,
Obserwuj
Mazowieckie

Kontrowersje wokół Instytutu Różnorodności Językowej. "Mówiąc wprost, mamy siedzieć cicho"

7 min. czytania
26.10.2025 08:00

Instytut istnieje ledwie rok, ale już wzbudza spore kontrowersje. Naukowcy tworzący jego Radę Programową skarżą się na minimalny wpływ na działalność organizacji i jej lekceważący stosunek do języków mniejszości. 

Festiwal mniejszości narodowych
Festiwal mniejszości narodowych
fot. GAZETA WROCLAWSKA PIOTR KRZYZANOWSKI/POLSKA PRESS GRUPA/Polska P

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czym zajmuje się Instytut Różnorodności Językowej RP?
  • Jak tworzono organizację?
  • Dlaczego Rada Programowa Instytutu nie zgadza się z działalnością jego władz?

Instytut Różnorodności Językowej RP (IRJ) to państwowa instytucja, powołana w 2024 roku przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, gdy ministrem był Bartłomiej Sienkiewicz. Od początku główny udział w przygotowaniu koncepcji i tworzeniu instytutu brał prof. Tomasz Wicherkiewicz, językoznawca z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, kierownik Zakładu Polityki Językowej i Badań nad Mniejszościami.

- Wiosną 2024 roku na polecenie pana ministra rozpoczęto ze mną rozmowy w sprawie nowej instytucji, która zajęłaby się właśnie zróżnicowaniem językowym naszego kraju. Zamysł był taki, że znajdzie się w niej miejsce dla wspierania tych języków, tych elementów naszego dziedzictwa językowego i różnorodności, które nie mają zapewnionej prawnej ochrony np. w Ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych czy o języku regionalnym. Miałem poczucie, że po raz pierwszy pojawiła się szansa rezygnacji z pewnej hierarchizującej klasyfikacji na tzw. dialekty, gwary czy odmiany językowe. Był plan objęcia ochroną wspieraną przez państwo całej różnorodności oraz wszystkich odmian językowych i języków używanych na terenie naszego kraju - mówi profesor w rozmowie z TOK FM. Niedługo potem Sienkiewicz został europosłem, przestał być ministrem kultury i okazało się, że ministerstwo ma już na IRJ - mówiąc delikatnie - nieco inną koncepcję.

Pojawiła się pełniąca obowiązki dyrektorka IRJ dr Anna Wotlińska. Jedną z pierwszych decyzji było powołanie Rady Programowej instytutu. Istnieją one przy wszystkich tego typu instytucjach, w ich skład wchodzą wybitni naukowcy, od lat zajmujący się daną tematyką. Profesor Wicherkiewicz też zaproponował takie osoby, ale okazało się, że decyzją ministerstwa przyjęto statut IRJ (którego spora część zapisów nie została skonsultowana ze środowiskiem), a w nim ograniczono liczbę członków Rady Programowej. W efekcie było więcej kandydatów niż miejsc, więc zorganizowano głosowanie w formule online, kto wejdzie w skład rady, a kto - nie. Jako że po dwóch turach głosowania nie było rozstrzygającego wyniku, dyrektorka - arbitralnie - nie wiadomo na podstawie jakich przepisów - zdecydowała, że do rady nie wejdzie prof. Justyna Olko, historyczka, etnolożka, dyrektorka Centrum Zaangażowanych Badań nad Ciągłością Kulturową na Wydziale "Artes Liberales" Uniwersytetu Warszawskiego. Jest laureatką wielu prestiżowych nagród i grantów.

- W komunikacji z dr Wotlińską poprzedzającą posiedzenie oraz na samym posiedzeniu, po którym odbyło się głosowanie, usłyszałam, że te zapisy wprowadzone przez ministerstwa nie są negocjowalne - mówi profesor Olko. - Moją uwagę, że wiązaliśmy ogromne nadzieje z tą instytucją, że wreszcie w sposób bardziej zdecentralizowany uda się stworzyć miejsce uwzględniające oddolne potrzeby, w moim poczuciu zignorowano. Wyraziłam nadzieję, że nie będzie to instytucja scentralizowana, tworzona odgórnie, ale raczej instytut w którym dużą rolę będą odgrywać eksperci, badacze, znawcy tematu. Po tym głosowaniu - z arbitralnym rozstrzygnięciem pani p/o dyrektorki - złożyłam skargę do ministry kultury. Nigdy jednak - a wysłałam dwa pisma, w tym jedno podpisane także przez Tomasza Wicherkiewicza - nie dostałam od niej żadnej odpowiedzi. Przyszło jedynie pismo od dyrektora departamentu pana Piotra Rypsona, który stwierdził, że nie doszło do żadnych naruszeń. Napisał też, że ministerstwo nie ma żadnego obowiązku konsultowania czy opiniowania kandydatur na członków Rady Programowej, i że "wykazano się już bardzo dużą wolą przez to, że w ogóle jakiekolwiek konsultacje się odbyły". Była to odpowiedź mocno zaskakująca - dodaje.

W Radzie Programowej Instytutu Różnorodności Językowej znalazła się natomiast prof. Olena Duć-Fajfer, która jest łemkowską działaczką społeczną, badaczką, profesorem w Instytucie Filologii Wschodnio-Słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.- Dla mnie to, że wykluczono z rady - bo tak to trzeba nazwać - profesor Olko, było niezwykle trudne, bo to jedna z najważniejszych ekspertek, która bardzo dużo zrobiła w tym zakresie i posiada dużą wrażliwość na obszary mniejszościowe. Zostałam w radzie bo wiem, że mnie i moim kolegom niezwykle zależy na tym, żeby języki, które są bardzo zagrożone, w tym także mój ojczysty - łemkowski, miał szansę się rozwijać i być docenionym. Myślałam, że działając w radzie będę mieć możliwość wpływania na to wszystko - dodaje pani profesor.

Rada Programowa powołana pro forma

Na czele rady stanął profesor Tomasz Wicherkiewicz. - Jednym z pierwszych problemów, jakie napotkaliśmy i czymś, co okazało się "dużym zgrzytem", była reakcja dyrekcji instytutu na naszą interwencję dotyczącą nowotworzonych nazw ulic w jednej z miejscowości położonych na Łemkowynie, bez jakiegokolwiek uwzględnienia rdzennego nazewnictwa. Stwierdziliśmy, że jako eksperci zajmiemy w tej sprawie stanowisko. I wtedy - zupełnie dla nas nieoczekiwanie - zostaliśmy w brutalny sposób pouczeni, że nie mamy prawa wydawać żadnych stanowisk. Prawnik instytutu wskazał w swojej opinii, że właściwie nasza rola jest wyłącznie doradczo-opiniodawcza. Mówiąc wprost, mamy siedzieć cicho. To był jeden z kolejnych sygnałów, że wygląda to tak, jakby chciano ograniczyć naszą rolę do minimum, jakbyśmy mieli być jedynie "kwiatkiem do kożucha" - mówi profesor Wicherkiewicz.

Potem, gdy IRJ ogłosił konkurs dotacyjny dla chętnych organizacji, też doszło do "zgrzytu". - Po rozstrzygnięciu konkursu do podmiotów, które wzięły w nim udział, rozesłano wiadomość, w której pozwolono sobie na uwagi, cytuję: "Proszę zwrócić uwagę na poprawność językową wniosków, na literówki i na niepoprawną składnię zdań". Według mnie, jest to po pierwsze działanie przemocowe wobec społeczności mniejszościowych, a po drugie pokazuje, że właściwie piszący te słowa absolutnie nie rozumieją istoty wielojęzyczności, procesów zachodzących w społecznościach mówiących językami, które są traktowane za zagrożone i to zagrożenie dla nich cały czas się zwiększa. Bo instytucja powołana do promowania różnorodności językowej wskazuje im, że mają przede wszystkim pisać poprawną polszczyzną - mówi prof. Wicherkiewicz.

Kolejnym problemem okazał się konkurs na dyrektora Instytutu Różnorodności Językowej. Na krótko przed jego ogłoszeniem (miało się to stać do 14 maja 2025), na stronach ministerstwa pojawiła się informacja, że właśnie powołano dyrektora. Stanowisko - bez konkursu - objęła Anna Wotlińska, która do tej pory była pełniącą obowiązki. - W tej sytuacji złożyłem rezygnację z przewodniczenia Radzie Programowej, bo w mojej ocenie doszło do rażącego naruszenia zobowiązań i zaufania do nas - członków rady przez ministrę kultury - dodaje Wicherkiewicz. Do tej pory (koniec października 2025 r.) żadna odpowiedź na pismo z rezygnacją nie nadeszła, a na stronie instytutu nadal widnieje nazwisko Tomasza Wicherkiewicza jako przewodniczącego rady.

Była też problematyczna kwestia dotycząca strony internetowej instytutu. Prof. Olena Duć-Fajfer zaproponowała, by część tekstów była publikowana w językach mniejszości, na co miała usłyszeć odpowiedź, że jest to niemożliwe. Bo to polski instytut i jego jedynym językiem widocznym publicznie ma być język polski.

