Wielkie zwolnienia na uniwersytecie w Krakowie. "Komu nie po drodze z władzą, traci pracę"
Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie to uczelnia z wieloletnią tradycją - powstał tuż po wojnie, w 1946 roku, jako Państwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Od początku swojej działalności kształci głównie przyszłych nauczycieli.
W czerwcu 2020 roku doszło na uczelni do zmiany władzy. Wieloletniego dziekana i rektora - prof. Kazimierza Karolczaka - zastąpił prof. Piotr Borek. Niedługo potem były rektor został w ogóle z uczelni zwolniony, o czym pisaliśmy wcześniej na naszym portalu. Zwolnienie dostał pocztą. Od tego czasu w sumie pracę na uczelni straciło już ponad 100 osób, wśród nich wielu znamienitych profesorów.
Po naszym poprzednim tekście do TOK FM odezwała się grupa kolejnych pracowników - zwolnionych, ale i dalej pracujących na uczelni. Opowiedzieli nam o polityce, która z impetem wkroczyła na krakowską uczelnię i o świecie nauki, który nie zabiera głosu, zasłaniając się autonomią uniwersytetu.
"Wierzyliśmy, że rektor Borek wprowadzi zmiany na lepsze"
- Gdy wybory na nowego rektora wygrywał Piotr Borek, my się z tego bardzo cieszyliśmy. Widzieliśmy w nim szansę. Obiecywał pozytywne zmiany na uczelni, wierzyliśmy w to - mówi TOK FM jeden ze wciąż pracujących na uczelni profesorów (zastrzega anonimowość, obawia się zwolnienia). - Dziś wiemy, że zostaliśmy oszukani. Przyszły rektor nie zająknął się o planowanych zwolnieniach, o planach tak zażyłej współpracy z szefem uczelnianej "Solidarności" czy o autorytarnym stylu rządzenia - dodaje nasz rozmówca.
Prof. Anna Stolińska przez ponad pół roku była prorektorem w Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Już za czasów prof. Piotra Borka. Jak mówi, zgodziła się objąć to stanowisko, bo też uwierzyła w zmiany na lepsze. Zrezygnowała, gdy 'zorientowała się, że - tak jak wielu jego wyborców - została okłamana'.
Nasza rozmówczyni podkreśla, że jedną z głównych zapowiedzi przyszłego rektora było to, że umowy czasowe, które miała ponad połowa wykładowców z nawet 20-letnim stażem pracy, zostaną w końcu przekształcone w umowy na stałe. Tak się jednak nie stało.
- Po dwóch-trzech miesiącach współpracy okazało się, że obietnice rektora rozmijają się z tym, jakie działania podejmuje. Już w styczniu 2021 roku zaczęłam myśleć o rezygnacji. Oliwy do ognia dolał fakt, że na przełomie lutego i marca 2021 okazało się, że następują zwolnienia, niczym nieuzasadnione, w Instytucie Nauk Technicznych. Rozmawialiśmy jako prorektorzy z rektorem, ale nas nie słuchał - opowiada. - Zawsze uważałam, że zmiany są potrzebne, ale nie takie, które krzywdzą ludzi czy uderzają w ich godność, są nieprzemyślane i szkodliwe dla uczelni - mówi Stolińska. W niedługim czasie przyszła kolej na kolejne instytuty i wyrzucanie kolejnych wykładowców i pracowników administracji.
Anna Stolińska podkreśla, że widziała manipulacje rektora i brak jakiegokolwiek dialogu z pracownikami. - Doszło do całkowitego lekceważenia dorobku naukowego pracowników, ale też ich działalności, zaangażowania na rzecz uczelni. To się w ogóle przestało liczyć. Nie respektowano decyzji ciał kolegialnych, które wydawały określone rekomendacje dla konkretnych osób do pełnienia konkretnych funkcji. Rektor i tak podejmował własne decyzje, bardzo jednostronnie i autorytarnie - mówi pani profesor.
- Pamiętam starszą panią profesor, która się do mnie zgłosiła. To, co ją najbardziej zabolało, to nie to, że została zwolniona, tylko to, jak ją o tym poinformowano. Dowiedziała się o tym z kadr, w sposób bardzo bezduszny. To zresztą dotyczy większości emerytów - mówi Stolińska.
"Rządy z tylnego siedzenia"
By stawać w obronie pracowników, powołano związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza. - Widzieliśmy, że inne związki nie widzą problemu w masowych zwolnieniach. Mieliśmy też od początku poczucie, że 'Solidarność' - w tym zwłaszcza jej przewodniczący Jan Fróg - wręcz działa na rzecz tych zwolnień. Szefa Solidarności nazywamy nawet nadrektorem, bo wpływa na decyzje, zarządza z tylnego siedzenia, jest w pewnym sensie 'szarą eminencją' - mówi kolejny z profesorów (wypowiedział się dla nas pod nazwiskiem, ale w tekście prosił o anonimowość).
Co ciekawe, dotarliśmy do listu byłego kanclerza uczelni, który zabiegał o zwolnienie z pracy szefa "Solidarności". Kanclerz pisał w nim wprost, że taka decyzja jest konieczna m.in. ze względu na stosowanie mobbingu, nadużywanie uprawnień, powoływanie się na wpływy, "kierowanie nielegalnymi działaniami innych osób", "szantażowanie i zastraszanie rektora", a także stosowanie przemocy fizycznej i psychicznej wobec pracowników uczelni. W liście kanclerz napisał również, że to Jan Fróg "decyduje o zwolnieniach i przyjęciach pracowników, nagrodach, podwyżkach, uzależniając od wstąpienia do jego związku zawodowego". "Wpływa drogą nieformalną na decyzje rektora zarówno w sprawach indywidualnych, jak również rozwiązań systemowych, stosując stalking" - napisał w kwietniu 2022 roku ówczesny kanclerz Krzysztof Wąsowicz. Niedługo potem... to on został zwolniony.
Nasi rozmówcy wielokrotnie podkreślają, że rektor - wspólnie z szefem 'Solidarności' - traktują ludzi "jak pionki na planszy". Kto okazuje się niewygodny, komu nie po drodze z obecną władzą albo ma inne zdanie, ten traci pracę. Takich osób już jest ponad sto. W tle jest wielka polityka. Na uczelni regularnie pojawia się m.in. wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, który dobrze zna się z liderem "Solidarności". - Na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie można obecnie zaobserwować to, co obserwujemy w skali globalnej - rządzenie z absolutnym lekceważeniem prawa - mówi prof. Stolińska.
- Jan Fróg sieje postrach wśród pracowników. Ludzie boją się mu sprzeciwić. Boją się rozmawiać z osobami, które są z nim skonfliktowane, bo nie wiadomo, czy nie zostaną za to wyrzucone z pracy - mówi nam jeden z profesorów.
"Metody rodem z PRL"
Nasi rozmówcy przypominają, że była już pikieta w obronie zwalnianych pracowników, w trakcie której robiono jej uczestnikom zdjęcia, by potem wyciągać konsekwencje. Z kolei w trakcie jednego z protestów studentów przed uczelnią (chodziło o obronę praw osób transpłciowych) zagłuszano go włączonym odkurzaczem do sprzątania liści. - Choć jeszcze nie było za bardzo co sprzątać i wszyscy wiedzieli, że cel jest inny - mówią wykładowcy. Słyszymy również, że na porządku dziennym są też anonimowe donosy.
Nasi rozmówcy opowiadają m.in. o potraktowaniu prof. Tomasza Sikory, który był wicedyrektorem Szkoły Doktorskiej na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, stworzył projekt jej umiędzynarodowienia. Gdy na jaw wyszło, że działa w związku Inicjatywa Pracownicza, następnego dnia został zwolniony z funkcji i odsunięty od wszystkich działań. - Tomka potraktowano w sposób niegodny. To on wszystko wymyślił, wysyłał doktorantów za granicę, a odsunięto go nawet od zajęć w ramach projektu. By pokazać, kto tu rządzi - wspomina jeden z naszych rozmówców.
