,
Obserwuj
Mazowieckie

Dzieci, których w Polsce nikt nie chce. "Zasłaniają się, że nie ma miejsc"

5 min. czytania
13.04.2024 08:00
"Jesteśmy nigdzie" - tak swoją sytuację w Polsce określają w badaniach romskie dzieci z Ukrainy, dla których często nie można znaleźć miejsca, nawet w Warszawie. Jak mówi nam przedstawiciel Fundacji w Stronę Dialogu, część szkół - gdy słyszy, że chodzi o dziecko o romskim pochodzeniu - już przy wstępnej rozmowie mówi "nie". - Zasłaniają się tym, że nie mają miejsc - słyszymy.
|
|
fot. Paloma Huczko, Fundacja W Stronę Dialogu

Fundacja w Stronę Dialogu przez pięć miesięcy prowadziła badania wśród romskiej społeczności w Polsce - tej, która przybyła z Ukrainy do naszego kraju po wybuchu wojny. Według szacunków to nawet 70 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowią dzieci, bo rodziny romskie to najczęściej rodziny wielodzietne.

Badania prowadzono w ośrodkach w Warszawie i w hali w Nadarzynie, w której mieszkali Romowie. Badaczki chciały zrozumieć, jak dzieci uchodźcze ze społeczności romskiej radzą sobie z procesem adaptacji w Polsce i jak odnajdują się w tutejszej codzienności. Badano m.in., czy chodzą do szkoły, a jeśli nie, to z jakiego powodu. Udział w badaniu wzięły dzieci, w tym nastolatki, które mają doświadczenie uchodźstwa.

Ukraińscy Romowie nagle bez dachu nad głową. 'Nie wiem, co mamy zrobić'

Jedną z autorek badań jest dr Urszula Markowska-Manista z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. - Były to badania dotyczące doświadczeń dzieci z bycia tu i teraz, ale też z pewnego zawieszenia między doświadczeniem wojny a polską codziennością. To trudny proces związany z nagłym opuszczeniem swojego miejsca i przeniesieniem się do zupełnie obcego kraju, do nowego kontekstu społeczno-kulturowego, ale też edukacyjnego. Dzieci szukają bezpiecznego azylu, w którym mogłyby się do czegoś odnieść - mówi naukowczyni.

- W trakcie realizacji naszych badań wychodziły niezrealizowane potrzeby dzieci. Mówiły, że marzą choćby o dostępie do kuchni, łazienki czy własnym pokoju - opowiada Sonia Styrkacz, doktorantka na Uniwersytecie Warszawskim, współpracująca z fundacją i z Instytutem Badań Edukacyjnych.

'Podnosi ciśnienie'. Po pracy w Biedronce idą na kozetki do 'zetek'. Wiemy, co słyszą

Podkreśla, że mówimy o dzieciach z Ukrainy, które mówią innym językiem, a dodatkowo należą do mniejszości etnicznej i często to, że się wyróżniają ciemniejszym kolorem skóry, jest widoczne. - Włączanie ich w polski system edukacji jest ogromnym wyzwaniem, ponieważ - jeśli w szkole nie ma łącznika, np. asystenta międzykulturowego, który pomaga w bezpieczny sposób wejść do szkolnej przestrzeni - to pojawiają się problemy i konflikty - dodaje.

"Górę biorą stereotypy i uprzedzenia"

- W grupie z Ukrainy jest stosunkowo niewielka grupa dzieci, które chodzą do polskiej szkoły, ale zapisanie ich nie było łatwe. Nie oszukujmy się, niejednokrotnie musimy tego dokonywać niemal siłą. Jest w tym jakaś bariera, również w szkołach w Warszawie. Prawnie jesteśmy w pełni przygotowani na ich przyjęcie, ale mentalnie nie do końca. Bardzo często górę biorą stereotypy i uprzedzenia - mówi prezeska Fundacji w Stronę Dialogu Joanna Talewicz.

Odnalezienie się wśród polskich rówieśników dla ukraińskich dzieci nie jest łatwe, a gdy nakłada się na to romskie pochodzenie, jest jeszcze trudniej. Dzieci, które są w ośrodkach na Mazowszu, w trakcie badań mówiły, że czują się jakby były "nigdzie". Żyją w zawieszeniu między dawną rzeczywistością a dzisiejszym życiem i jest im z tym trudno. Badanie pokazało, że najważniejsza jest dla nich pamięć. Tęsknią za domem i tym, co musiały zostawić, ale też, że doświadczają w Polsce kategoryzacji i podziałów. Nawet jak uda się je zapisać do polskiej szkoły, nie czują się w niej dobrze.

- Postrzeganie dzieci romskich z Ukrainy w szkołach w Warszawie czy pod Warszawą to temat trudny. I chodzi zarówno o postrzeganie ich przez polskich rówieśników, ale też rodziców polskich dzieci, którzy niejednokrotnie sprzeciwiają się ich dołączeniu do danej klasy - opowiada Manuel Dębicki, koordynator pomocy romskim rodzinom w fundacji.

Jak dodaje, część szkół - gdy słyszy, że chodzi o dziecko o romskim pochodzeniu - już przy wstępnej rozmowie mówi "nie". - Zasłaniają się tym, że nie mają miejsc, że szkoła jest przepełniona albo szukają innych usprawiedliwień. Oczywiście nie wszędzie tak jest, bo znamy wiele placówek, w których to naprawdę dobrze działa - dodaje.

Manuel Dębicki
Manuel Dębicki
Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

Joanna Talewicz zwraca uwagę, że duża część romskich dzieci w ogóle nie chodzi do szkoły. Nikt nie wie, ile dokładnie ich jest. To m.in. te osoby, które wraz z matkami - w obliczu wojny - zamieszkały w ośrodkach oddalonych od komunikacji publicznej czy miejscowych szkół. - Wśród czynników, które powodują, że dzieci nie korzystają z polskiego systemu edukacji, są też m.in. niepewność, nieznajomość języka i kontekstu kulturowego, brak wsparcia, ale też poczucie wykluczenia - opisuje Talewicz.

'Chłopcy z klasy rzucają we mnie zeszytem'. Dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Hejt i wykluczenie. Co robić?

Zdaniem Manuela Dębickiego problemem w szkole nie są dzieci, ale dorośli. - Dzieci słyszą od dorosłych określone słowa, czasami wykluczające i dyskryminujące, a potem je powtarzają. Tu trzeba uświadamiać rodziców. Tłumaczyć im, że my - Romowie - jesteśmy takimi samymi ludźmi i tworzymy jakąś wspólną społeczność - wyjaśnia przedstawiciel fundacji.

Co trzeba zmienić?

Autorki badań w swoich rekomendacjach wskazały m.in, że kluczowe jest wsparcie w edukacji w nowych miejscach pobytu i wzmacnianie integracji. Kluczowe jest również wsparcie zdrowia psychicznego i dobrostanu psychospołecznego zarówno dzieci, jak i ich rodziców. Proponują też tworzenie bezpiecznych, przyjaznych, animacyjno-edukacyjnych przestrzeni dla romskich dzieci - umożliwiających włączanie do większościowego społeczeństwa. Wśród rekomendacji jest także zwracanie uwagi na zróżnicowane potrzeby dzieci.

W Polsce są szkoły, w których od lat romskie dzieci dobrze się odnajdują i mają wsparcie. Chodzi o dzieci, które w naszym kraju się urodziły i żyją na co dzień w romskiej społeczności. Tak jest m.in. w Zabrzu.

Beata Emirga jest asystentką międzykulturową w Szkole Integracyjnej nr 8 w Zabrzu. Od 10 lat pomaga dzieciom romskim, sama też jest Romką. - Mam pod opieką dziewiętnaścioro dzieci. Częśc z nich, tych najmłodszych, odbieram z domu, by doprowadzić je do szkoły. I po lekcjach znów je odprowadzam. Jestem łącznikiem między nauczycielami a rodzicami. Jeśli chodzi o konflikty rówieśnicze, to dziś ich raczej nie ma, jest w miarę spokojnie. To jednak wymagało kilku lat współpracy z nauczycielami, wzajemnego poznawania się - mówi pani Beata. Jak dodaje, czasami pomaga dzieciom, które chcą poprawić oceny, reaguje, gdy któryś z uczniów jest wyzywany.

Sylwia Gil też jest asystentką, ale w Szkole Podstawowej nr 43 w Zabrzu, w której jest aż 60 dzieci romskich. - Bywa różnie. Raz jest lepiej, raz gorzej, jak w życiu. Generalnie relacje w szkole są coraz lepsze i nie mogę narzekać. Nauczyciele i szkoła są pozytywnie nastawieni do romskiej społeczności. To wynika m.in. z tego, że u nas Romowie są od wielu lat, dlatego mamy wypracowane określone działania, współpracujemy - opowiada. Jak podkreśla, do jej szkoły nie trafiły romskie dzieci z Ukrainy. - Ale nie mam wątpliwości, że w szkołach, w których tacy uczniowie są, asystenci międzykulturowi są niezbędni. By nie dochodziło do dyskryminacji, wyzwisk i wykluczania - dodaje.

Asystentki międzykulturowe dla dzieci romskich, Beata Emirge i Sylwia Gil
Asystentki międzykulturowe dla dzieci romskich, Beata Emirge i Sylwia Gil
Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka, Radio TOK FM