Zawiedziona nadzieja? "Nie tak to miało wyglądać"

- Podczas posuchy legislacyjnej, kiedy w zasadzie nie można było nic zmienić przez długie lata - ani uznać języków społeczności, które do tego aspirowały, czyli Ślązaków czy Wilamowian, ale również podjąć innych głębszych prac, które są teraz wymagane, aby zapewnić przetrwanie różnorodności językowej w Polsce i zadbać o dobrostan użytkowników rozmaitych języków i wariantów językowych - łączyliśmy z powstaniem Instytutu ogromne nadzieje. Wiedzieliśmy, że jeśli chcemy coś zrobić dla różnorodności, to nie mogą to być działania odgórne ze strony ministerstwa, tylko muszą być realizowane razem ze społecznościami na różnych poziomach, wspólnie, uwzględniające ich rozumienie różnorodności językowej, wiedzę lokalną, ale także nadążające za wiedzą naukową, którą mamy my - eksperci. Tak się niestety nie stało - mówi profesor Justyna Olko. - Zderzyliśmy się ze ścianą, co było dla mnie szokujące - z takim podejściem, że ktoś chce nam wszystko narzucać, że ktoś odgórnie chce o wszystkim decydować, bez współpracy z mniejszościami. A nie taki był cel powstania instytutu - dodaje nasza rozmówczyni.

- W tym, co się dzieje obecnie w Instytucie Różnorodności Językowej, widzimy koncepcję która trochę wygląda jak rodem z PRL, że chcemy się bardzo chwalić czymś, co jest niestety jedynie hasłem, co można pokazać na scenie i co nie realizuje absolutnie zasad różnorodności. Nie dba się o nią, tylko się o niej mówi, a ona po prostu zanika. To było dla mnie ogromnym zdziwieniem, że zamiast prawdziwej instytucji, która chce wejść głęboko w temat różnorodności językowej, komuś zależy wyłącznie na tym, by mówić o tym jedynie hasłowo, pokazywać na scenach np. zespoły ludowe, a nie pielęgnować to, co jest w zaniku, w odwrocie - mówi profesor Olena Duć-Fajfer.

- A ja dodam coś jeszcze, co mocno zaskakuje, ale pokazuje, o co w tym wszystkim może chodzić. Z mediów - nie od dyrekcji, nie z ministerstwa - dowiedziałem się, że instytutowi powierzono nowe, duże, ambitne zadanie: promowanie standardowego języka polskiego. Nic dodać, nic ująć - podsumowuje profesor Wicherkiewicz.

Instytut Różnorodności Językowej to ogromne środki budżetowe

Jak czytamy na stronie Ministerstwa Kultury, w tym roku na "zakup serwera" przewidziano 138 tysięcy zł. Kolejne lata to jednak o wiele większe wydatki: w 2026 roku to 10 milionów zł na zakup nieruchomości i 165 tysięcy na zakup samochodu, a 2027 rok to kolejne 2 miliony zł na zakup nieruchomości. Do tego dochodzą wynagrodzenia: 2025 - prawie 1,5 miliona zł (z czego koszty pracodawcy to 310 tysięcy zł); 2026 - to już 2,3 miliona zł (koszty pracodawcy - 511 tysięcy zł); 2027 - prawie 2,9 miliona zł (623 tysiące zł), a 2028 - ponad 3,1 miliona zł (koszty pracodawcy - 689 tysięcy zł).

W swojej analizie instytut wskazuje, że jego słabą stroną jest m.in. "niejednoznaczna pozycja polszczyzny ogólnej w katalogu działań statutowych. "Usytuowanie polszczyzny ogólnej poza działalnością IRJ jest odbierane przez środowisko językoznawców jako jej zlekceważenie oraz stawianie w opozycji względem języków mniejszościowych lub/i odmian regionalnych polszczyzny" - czytamy w analizie na stronie Ministerstwa Kultury. Instytut wskazuje tu również na słabą stronę polegającą na "powierzchownym rozumieniu różnorodności językowej - z jednej strony jako regionalnych odmian polszczyzny, z drugiej - jako języków mniejszości".

Wysłaliśmy do IRJ pytania w sprawie działalności Rady Programowej i zamykania jej ust, ale także w sprawie budżetu. Na razie odpowiedzi brak. Nasze pytania trafiły także do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego - tu również czekamy na udzielenie odpowiedzi.

Źródło: TOK FM