W podobny sposób odsunięto dr Małgorzatę Trojańską od pełnienia funkcji pełnomocnika rektora do spraw osób niepełnosprawnych. Była nim 17 lat, stworzyła na uczelni Biuro ds. Osób Niepełnosprawnych, była kierowniczką jednego z unijnych projektów. Musiała odejść. - Oficjalnych powodów nie podano. W naszej ocenie w tle jej zwolnienia było to, że jej mąż - profesor - jest jednym z liderów Inicjatywy Pracowniczej. A władza tępi ten związek. Tak jakby postawiła sobie za punkt honoru jego likwidację. Pozwalniano już pięciu związkowców, którzy byli chronieni przez prawo - słyszymy.
Autonomia opacznie rozumiana
- Widzimy wprost, że karty na naszej uczelni rozdaje Prawo i Sprawiedliwość. Jak się tłumaczy wkroczenie polityków na uniwersytet? Robi się to w sposób absurdalny, mówiąc o autonomii uczelni. Co jest zupełnym odwróceniem pojęć. Autonomia to niezależność od wpływów polityków. Tymczasem wiele ciał, które mogłyby zająć stanowisko w sprawie tego, co się u nas dzieje - choćby KRASP [Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich - red.], siedzi cicho, mówiąc, że obowiązuje przecież autonomia uczelni. A ta autonomia u nas polega na tym, że rektor może wszystko, łącznie z zaprzedaniem uczelni jednej opcji politycznej - mówi nam jeden z profesorów.
- Osobiście mam ogromny żal do środowiska akademickiego, że milczy i godzi się na to, co się dzieje na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Jest coś takiego w naturze nauczycieli akademickich, że nie protestują. Ale przychodzi taki moment, gdy naprawdę trzeba odważnie powiedzieć to, co się myśli i zaprotestować. Bo jeśli teraz tego nie zrobimy, to nigdy nie wiemy, kiedy znajdziemy się w sytuacji 'pod butem pana' - mówi prof. Anna Stolińska.
Jest jedną z tych, którzy - po zwolnieniu z pracy - poszli do sądu pracy i walczą o swoje prawa pracownicze. Pani profesor pracowała na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie 20 lat. - Pozostał ogromny sentyment i żal, że to się tak musiało skończyć - mówi TOK FM.
"Chodzi o kształcenie nowych kadr"
- W mojej ocenie chodzi w tym wszystkim o oddziaływanie na szerokie kręgi społeczeństwa, o kształcenie "nowych kadr", które będą wychowywane na modłę PiS. Takich, które będą bezkrytycznie wykonywały polecenia, jakie przyjdą z góry. A Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie stał się miejscem do przetestowania sposobu, w jaki można przejąć uczelnię. Przy czym natrafiono tu na podatny grunt, bo znalazły się odpowiednie, uległe osoby do współpracy. Zaczęto pozbywać się osób otwartych, często krytycznie nastawionych do sytuacji społeczno-politycznej w kraju, do rządów PiS. To są czystki, których celem jest to, aby uczelnia mogła realizować cele postawione przez MEiN, czyli kształtowanie i wychowywanie obywatela zgodnie z potrzebami władzy - nie ma wątpliwości jeden z naszych rozmówców, wciąż pracujących na uniwersytecie profesorów.
Wysłaliśmy pytania w tej sprawie do prof. Piotra Borka. Czekamy na odpowiedź. Pytamy m.in. o to, ile osób musiało odejść z pracy, skąd uczelnia zamierza wziąć pieniądze na odszkodowania dla zwalnianych pracowników i jaka jest - zdaniem rektora - rzeczywista rola na uczelni szefa "Solidarności".