubelskie

Dyrektorka do zwolnienia. Głośno wokół sanepidu w Lublinie. "Chodzi o politykę"

7 min. czytania
14.03.2025 11:52
Szefowa Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie ma stracić stanowisko. Do wojewody lubelskiego trafił już w tej sprawie wniosek od szefa GIS Pawła Grzesiowskiego. W tle jest głośna sprawa donosów na Marię Korniszuk, które opisywaliśmy już na Tokfm.pl. Lokalny politycy mówią nam jednak, że sprawa ma podtekst polityczny.
|
|
fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl
  • 27 lutego do wojewody lubelskiego wpłynął wniosek od szefa GIS Pawła Grzesiowskiego o odwołanie Marii Jolanty Korniszuk ze stanowiska szefowej lubelskiego sanepidu;
  • "Decydującą kwestią jest efektywna współpraca państwowego wojewódzkiego inspektora sanitarnego z właściwym wojewodą" - informuje nasz rzecznik GIS;
  • "Nie mam wątpliwości, że w tej sprawie pierwszoplanową rolę gra polityka i naciski ze strony liderów Koalicji Obywatelskiej na Lubelszczyźnie" - mówi nam jeden z lokalnych polityków;
  • W tekście przypominamy historię z donosami na Marię Jolantę Korniszuk które już w czasie pandemii zaczęły spływać do GIS i innych instytucji;
  • Maria Jolanta Korniszuk przebywa na zwolnieniu.

Szefową Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie jest dr n. med. Maria Jolanta Korniszuk. Pełni tę funkcję od pierwszych miesięcy 2020 roku. Nie był to łatwy czas - początek pandemii COVID-19. Korniszuk objęła stanowisko, bo wojewoda Lech Sprawka z PiS nie mógł się porozumieć z dotychczasową dyrektorką sanepidu - odwołał ją i na stanowisku dyrektora był wakat.

Mimo zmiany władzy w kraju Maria Korniszuk została na stanowisku szefowej sanepidu. Dr Paweł Grzesiowski - Główny Inspektor Sanitarny - jeszcze w listopadzie mówił TOK FM, że nie widzi podstaw do odwołania pani inspektor, mimo że zaczęła pracę na tym stanowisku za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości. - Nie kieruję się w swojej pracy żadną polityką, a jedynie względami merytorycznymi. Jeśli ktoś jest merytorycznie bardzo dobry, inspekcja sanitarna na danym terenie pracuje właściwie, rozlicza się, ma kontrole m.in. z naszej strony i nie ma żadnych zarzutów, to nie rozumiem, dlaczego miałbym takiego inspektora zmieniać - mówił nam dr Grzesiowski. Podkreślał, że przeprowadzane w Lublinie kontrole wskazują, że stacja pracuje znakomicie, zakończyła trudne inwestycje, ma jedno z najlepszych laboratoriów w Polsce.

Dlaczego zatem szefowa lubelskiego sanepidu musi odejść? GIS umywa ręce

Jak ustaliliśmy, Maria Jolanta Korniszuk ma stracić stanowisko. 27 lutego do wojewody lubelskiego wpłynął wniosek od szefa GIS Pawła Grzesiowskiego o jej odwołanie. Skąd ten wniosek?

- Na podstawie obowiązujących przepisów Główny Inspektor Sanitarny może w każdym momencie odwołać wojewódzkiego inspektora sanitarnego - za zgodą wojewody. Decyzja taka nie musi zawierać uzasadnienia merytorycznego - przekazał nam Marek Waszczewski, rzecznik GIS.

Jak dodał, "decydującą kwestią jest efektywna współpraca państwowego wojewódzkiego inspektora sanitarnego z właściwym wojewodą". Tu - jak ustaliliśmy - takiej współpracy zabrakło. Wojewoda lubelski od dawna wskazywał, że w jego ocenie Maria Jolanta Korniszuk powinna z tego stanowiska odejść, m.in. ze względu na rzekome konflikty między pracownikami i napiętą atmosferę w sanepidzie.

