"Jestem zdruzgotana". Ważą się losy ostatniej porodówki w Bieszczadach
- Jestem zdruzgotana. Obiecywano nam co innego - mówią nam pracownicy szpitala w Lesku. W piątek odbyły się tam kilkugodzinne rozmowy o zagrożonej likwidacją porodówce. Półtora miesiąca temu nadzieje na uratowanie porodówki dała Izabela Leszczyna, ale trzy tygodnie później przestała kierować resortem zdrowia.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego porodówka w Lesku ma poważne kłopoty?
- Co wydarzyło się na piątkowym spotkaniu z przedstawicielem Ministerstwa Zdrowia?
- Gdzie mają rodzić kobiety mieszkające w Bieszczadach, jakie mają opcje?
- Jakie są problemy szpitali powiatowych w regionie?
Na piątkowe spotkanie do Leska przyjechał doradca nowej minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Zaangażowani w ratowanie ostatniej porodówki w Bieszczadach spodziewali się kogoś bardziej decyzyjnego. Zarzucali przedstawicielowi resortu, że przyjechał nieprzygotowany i nie miał czasu na rozmowy.
- W połowie spotkania dowiedzieliśmy się, że musi wyjechać, bo ma napięty grafik. Żegnał się, mówiąc, że droga do Warszawy daleka, więc będzie miał jeszcze pięć godzin na przemyślenia - relacjonuje Duszan Augustyn z ruchu społecznego "Porodówka w Bieszczadach ma zostać!".
- Ten przyjazd był chyba tylko po to, żeby media powiedziały, że był przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia. Czujemy się oszukani i jesteśmy rozgoryczeni, bo resort nie ma dla nas żadnej propozycji w zakresie zabezpieczenia kobiet ciężarnych na tym terenie. Nie liczę już na żadną pomoc ze strony rządu - mówi portalowi TOK FM dyrektorka szpitala w Lesku Małgorzata Bryndza.
Ministerstwo nie odpowiadało na telefony
W rozmowach w Lesku wzięli udział przedstawiciele załogi i dyrekcji szpitala, samorządu, władz województwa, NFZ w Rzeszowie, dyrektorzy innych szpitali w regionie, którzy też mają problem z porodówką, a także mieszkańcy. Część z nich była 1 lipca w Warszawie na pikiecie w obronie oddziału w zadłużonym szpitalu w Lesku.
- Wyszła do nas ówczesna minister zdrowia Izabela Leszczyna i mówiła, że porodówka w Lesku musi zostać. I takie było zapewnienie, że będą wprowadzone pewne rozwiązania, które mają to zagwarantować, ale od 1 lipca kompletnie nic się nie działo. Nie było żadnych informacji - relacjonuje Magdalena Dąbrowska ze związków zawodowych w leskim szpitalu.
Pomysłem, który miał być ratunkiem dla tamtejszego oddziału ginekologiczno-położniczego, było stworzenie w Lesku czegoś w rodzaju filii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Rzeszowie. Załoga usłyszała jednak od władz samorządowych, że żadne poważne rozmowy w tej sprawie się nie toczą.
Na początku sierpnia branżowy portal rynekzdrowia.pl informował, że resort przygotowuje rozporządzenie regulujące sytuację kobiet rodzących na terenach, na których nie ma porodówki. Z ustaleń dziennikarzy wynikało, że pierwszym szpitalem, który przetestuje nowe pomysły, będzie ten w Lesku.
Nowe rozwiązania miały zagwarantować bezpieczeństwo rodzących, ale też pozwolić szpitalom na likwidację nierentownego oddziału. Zgodnie z tymi założeniami w miejsce porodówki powstałaby izba porodowa. W szpitalu miały być zawsze w pogotowiu dwie położne oraz karetka gotowa do przewiezienia rodzącej do najbliższej placówki z oddziałem położniczym.
W bieszczadzkich warunkach to oznaczałoby nawet dwugodzinną podróż. Jednocześnie, jeżeli lekarz uzna, że stan kobiety nie pozwala na taką podróż, szpital musi być w stanie przyjąć poród, w trybie pilnym.
Z informacji branżowych mediów wynika, że podobne rozwiązania zaproponowała ministerstwu konsultantka krajowa w dziedzinie położnictwa i ginekologii prof. Ewa Wender-Ożegowska. Zgodnie z tymi propozycjami w miejsce likwidowanych porodówek powstawałyby Terenowe Oddziały Położnicze (TOP Mama).
- Tymczasem doradca społeczny, który w ogóle nie był decyzyjny, nic na ten temat nam nie powiedział. To o czym mówił, to to, co wiemy od 8 miesięcy - że konieczna jest konsolidacja okolicznych szpitali (Lesko, Ustrzyki i Sanok) - relacjonuje szefowa zadłużonej placówki.
