,
Obserwuj
Mazowieckie

"Każą mówić po polsku, wyzywają od banderówek". Skończyła się empatia dla ukraińskich dzieci?

4 min. czytania
07.08.2023 08:00
- Dzieciom nie jest łatwo. Niejednokrotnie nie dogadują się z rówieśnikami. Bywa, że są wyzywane od banderowców czy banderówek. Czasami słyszą, że mają wracać na Ukrainę i tam walczyć - mówi nam asystentka z warszawskich szkół. Ale są i pozytywne przykłady współpracy między polskimi a ukraińskimi dziećmi.
|
|
fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

W szkołach w Warszawie uczy się blisko 17 tysięcy uczniów z Ukrainy, najwięcej w podstawówkach. W opinii ekspertów najprawdopodobniej drugie tyle do szkół nie chodzi. Część uczy się online w systemie ukraińskim albo nie uczy się wcale, bo przeżywają depresje czy problemy adaptacyjne.

- Dzieciom nie jest łatwo. Niejednokrotnie nie dogadują się z rówieśnikami. Bywa, że są wyzywane od banderowców czy banderówek. Czasami słyszą, że mają wracać na Ukrainę i tam walczyć. Jeśli dziecko jest silne [mentalnie], to będzie w stanie na to odpowiedzieć. Jeśli jest wrażliwe, nie ma w sobie tej siły, cierpi. Czasami po cichu - mówi nam Liliana Łozińska, która z powodu wojny trafiła do Polski z Buczy, razem z 11-letnią córką. Dziś sama pomaga uchodźcom z Ukrainy, jest caseworkerką w ramach Polskiego Forum Migracyjnego. 

- Bywa, że uczniowie z Polski wypominają ukraińskim dzieciom to, co kiedyś mówili im o Ukraińcach dziadkowe: że nie są dobrzy, że dokonali zbrodni na Wołyniu. Między innymi dlatego mamy już takie matki, które nawet trzy razy zmieniały swoim dzieciom szkoły. Często uciekały właśnie przed hejtem czy dyskryminacją - twierdzi pani Liliana. 

'Dlaczego Rosjanie zabijają dzieci w Ukrainie? Bo walczą z szatanem'. Ekspert o propagandzie Putina

Część dzieci doświadczających w szkole prześladowań i przemocy skrywa to w sobie. Nie mówią nawet rodzicom. - Nie chcą ich tym obciążać. I wtedy pękają podczas rozmowy ze mną. Płaczą, wreszcie wyrzucają to z siebie. Dostają przestrzeń, by się wygadać - opowiada z kolei Rita Rabinek, asystentka międzykulturowa z dwóch warszawskich szkół. - Czasami panuje przekonanie, że gdy ktoś się mną opiekuje, mam co jeść, mam dach nad głową, jestem bezpieczny, to nie mam prawa czuć się źle, bo inni mają gorzej. To błędne myślenie. Każdy ma prawo do przeżywania własnych emocji, tych dobrych i tych złych - dodaje.

W jej opinii młodsze dzieci łatwiej zaadaptowały się w polskich szkołach, ale to nie znaczy, że mają lekko. - Oczywiście widzę na przerwach oznaki sympatii. Przytulają się albo pytają, jak dane słowo będzie po polsku, a jak po ukraińsku. Ale bywa i tak, że dzieci się z siebie śmieją albo każą mówić po polsku, bo "tu jest Polska". W mojej opinii są to słowa zasłyszane wcześniej od dorosłych - twierdzi pani Rita.  

Czasami bardzo trudno jest dzieciom się zintegrować. - Jeśli do jednej klasy trafiło dwoje czy troje dzieci z Ukrainy, jest im z jednej strony łatwiej, bo mają z kim pogadać, dostają wsparcie, ale z drugiej strony - trudniej o integrację z polskimi uczniami. Sama klasa je często marginalizuje, bo "po co będziemy się wtrącać, jeśli jest im we dwójkę czy w trójkę dobrze". Nie znam niestety zbyt wielu przypadków takiej prawdziwej przyjaźni rówieśniczej polsko-ukraińskiej. One oczywiście są, ale raczej sporadyczne - dodaje asystentka. 

