,
Obserwuj
Mazowieckie

Burza wokół ośrodka buddyjskiego pod Warszawą. "Boimy się, co będzie dalej"

3 min. czytania
04.04.2025 10:39
Rozbudowa ośrodka buddyjskiego w Laszczkach pod Warszawą budzi zaniepokojenie mieszkańców. "Uderzają tam w głośne gongi i bębny, odgłosy słyszy cała okolica" - mówiła jedna z mieszkanek "Gazecie Wyborczej". Niektórzy podejrzewają, że obiekt jest rozbudowywany niezgodnie z prawem i za cichym przyzwoleniem urzędników.
|
|
fot. materiały inwestora

 

  • We wsi Laszczki (woj. mazowieckie) trwa spór wokół rozbudowywanego ośrodka buddyjskiego Thiên Phúc Tu. Jak opisała "Gazeta Wyborcza", mieszkańcy skarżą się na hałas, korki i rosnącą liczbę odwiedzających;
  • Niejasności prawne budzi status obiektu. "To będzie świątynia, a budownictwo sakralne wymaga zupełnie innych pozwoleń. Urzędnicy o tym wiedzą, ale tolerują obchodzenie prawa" - ocenili mieszkańcy. "Zakładam, że jeśli jest prowadzona budowa, to zgodnie z przepisami" - odpowiedziała wójtka Raszyna;
  • Wspólnota ograniczyła hałas i stara się zapobiegać korkom, organizując transport zbiorowy. Sinolog i dziennikarz Krzysztof Darewicz w rozmowie z "Wyborczą" zapowiedział, że zaproponuje spotkanie z mieszkańcami, by wytłumaczyć, że buddyści "nie robią tu nic złego".

 

 

"Odgłosy słyszy cała okolica", "wieś całkowicie się korkuje"

 

W Laszczkach, niewielkiej wsi w gminie Raszyn (woj. mazowieckie), trwa spór wokół ośrodka buddyjskiego Thiên Phúc Tu - opisała stołeczna "Gazeta Wyborcza". Lokalizacja jest nieprzypadkowa - obiekt znajduje się blisko centrum handlowego w Wólce Kosowskiej, gdzie pracuje wielu Wietnamczyków. Choć mieszkańcy podkreślają, że "nie mają nic przeciwko" Wietnamczykom i buddystom, to gdy działalność ośrodka znaczyła się rozwijać, pojawiły się wątpliwości. 

Obiekt działa od 2007 roku, kiedy to jeden z domów z posesją przy ul. Leszczynowej kupiły osoby pochodzenia wietnamskiego i zaadaptowały go na świątynię. Początkowo działalność nie była uciążliwa, ale po pewnym czasie mieszkańcy zaczęli skarżyć się na hałas. "Choćby przez to, że uderzają tam w głośne gongi i bębny, odgłosy słyszy cała okolica. Poza tym zaczęli przyjeżdżać bardzo licznie samochodami. Boimy się, co będzie dalej" - powiedziała "Wyborczej" mieszkająca w Laszczkach pani Marta. Jak dodał inny mieszkaniec, w dniach, w których w Thiên Phúc Tu odbywają się obrzędy,  "wieś całkowicie się korkuje".

Pierwszy raz Warszawa ma radnę... z Wietnamu. 'Właśnie tu jest moje miejsce'

 

Centrum czy świątynia?

 

Drugą sporną kwestią jest status obiektu. Miejscowi spierają się o to, czy mają do czynienia z "centrum" buddyjskim", czy pełnoprawną "świątynią", a to ma znaczenie z punktu widzenia prawa.

W 2023 roku Towarzystwo Buddyjskie Wietnamczyków w Polsce wystąpiło o pozwolenie na rozbudowę obiektu w Laszczkach. Starostwo powiatowe zatwierdziło projekt, który przewiduje m.in. dwa budynki mieszkalne jednorodzinne, cztery budynki gospodarcze i dwa budynki garażowe. Mieszkańcy twierdzą jednak: "To będzie świątynia, a budownictwo sakralne wymaga zupełnie innych pozwoleń. Urzędnicy o tym wiedzą, ale tolerują obchodzenie prawa". Wójtka Raszyna Bogumiła Stępińska-Gniadek skomentowała: "Zakładam, że jeśli jest prowadzona budowa, to zgodnie z przepisami".

Koniec konsultacji ws. ulicy Kaczyńskiego w Gdańsku. Tyle głosów oddali mieszkańcy

Na Facebooku ośrodek figuruje jako "ośrodek religijny", Remigiusz Szeląg, związany prywatnie z osobami prowadzącymi ośrodek, tłumaczył natomiast "Wyborczej", że obiekt to "normalne dwa domy mieszkalne", które mają działać "jako ośrodek dla starszych ludzi, rodziców, dziadków Wietnamczyków, którzy mieszkają w Warszawie". Jak podkreślił, "nie chodzi o dom starości", a bardziej o "miejsce dziennego pobytu, może też medytacji, modlitw, ale nie o charakterze religijnym".

 

W Laszczkowie "brakuje komunikacji"

 

Krzysztof Darewicz, sinolog i dziennikarz próbował uspokajać nastroje, mówiąc, że "świątynia buddyjska jest oazą ciszy i spokoju, ta w Laszczkach również. Ludzie przyjeżdżają tam się modlić, a nie hałasować czy rozrzucać śmieci". Uroczystości odbywają się głównie trzy razy w roku i przyciągają kilkadziesiąt osób. Jest jednak jeden problem. "Nikt na miejscu nie mówi po polsku. (...) Brakuje komunikacji" - powiedział.

Wspólnota zaczęła reagować na skargi, dotyczące hałasu. "Odkąd zaczęły się protesty, faktycznie świątynia przyciszyła gongi" - przyznała pani Marta. Ponadto w dniach większych uroczystości organizowany jest transport z centrum handlowego w Wólce Kosowskiej, by odciążyć wiejskie drogi. Krzysztof Darewicz w rozmowie z "Wyborczą" zadeklarował, że zaproponuje spotkanie z mieszkańcami, by wytłumaczyć, że buddyści "nie robią tu nic złego". Wójtka Raszyna dodała: "Można rozważyć tam zakazy zatrzymywania i parkowania, jeśli to się okaże problemem".

Posłuchaj: