"Nie musiałem stawać z rodzicami po dwóch stronach barykady". Anton Ambroziak o swojej transpłciowości
Osoby transpłciowe mają wpisane w dokumentach imię i zaimki niezgodne z płcią przez nie odczuwaną. Zamiast przykładowego Wojciecha może być Anna, zamiast Ewy - Jan. To rodzi problemy w banku, na poczcie, u lekarza czy w trakcie kontroli na lotnisku. Bo urzędnik czy pogranicznik dostaje dokumenty kobiety, a ma przed sobą mężczyznę albo odwrotnie. Dlatego wiele osób - najczęściej już dorosłych - decyduje się na przejście przed sądem procedury uzgadniania płci.
Jak pisaliśmy już wcześniej, proces nie jest łatwy. Niejednokrotnie jest bardzo czasochłonny, a dla wielu osób - dyskryminujący i nieludzki. Trzeba pozwać własnych rodziców, a gdy ci nie popierają decyzji własnego dziecka, jest jeszcze ciężej. Trzeba się tłumaczyć przed biegłymi, bo czasami przyłącza się do sprawy prokuratura, a sądy niejednokrotnie zadają pytania, które nigdy nie powinny paść. Opisywaliśmy historię pana Marka z Warszawy czy Ady, która też mieszka w stolicy. - Poszłam do sądu, bo chciałam mieć dowód z właściwymi danymi i po prostu móc się czuć normalnie. Bo to jednak zaskakujące, gdy w dowodzie jest literka 'm' [jak mężczyzna - przyp. red.], niezgodna z płcią odczuwaną - mówiła w TOK FM studentka.
Proces bez rodziców
Anton Ambroziak, dziennikarz portalu OKOpress.pl, też jest osobą transpłciową i mieszka w Warszawie. Sądowy proces uzgadniania płci też ma już za sobą. Rozpoczął go w wieku 24 lat. Jak mówi, nie było łatwo, bo cała procedura trwała ponad trzy lata. Składało się na nią m.in. wydanie opinii przez biegłych, czekanie na wyznaczenie terminu. Ostatecznie wszystko poszło gładko. Rodzice nie musieli siadać na sali sądowej po drugiej stronie barykady, jako pozwani. Anton złożył bowiem wniosek o proces bez udziału rodziców, oczywiście za ich zgodą. I sąd - choć nie zawsze jest to oczywiste - akurat w jego przypadku na to przystał.
- W całej procedurze jest dużo stereotypowego podejścia, dyskryminacji, między innymi u lekarza, psychologa. Pojawiają się na przykład pytania, czy czuję się bardziej, czy mniej pewny siebie albo czy jestem osobą bardziej czy mniej zamkniętą. Jak rozumiem, miało mnie to osadzić na osi stereotypów na temat kobiecości i męskości. To była groteska - opowiada w rozmowie z TOK FM Ambroziak. Wspomina też pytania z rozbudowanego formularza psychologicznego o to, jakim zwierzęciem albo drzewem chciałby być. - Nie wiem, w jaki sposób miało to pomóc w zaopiniowaniu, czy jestem osobą transpłciową, czy też nie - dodaje.
Nasz rozmówca podkreśla, że zgodnie z najnowszą wiedzą naukową, transpłciowość to kwestia indywidualna. - Kluczowa powinna być przy tym autodeklaracja danej osoby. Nie ma żadnego badania, które jest w stanie zweryfikować, czy jesteś osobą transpłciową, czy też nie. Specjaliści powinni ograniczać się do czegoś, co nazywa się modelem świadomej zgody - tłumaczy Anton.
Jak podkreśla, proces uzgodnienia płci jest dla wielu osób transpłciowych kluczowy, by zacząć normalnie żyć. Wcześniej mają poczucie niedopasowania, życia nieswoim życiem, bo czują, że ich ciało nie pasuje do tego, kim są.