Najtrudniej nastolatkom

Jak wskazuje, w szczególnie trudnej sytuacji są nastolatki. Część z nich nie chodzi do szkoły właśnie ze względu na złe traktowanie przez rówieśników. Inni, nawet jeśli do szkoły chodzą, uciekają z lekcji. Wałęsają się wtedy po parkach czy galeriach handlowych. - Znam przypadki, gdy rodzice w ogóle nie wiedzą, że ich dzieci przez kilka dni nie było w szkole. Bo rodzic wychodzi z samego rana do pracy, wraca często bardzo późno, dużo pracuje, by w Polsce utrzymać rodzinę. Nawet nie wie, że córka czy syn w ogóle nie wychodzili z domu - tłumaczą rozmówczynie TOK FM.

Jest jeszcze jeden aspekt - część dzieci teoretycznie uczy się online. Nie chodzą do polskiej szkoły stacjonarnie, ale tak naprawdę opiekują się młodszym rodzeństwem, bo mama chodzi do pracy. - Znamy takie historie, że siedmio- czy dziewięciolatek siedzi z dużo młodszym bratem. Wtedy rozmawiamy z rodzicami, mówimy, jakie jest w Polsce prawo i że tak nie można postępować - wskazuje nasza rozmówczyni.

Dzieci z Ukrainy poza systemem edukacji. 'Nie wiemy, czy mają depresję albo czy w ogóle wstają z łóżka'

Problemem bywają też nauczyciele. - Empatia nauczycielska niestety powoli dobiega końca. Pedagodzy coraz częściej oczekują od ukraińskich uczniów dobrych wyników w nauce. Uznają, że po roku dzieci powinny już na tyle znać język polski, by móc się wykazać z matematyki, fizyki czy biologii - mówi pani Rita. 

Zdarzają się też nauczyciele, którzy nagminnie zwracają uwagę: "Proszę rozmawiać z dziećmi po polsku". - Bywa, że żądają od ukraińskich uczniów dodatkowej dokumentacji z poprzedniej szkoły, na przykład świadectwa ukończenia jakiejś klasy. Dziecko nie ma dostępu do dokumentu, bo jego miasto jest pod okupacją. A rodzice słyszą od nauczyciela: "W wiadomościach słyszeliśmy, że wcale nie jest aż tak źle" - opowiada gościni TOK FM. 

Zwraca uwagę, że zmieniło się też podejście ukraińskich mam. Część z nich - nawet jeśli same ledwo potrafią wypowiedzieć pojedyncze słowa po polsku - wymaga od dzieci, by dostawały w polskiej szkole same piątki czy szóstki. - W dzieciach pojawia się wtedy frustracja. Zamykają się, czasami nie chcą się uczyć, nie chcą chodzić do szkoły. Część dzieci ciągle wierzy, że szybko wrócą do domu i do swojej wcześniejszej szkoły - mówi pani Rita. 

Pozytywne przykłady? Też oczywiście są

Zdarzają się polsko - ukraińskie przyjaźnie, choć nie jest ich wiele. Zwłaszcza na początku była też widoczna ogromna pomoc rzeczowa dla ukraińskich dzieci. - Plecaków i wyprawek szkolnych było tak dużo, że niektóre dzieci nawet z tego powodu płakały. Tak były tym poruszone - opowiada pani Rita. 

Pamięta też przypadek, gdy ukraińskiej rodzinie spaliło się wynajmowane mieszkanie. Rodzice polskich uczniów bardzo szybko pospieszyli z pomocą. Udało się zebrać nie tylko pomoc rzeczową (ubrania, książki, zeszyty), ale też znaleźć mieszkanie dla poszkodowanej rodziny. - Rodzice ułożyli cały plan pomocy tej rodzinie, łącznie z tym, że skontaktowali się z ośrodkiem pomocy społecznej, ściągnęli wszystkie formularze, jakie mama musiała wypełnić, by dostać pomoc - opowiada pani Rita. Jak dodaje, rodzice polskich uczniów przekazali też rodzinie karty podarunkowe do sklepów, by mogła dokonać potrzebnych zakupów.