Miejskie aktywistki kontra straż miejska. Jest wyrok w głośnej sprawie w Przemyślu
- Ta sprawa pokazuje, jak włodarze miasta nadużywają władzy i jak traktują aktywistów, którzy walczą o dobro wspólne - skomentowała po wyjściu z sali rozpraw Lila Kalinowska. Działania Straży Miejskiej w Przemyślu, która występuje w tej sprawie w roli oskarżyciela publicznego, budzą w mieście kontrowersje.
Nietypowa interwencja
Wszystko zaczęło się ponad trzy miesiące temu, w przeddzień Święta Niepodległości. Późnym popołudniem, 10 listopada, pod siedzibę Towarzystwa Ulepszania Miasta w kamienicy w Rynku zajechał na sygnale samochód Straży Miejskiej w Przemyślu. - Pojawili się funkcjonariusze i rozmawiali z nami w takim tonie, jakby stało się coś bardzo złego. Powiedzieli, że nadepnęliśmy rządzącym na odcisk - relacjonuje Lila Kalinowska.
Strażnicy miejscy mieli zasugerować, by kobiety przyznały się do nielegalnego powieszenia plakatów na 19 drzewach na deptaku nad Sanem. - Straszyli nas, że w przeciwnym razie sprawa zostanie skierowana do sądu i nie skończy się na grzywnie, lecz nawet karze ograniczenia wolności. Interwencja trwała prawie godzinę - wspomina aktywistka. - Funkcjonariusze stali przy aucie z migającymi światłami przed siedzibą TUM. Długo konsultowali się z kimś z góry, a my czułyśmy, że reakcja jest przesadzona, a przedsięwzięte środki zupełnie nieadekwatne do naszej winy - opowiada dalej Kalinowska.
Pytany przez nas o sprawę komendant Straży Miejskiej w Przemyślu Jan Geneja nie zakwestionował przytoczonego przez aktywistki przebiegu interwencji. Nie odpowiedział na pytanie, czy motywem działań nie było przypadkiem stłumienie akcji informacyjnej prowadzonej przez aktywistki. Podkreślił jedynie, że podjęto adekwatne działania związane z naruszeniem art. 63a par. 1 Kodeksu wykroczeń. Mówi on, że "kto w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym umieszcza ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek [...] podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny".
Aktywistki początkowo nie przyznały się do winy. Dwie godziny później - mając świadomość, że Straż Miejska dysponuje zapisami z kamer - jednak przyznały się do zarzucanych czynów. Dwa dni później przyjechały na komendę Straży Miejskiej i opisały przebieg zdarzeń oraz swoje motywacje.
Protest przeciw pracom na promenadzie
Zawieszenie plakatów na 19 drzewach, w okolicy mostu im. Orląt Przemyskich, nie było przypadkowe. - Była to jedna z wielu form protestu przeciw rozpoczętej już przebudowie promenady nad rzeką San. I zarazem wyraz bezradności wobec działań władz miasta - mówi nam Jaga Hryniszyn.
Sprawę kontrowersyjnego projektu przebudowy wybrzeża nagłośniło latem stowarzyszenie MOST. - Organizacja wykonała ogromną pracę, by uświadomić mieszkańcom, co się dzieje - uważa Lila Kalinowska. Stowarzyszenie, na podstawie dostępnych w BIP oraz zdobytych w czasie licznych spotkań i rozmów z urzędnikami informacji, wykonało m.in. wizualizacje planowanych prac.
- Przez długie miesiące byliśmy nastawieni na dialog i współpracę z miastem - opowiada Tomasz Sawka ze stowarzyszenia. - Niestety szybko okazało się, że prezydent zupełnie ignoruje uwagi strony społecznej. W czerwcu zaczęliśmy więc publicznie mówić o naszych zastrzeżeniach do forsowanego przez miasto projektu - mówi dalej Sawka.
Prace nad przebudową ul. 22 Stycznia ruszyły. Miasto przekonywało, że nie dąży do zmiany rekreacyjnego charakteru wybrzeża, a aktywiści wprowadzają mieszkańców w błąd. Planowany podkop pod mostem kolejowym miał być - według władz miasta - odpowiedzią na apel służb ratunkowych. Okazało się jednak, że ani Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego w Przemyślu, ani Straż Pożarna nie zgłaszały problemów z przejazdem swoich pojazdów pod mostem kolejowym i nie wnioskowały o przebudowę jezdni.
Lila Kalinowska przekonuje, że to już drugi raz, gdy władze miasta postawiły mieszkańców przed faktem dokonanym. Podobnie - jak mówi - było przy zakończonej wiosną 2023 roku przebudowie wschodniej pierzei Rynku. - Projekt przebudowy deptaka nad Sanem powstał w oparciu o wizję jakiegoś urzędnika, który ogłosił postępowanie przetargowe - twierdzi Lila Kalinowska. - Znów nie zapytano o zdanie mieszkańców. Dopiero pod wpływem protestów, latem zeszłego roku miasto zaprosiło mieszkańców na konsultacje społeczne, które jednak - jak w końcu przyznał sam prezydent Przemyśla - były w istocie spotkaniami informacyjnymi - twierdzi aktywistka Towarzystwa Ulepszania Miasta.