Ogromne zadłużenie szpitala
Szpital Powiatowy w Lesku ma już 114 mln złotych długu. Każdego miesiąca brakuje 1,5 mln złotych. Brakuje na leki, materiały medyczne, usługi diagnostyczne, odczynniki, opłaty za krew, funkcjonowanie bloku operacyjnego. - Zadłużenie rośnie i to powoduje, że coraz więcej naszych strategicznych kontrahentów nie chce nam dostarczać towarów. Za leki w tej chwili płacimy gotówką, bo inaczej już ich nie dostaniemy. Z tymi dostawami mamy ogromne problemy, bo jesteśmy niewypłacalni - rozkłada ręce Małgorzata Bryndza, która jest dyrektorką leskiej placówki od 10 miesięcy.
Zapewnia, że ani władze samorządowe, ani dyrekcja placówki nie chcą zrzucić problemu na ministerstwo. - Nikt tu nie chce się zadłużać. Mamy świadomość, że błędy są po obu stronach. Liczyliśmy na konstruktywne spotkanie z ludźmi decyzyjnymi, którzy jako eksperci nam coś doradzą, przedstawią jakieś propozycje, że zakaszemy rękawy i bierzemy się do roboty - relacjonuje Bryndza.
Martwi się, że wyczerpane zostały już wszystkie możliwości. - Pisałam list do premiera, do ministerstwa, jeździliśmy na spotkania do Warszawy, do wojewody. Czujemy się potraktowani przez rząd jak Polska B. Jesteśmy pozostawieni sami sobie - nie kryje rozgoryczenia pani dyrektor.
Do porodu mogą jechać dwie godziny
O porodówce w Lesku mówi się "ostatnia w Bieszczadach" po tym, jak kilka lat temu zlikwidowane zostały porodówki w Ustrzykach Dolnych i Sanoku. W ostatnim czasie także rodzące z tych powiatów (sanockiego i bieszczadzkiego) wybierały leski szpital.
Mimo to w 2024 roku odebrano tu niespełna 200 porodów - to liczba o połowę mniejsza niż ta, którą wielu ekspertów uznaje za minimum dla bezpieczeństwa porodów i utrzymania rentowności oddziałów położniczo-ginekologicznych w szpitalach.
Zdarzają się tygodnie, gdy w szpitalu w Lesku nie rodzi się żadne dziecko. Szpital ma ogromne problemy kadrowo-finansowe. Wykruszyła się kadra pediatrów, więc placówka nie może zapewnić opieki okołonoworodkowej.
- Przy aktualnym systemie finansowania ten oddział się nigdy nie zbilansuje. Wielokrotnie zwracaliśmy na to uwagę. Oddział, na którym jest mało porodów, ale jest tak strategicznie potrzebny na tym terenie, musi być finansowany za gotowość, a nie za procedurę, bo tych procedur, czyli porodów, jest mało - tłumaczy dyrektor Szpitala Powiatowego w Lesku.
I podkreśla, że podobne problemy mają także inne placówki w województwie podkarpackim. Przeworsk zamknął już oddział ginekologiczno-położniczy, została tylko ginekologia, ale pacjentki z Przeworska mają kilkanaście kilometrów do innego ośrodka z odpowiednim oddziałem. Z Bieszczadów trzeba jechać dwie godziny do Rzeszowa.
- Bieszczady, Lesko naprawdę są bardzo specyficznym terenem. Wszyscy mamy wspólne problemy z niedoszacowaniem procedur medycznych i rosnącymi przez to kosztami bieżącej działalności. Sanok, Brzozów, Ustrzyki, ale też Przeworsk, Leżajsk, Lubaczów to są powiaty, z którymi się dobrze rozumiemy i na tym spotkaniu się potwierdziło, że problemy szpitali powiatowych to nie jest tylko przypadek województwa podkarpackiego, ale to ogólnopolski problem - kwituje dyrektorka.
Zawieszenie porodówki
1 lipca złożyła u wojewody wniosek o zawieszenie na dwa miesiące działalności oddziału. Teraz złożyła kolejny. Obecny na piątkowych rozmowach w Lesku wicewojewoda podkarpacki Wiesław Buż przywiózł informację, że jest zgoda na to, by oddział nie pracował także przez cały wrzesień.
Przed zawieszeniem oddziału w Lesku pracowało tu 28 położnych i 7 lekarzy (załoga oddziałów noworodkowego i ginekologiczno-położniczego). Od początku wakacji położne pracują na szpitalnym oddziale ratunkowym m.in. po to, by być wsparciem, gdyby przyjechała pacjentka w trakcie porodu. I zdarzyły się takie przypadki - pacjentki musiały być przetransportowane do szpitali w Brzozowie (37 km) i Rzeszowie (90 km).