- W takim przypadku Główny Inspektor Sanitarny jest realizatorem, a nie inicjatorem procedury odwołania, ponieważ państwowy wojewódzki inspektor sanitarny jest organem rządowej administracji zespolonej w województwie - wyjaśnił rzecznik GIS. Mówiąc wprost - Główny Inspektor Sanitarny twierdzi, że to nie on chce odwołania Korniszuk, tylko wojewoda, którym obecnie jest Krzysztof Komorski z PO.

Brak współpracy między sanepidem a wojewodą

Z naszych informacji wynika, że wojewoda w ostatnich miesiącach rzeczywiście nie współpracował z panią inspektor - nie odpowiadał na jej prośby o kontakt, unikał spotkań. Nie pojawił się też na obchodach 70-lecia lubelskiej Inspekcji Sanitarnej, które miały miejsce w grudniu. To właśnie na tej uroczystości dr Korniszuk odebrała medal "Lublin Bohaterom". To honorowe wyróżnienia prezydenta Lublina przyznawane za szczególne zasługi dla miasta i jego mieszkańców. Z kolei kierowana przez nią Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna została odznaczona "Medalem Unii Lubelskiej" (też wyróżnienie prezydenta) za "docenienie wkładu instytucji w bezpieczeństwo zdrowotne regionu".

- Nie mam wątpliwości, że w tej sprawie pierwszoplanową rolę gra polityka i naciski ze strony liderów Koalicji Obywatelskiej na Lubelszczyźnie, w tym jednej z europosłanek. Pani Korniszuk jest kojarzona z PiS, choć nigdy do tej partii nie należała. Nie ma do niej zastrzeżeń merytorycznych, ale są inne - związane z donosami. I donosy przeważyły. A że Platforma ma swojego kandydata na dyrektora sanepidu, więc znalazł się pretekst. Przecież wszyscy wiedzą, że dyrektorem ma zostać Piotr Dreher. Grzesiowski długo nie chciał do tego dopuścić, ale wychodzi na to, że nie miał wyjścia - mówi nam jeden z lokalnych polityków, który chce pozostać anonimowy.

Dreher to lekarz, a jednocześnie od lat lokalny działacz Platformy Obywatelskiej, był radnym tej partii. Pracuje na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie, w Katedrze i Zakładzie Zdrowia Publicznego - tej samej, w której zatrudniony jest wiceminister zdrowia, dziś już doktor habilitowany, Marek Kos. O kulisach jego habilitacji szeroko pisała 'Gazeta Wyborcza'. Piotr Dreher był też przez ostatnie lata dyrektorem Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublinie - to szpital marszałkowski, podlegający pod marszałka z PiS. Marszałek kilka miesięcy temu zdecydował jednak, że z dyrektorskiego stołka musi odejść, choć dalej pracuje w tej placówce.

O co chodzi ze wspomnianymi donosami?

Pisaliśmy o tym szeroko na naszym portalu. Jeszcze w czasie pandemii na Korniszuk zaczęły spływać skargi do Głównego Inspektoratu Sanitarnego i wielu innych instytucji. Były anonimowe, ale nie tylko. Pani inspektor początkowo nie wiedziała, kto ją dyskredytuje. Z czasem okazało się, że stoi za tym jedna z pracownic wojewódzkiej stacji sanepidu. Gdy sprawa wyszła na jaw, pracownica została zwolniona z pracy. Nie przestała jednak pisać - już nawet pod nazwiskiem.

Czego dotyczyły rozsyłane pisma? Marii Korniszuk zarzucano m.in. związki z SB i korupcję. Pojawiły się pomówienia o to, że zatrudniła w sanepidzie ponad 30 osób ze swojej rodziny, a także, że pracownicy inspekcji budowali domy dla jej synów. - Przecież to są totalne absurdy. Moi synowie nie budowali i nie budują domów, nie zatrudniałam w inspekcji swojej rodziny - mówiła nam inspektorka. Od początku nie zgadzała się też z innymi oskarżeniami - że rzekomo stosuje mobbing, jest agresywna, rzuca szklankami. Jednym z zarzutów było też to, że organizuje spotkania z pracownikami w formule on-line. - Przecież to dzisiaj normalne, gdy chce się coś np. na szybko przedyskutować - dziwiła się w rozmowie z TOK FM.

Była pracownica złożyła też kilka zawiadomień do prokuratury. Jak przekazała nam rzeczniczka Prokuratury Okręgowej Agnieszka Kępka - w sprawach tych następuje odmowa wszczęcia śledztwa z uwagi na brak znamion przestępstwa albo postępowania są umarzane. Tak było m.in. w jednej ze spraw, w której pani inspektor zarzucono, że pozwoliła na to, by podległa jej instytucja korzystała ze "szpiegującego" oprogramowania. Miało ono umożliwiać przeglądanie zawartości komputerów pracowników, a także wchodzenie na ich pocztę mailową. To się nie potwierdziło. Prowadzone przez prokuraturę i policję postępowania w tej sprawie zostały zakończone i umorzone.

Tylko jedna ze spraw wciąż się toczy. Też z zawiadomienia tej samej byłej pracownicy. Są w niej zarzuty o mobbing i "złośliwe obciążanie obowiązkami". Prokuratura początkowo też odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie, ale sąd nakazał ponowne przyjrzenie się temu tematowi i to trwa.

Jednocześnie pani inspektor poszła do sądu z prywatnym aktem oskarżenia przeciwko byłej pracownicy. - Nie mogę dłużej milczeć i udawać, że nic się nie dzieje - mówiła Korniszuk w rozmowie z TOK FM. Zarzuty z aktu oskarżenia dotyczą pomówień kierowanych wobec inspektorki, m.in. o to, że rzekomo dopuszcza się przewinień dyscyplinarnych, że dyskredytuje i mobbinguje pracowników, że jest niekompetentna, ale ma wiele znajomości, że łamie prawo, a mimo to "pozostaje na stołku", że ma kolegów w policji i im donosi, że "skorumpowała związki zawodowe" w sanepidzie. Pierwsza rozprawa była na początku marca - na razie bez efektów.

W obronie pani inspektor stanęła część pracowników. Byli m.in. na rozmowie w Urzędzie Wojewódzkim, spotkali się też z szefem GIS Pawłem Grzesiowskim. Dziś wiemy, że to niewiele zmieniło, a Korniszuk ma stracić stanowisko.

Na stronie Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie - po tym jak Onet opisał, że Maria Jolanta Korniszuk zostanie zwolniona - opublikowano oświadczenie.

"W związku z pojawiającymi się doniesieniami medialnymi Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Lublinie stanowczo prostuje zawarte w nich nieprawdziwe informacje. Nie ma żadnych nieprawidłowości związanych z użytkowaniem systemu informatycznego w WSSE w Lublinie. Tak jak inne instytucje i podmioty, WSSE w Lublinie korzystała z oprogramowania umożliwiającego informatykom stacji dostęp do służbowych komputerów pracowników w zakresie niezbędnym do wykonywania obowiązków służbowych. Nieprawdziwa jest również informacja o rzekomym 'włamaniu na konto pocztowe jednego z pracowników WSSE w Lublinie'. W związku z wykorzystywaniem wspomnianego oprogramowania nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości" - napisano w oświadczeniu.

Maria Jolanta Korniszuk od kilku tygodni jest na zwolnieniu lekarskim. Pojawiają się głosy, że to ucieczka przed zwolnieniem ze stanowiska. Pani inspektor zaprzecza i informuje, że w połowie stycznia miała wypadek na parkingu jednej z galerii handlowych. Kierowca jednego z aut z impetem otworzył drzwi samochodu i uderzył kobietę. Upadła i straciła przytomność. - Miałam na twarzy ogromne siniaki. Do dziś mierzę się z silnymi bólami głowy, jestem pod opieką lekarzy, w trakcie badań diagnostycznych - mówi w rozmowie z TOK FM.

Przyznaje, że czuje się zaszczuta i dyskryminowana z powodu tego, że została wojewódzkim inspektorem sanitarnym za czasów tej a nie innej partii. - Nie jestem przyspawana do stołka, to oczywiste. Jest mi jednak żal, że nikt nie chce wysłuchać moich argumentów - że to nie ja kogokolwiek mobbingowałam, tylko sama stałam się ofiarą nagonki, zastraszania i hejtu - podsumowuje w rozmowie z nami.