Zaangażowani w protesty aktywiści wskazują, że kolejność powinna być odwrotna: najpierw konsultacje, później projekt - w oparciu o oczekiwaniu mieszkańców.
Protest na Święto Niepodległości
Późną jesienią nie było już wątpliwości, że miasto nie wycofa się z inwestycji. Zgodnie z pierwotnym planem dokonano podkopu pod mostem kolejowym. Aktywistom się to nie podobało i nie podoba. - Będą mogły jeździć tamtędy samochody ciężarowe - zauważa Tomasz Sawka ze stowarzyszenia MOST. - Podkop oznacza też utrudnienia w ruchu pieszych i wymusza znacznie mniej bezpieczne rozwiązania dla rowerzystów, na dodatek na popularnym szlaku rowerowym Green Velo. Obniżenie jezdni oznacza bowiem konieczność postawienia barierek zabezpieczających przed wypadnięciem ze ścieżki - punktuje.
Firma realizująca inwestycję wycięła też osiem drzew w okolicy mostu kolejowego. Zdaniem aktywistów niezgodnie z prawem, bo bez decyzji Podkarpackiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Stowarzyszenie MOST rozważa w tej sprawie doniesienie do prokuratury. - Analizujemy m.in. zaniedbania urzędu konserwatora zabytków, który w tej sytuacji sam najprawdopodobniej powinien zawiadomić prokuraturę - twierdzi Sawka.
To wszystko zmobilizowało działaczki Towarzystwa Ulepszania Miasta do przeprowadzenia wspomnianej na początku artykułu akcji informacyjnej na temat przebudowy wybrzeża i możliwej wycinki kolejnych drzew. Miejsce akcji - deptak w okolicy mostu Orląt Przemyskich - wybrano także dlatego, że następnego dnia miały odbyć się tam gromadzące tłumy mieszkańców uroczystości z okazji Święta Niepodległości.
Kara i batalia w sądzie
I tu wracamy do interwencji strażników miejskich. Lili Kalinowskiej i Jadze Hryniszyn funkcjonariusze zaproponowali po 500 złotych mandatu. Aktywistki odmówiły przyjęcia kary. Sprawa trafiła więc do sądu.
W pierwszych dniach stycznia Sąd Rejonowy w Przemyślu wydał pierwsze wyroki. W trybie zaocznym - a więc bez przeprowadzenia rozpraw, na podstawie akt sprawy - sąd ukarał Lilę Kalinowską i Jagę Hryniszyn karami nagany i zwolnił je z kosztów postępowania sądowego. Aktywistki były zadowolone. Myślały, że to już koniec tej historii. Okazało się jednak, że Straż Miejska wniosła sprzeciw. Podtrzymała chęć ukarania kobiet mandatami po 500 złotych.
12 i 14 lutego Jaga Hryniszyn i Lila Kalinowska musiały stawić się w Sądzie Rejonowym w Przemyślu. Ich sprawy odbiły się w mieście szerokim echem. Na rozprawy, w której oskarżycielem publicznym była Straż Miejska, przybyło kilkadziesiąt osób.
Lila Kalinowska i Jaga Hryniszyn podtrzymały swoje wyjaśnienia. Mówiły, że w chwili wieszania plakatów nie miały świadomości łamania prawa. Podkreślały, że w Przemyślu wielokrotnie widziały ogłoszenia, rozmieszczone w podobny sposób, także na drzewach. Jak mówiły, nikomu to nie przeszkadzało.
Ten temat zainteresował też prowadzącego sprawę Lili Kalinowskiej sędziego Sądu Rejonowego Andrzeja Kowalczyka. Pytał on występujących w charakterze świadków strażników miejskich o to, jak długo służą w Straży Miejskiej, a następnie ile razy w czasie swojej służby interweniowali bądź słyszeli o interwencjach w podobnych sprawach. Mieszkańcy nie raz widzieli bowiem wieszane na drzewach ogłoszenia o zbiórkach kibiców i meczach lokalnych drużyn piłkarskich.
Pierwszy ze strażników, mający za sobą 26 lat służby, przyznał, że "te plakaty kibiców były zawsze", ale nigdy w tej sprawie interwencji nie podejmował. Drugi, młodszy stażem (sześć lat w Straży Miejskiej), twierdził, że z rozwieszanymi w nielegalnych miejscach ulotkami czy plakatami kibiców nigdy się nie spotkał.
- Jak były, to widziałem je w miejscach, które są wyznaczone do oblepiania - mówił.
