,
Obserwuj
Mazowieckie

A jak władza się dowie? Zbiórka podpisów z problemami. Ludzie boją się podać PESEL

3 min. czytania
22.08.2023 12:25
Po aferze z lekarzem z Poznania, na temat którego informacje ujawnił były już minister zdrowia, ludzie boją się podawać swoje dane - słyszymy od osób zbierających podpisy pod listami kandydatów w centrum Warszawy. - To jest coś niebezpiecznego dla funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego - ocenia prof. Adam Bodnar, który - jako kandydat do Senatu - również spotkał się z tym problemem.
|
|
fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Pana Wojciecha spotykamy w centrum Warszawy. Zbiera podpisy pod listami Koalicji Obywatelskiej. Jak mówi, część osób obawia się wpisywać swoje dane, szczególnie PESEL. - Nie jest to nagminne, ale zdarza się, że słyszę od osoby, która chciałaby poprzeć danego kandydata, że nie chce, by władza wiedziała o niej wszystko. Przywoływany jest przy tym przykład lekarza z Poznania - tego, o którym informacje ujawnił minister Niedzielski . Tłumaczymy, że takie są wymogi prawa wyborczego, by podać PESEL, ale część osób w tym momencie się wycofuje - podkreśla rozmówca TOK FM.

Kilka tygodni temu ówczesny minister zdrowia Adam Niedzielski napisał na Twitterze, że lekarz - który dzień wcześniej mówił w telewizji, że są problemy z wypisaniem recept - wypisał na siebie lek psychotropowy. "Sprawdziliśmy. Lekarz wystawił wczoraj na siebie receptę na lek z grupy psychotropowych i przeciwbólowych. Takie to fakty. Jakie kłamstwa czekają nas dziś" - napisał były minister na Twitterze. Niedługo potem Niedzielski stracił stanowisko .

'Nie chodzi o satysfakcję. Wygrało dobro pacjenta'. Pisula o dymisji Niedzielskiego

- Ludzie byli tym oburzeni, że władza ma takie informacje o nas wszystkich i może to bez problemu podać do publicznej wiadomości. Teraz niektórzy mają obawy, że jak podpiszą listę poparcia, będzie wiadomo, że dana osoba wspiera opozycję - potwierdza pani Agnieszka, która też zbiera podpisy pod listami kandydatów. - Część osób daje się przekonać, że nie można się bać i podpisują, ale niektórzy rzeczywiście odchodzą - dodaje w rozmowie z TOK FM.

Podobne obserwacje ma były Rzecznik Praw Obywatelskich prof. Adam Bodnar, kandydat opozycji do Senatu. Od kilku dni można go spotkać na ulicach Warszawy, bo też zbiera podpisy. - Zdarzało się, że niektóre osoby, deklarując wolę podpisania, jak słyszały, że mają podać numer PESEL, to nie chciały tego zrobić. Staram się każdorazowo tłumaczyć, że te dane są przekazywane tylko i wyłącznie Państwowej Komisji Wyborczej, by ta zweryfikowała, czy osoby, które się podpisały, rzeczywiście istnieją i czy nie gromadzi się podpisów w sposób nielegalny. Bo przecież niejednokrotnie dochodziło do takich fałszerstw, że ktoś wpisywał osoby nieistniejące. Ale to nie jest argument, który wszystkich przekonuje - mówi nam Bodnar.

Jak dodaje, to zjawisko, które może niepokoić. - Gdy pojawia się pewien poziom braku zaufania do organów państwowych i do osób zbierających podpisy, to jest coś niebezpiecznego dla funkcjonowania społeczeństwa demokratycznego - ocenia były RPO.

Oto szczegóły Paktu Senackiego. Sprawdź kto kandyduje do Senatu

Obawy przed upublicznieniem danych przez władzę to jedno. Od zbierających podpisy słyszymy też o innych wątpliwościach. - Ludzie mówią, że słyszeli, że ktoś zaciągnął na daną osobę kredyt, znając jej dane osobowe. Znane są takie przypadki i to też budzi lęk - mówi Bodnar. Pisaliśmy o tym na naszym portalu.

Zbieranie podpisów trwa od momentu zarejestrowania komitetów wyborczych. Lista kandydatów na posłów - zgodnie z Kodeksem wyborczym - powinna być poparta podpisami co najmniej 5 tysięcy wyborców stale zamieszkałych w danym okręgu wyborczym. Z kolei w przypadku kandydatów do Senatu, lista powinna zawierać podpisy co najmniej 2 tysięcy kandydatów z danego okręgu. Termin na zgłaszanie list kandydatów na posłów i senatorów mija 6 września.