- Najtrudniej jest wtedy, gdy rodzice nie są wspierający, bo to się przeciąga w czasie. Rodzice na przykład wnioskują o dodatkowych biegłych, testy, a wtedy cały proces może trwać kilka długich lat. W tym czasie ciężko o pełnię życia, bo funkcjonuje się na dokumentach, które są problematyczne we wszystkich urzędowych i oficjalnych sytuacjach. Jest problem choćby z odebraniem paczki na poczcie czy z przejazdem pociągiem. Bo wszędzie trzeba się tłumaczyć, kim jesteśmy i odsłaniać ze swojej transpłciowej tożsamości - mówi dziennikarz.
Jak dodaje, w jego przypadku przed tranzycją ciężko było mu w relacjach społecznych - miłosnych czy rodzinnych. - Byłem po prostu osobą nieszczęśliwą. Tranzycja nie powoduje oczywiście, że nagle stajemy się w stu procentach szczęśliwi, ale pewien ciężar z naszych ramion znika i się wycisza. Nagle okazuje się, że można po prostu żyć. Wiem, że to brzmi banalnie, ale to jest olbrzymia ulga i duża zmiana. Mnie to pozwoliło na taką codzienną zwyczajność, na rozwijanie pasji, życia rodzinnego - tłumaczy.
Wspierający rodzice
W jego przypadku sprawa była o tyle prostsza, że miał i ma wspierających rodziców. - Początkowo wstydziłem im się o tym powiedzieć. Szukałem sposobu, trochę się od nich zdystansowałem i próbowałem żyć swoim życiem, by nie wiedzieli, w jakim kierunku zmierzam. Ale ostatecznie, gdy udało nam się porozmawiać, moi rodzice wszystko zrozumieli. Mama tak bardzo się zaangażowała, że zapisała się do Akademii Zaangażowanego Rodzica Kampanii Przeciw Homofobii i była chyba większą aktywistką niż ja kiedykolwiek mógłbym się stać - mówi Anton. - Edukuje też wszystkie osoby, z którymi ma szansę współpracować, a pracuje jako położna. Jednocześnie bardzo denerwuje się tym, jak traktuje się osoby ze społeczności LGBT w naszym życiu publicznym w Polsce - dodaje.
Anton nie kryje, że po tym, jak zdecydował się na coming out, czasami bywało ciężko, np. wtedy, gdy inni koniecznie chcieli wiedzieć, jak to jest być osobą transpłciową. - Wiem doskonale, jak ważne jest to, by to tłumaczyć, rozmawiać, edukować. Ale ta rola edukacyjna mnie osobiście bardzo zmęczyła, bo to była konieczność opowiadania cały czas tej samej historii. Momentami bywało męczące - wyjaśnia.
'Nasza społeczność trzyma się razem'
Nasz rozmówca jednocześnie nie ma wątpliwości, że w Warszawie - osobom takim jak on - żyje się łatwiej niż w innych miejscowościach. Bo tu można być anonimowym, zatopić się w tłumie, nie ma zbyt wielu wścibskich spojrzeń. - Poza tym w Warszawie w każdym momencie można dostać wsparcie społeczności LGBT. A to jest niezwykle ważne. Zresztą termin 'rodzina z wyboru' powstał właśnie w tej społeczności, gdy takie osoby były porzucane przez swoich biologicznych rodziców - tłumaczy.
Jak dodaje, wsparcie było widać szczególnie po agresji Rosji na Ukrainę, gdy osoby queerowe uciekały z Ukrainy do Polski, do Warszawy. - Pierwszą przystanią dla nich były inne osoby queerowe, które organizowały dla nich pomoc. U mnie też mieszkała jedna taka osoba i powiedziała, że nie wyobraża sobie, jakby to było przyjechać w ciemno, nikogo nie znając. U nas, jak mówił, mimo, że nikogo wcześniej nie znał, to poczuł się jak u siebie, jak w takiej właśnie rodzinie z wyboru. Bo nasza społeczność trzyma się razem - tłumaczy Anton.