- Czyli na drzewach czy latarniach nigdy pan takich plakatów nie widział? - dopytywał sędzia Kowalczyk.
- Nie miałem takiego szczęścia - odparł strażnik, wywołując uśmiechy na publiczności.
Reprezentujący Straż Miejską oskarżyciel publiczny, jak i zeznający w sprawie strażnicy miejscy, nie potrafili też odpowiedzieć na pytania, kto zgłosił Straży Miejskiej wykroczenie w postaci zawieszenia plakatów na drzewach w dniu 10 listopada. Strażnicy zasłaniali się informacją od dyżurnego Straży Miejskiej. Kto powiadomił dyżurnego? Tego nie dowiedzieliśmy się z rozprawy.
- Straż Miejska nie chce tego ujawnić, bo w ten sposób musiałaby przyznać, że działała pod presją polityków - twierdzi Lila Kalinowska.
Sądy po stronie aktywistek
Po przesłuchaniach świadków oskarżyciel publiczny, st. insp. Marek Śmietana ze Straży Miejskiej w Przemyślu, przyznał, że żądane przez Straż Miejską wyroki są "stanowczo zbyt wysokie". Zamiast 500 złotych grzywny zaproponował więc ukaranie obwinionej Liliany Kalinowskiej grzywną w wysokości 100 złotych. - Ale nie chodzi mi tutaj w zasadzie o grzywnę, lecz o nawiązkę na rzecz Zakładu Usług Komunalnych w kwocie 481 złotych, bo tyle wyniosły koszty usunięcia tych plakatów. Jeśli chodzi o koszty sądowe, się nie wypowiadam - stwierdził w mowie końcowej.
Lila Kalinowska podkreślała, że sprawa ma charakter szykan politycznych. - Wiem, że moja działalność jest niewygodna dla samorządu, (...) ale jest przejawem mojej wysokiej odpowiedzialności za środowisko, w którym żyję, za moje miasto. Działam tak od wielu lat i stosuję środki, które uważam za odpowiednie do wyrażenia protestu - mówiła przed sądem. Nawiązała też do kosztorysu, który przedstawił Zakład Usług Komunalnych, i na podstawie którego Straż Miejska wnosiła o wysoką karę dla aktywistek. - Kosztorys mówi, że zdjęcie plakatów z 19 drzew na deptaku nad Sanem trwało sześć roboczogodzin i kosztowało blisko 500 złotych. To kwota rażąco wysoka. Wieszałyśmy te plakaty we dwie, w 40 minut, równocześnie zbierając podpisy pod petycją i rozmawiając przez telefon. Zdjęcie ich nie mogło trwać więcej niż kwadrans - zauważyła aktywistka TUM.
Lila Kalinowska i Jaga Hryniszyn podkreśliły też, że plakaty były w ekologiczne - papierowe, przyklejone też papierową taśmą. Miały zostać usunięte przez Towarzystwo Ulepszania Miasta zaraz po weekendzie.
Ostatecznie sędziowie Sądu Rejonowego Andrzej Kowalczyk i Agnieszka Tworzydło uniewinnili obie aktywistki od zarzutów naruszenia estetyki miasta poprzez nielegalne rozwieszenie plakatów. Zgodnie podkreślili, że nie istnieje podstawowa przesłanka, by zastosować kary z Kodeksu wykroczeń, jaką jest szkodliwość społeczna czynu.
Sędziowie podkreślali nie tylko zerową szkodliwość tego czynu, ale też postawę aktywistek służącą budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. - Należy wziąć pod uwagę szczytną intencje, jakimi kierowała się obwiniona. Jej zamiarem było poinformowanie jak największej rzeszy mieszkańców Przemyśla o dość problematycznym projekcie remontu ulic Wybrzeże Ojca Św. Jana Pawła II i 22 stycznia, i przekształceniu ich w pełnowymiarową arterię komunikacyjną - mówił w uzasadnieniu sędzia Andrzej Kowalczyk.
- Nie wdając się w dyskusję na temat zmian proponowanych przez włodarzy miasta, wypada przypomnieć, że Wybrzeże Jana Pawła II i jej przedłużenie w postaci ulicy 22 stycznia, a w szczególności przylegający do nich chodnik wzdłuż Sanu, od dziesięcioleci traktowane były przez mieszkańców miasta oraz turystów jako swoisty bulwar, miejsce służące do szeroko pojętego wypoczynku. Trudno zatem dziwić się, że część mieszkańców postanowiła zaprotestować przeciw projektowanym zmianom i poinformować o tym innych mieszkańców miasta - uzasadniał sędzia Andrzej Kowalczyk, podkreślając też kwestię konstytucyjnych praw do wolności wyrażenia opinii i krytyki działań władzy publicznej.
- Ta sprawa i wyroki niezawisłych sądów to kompromitacja dla Straży Miejskiej w Przemyślu - komentuje Tomasz Sawka ze stowarzyszenia MOST, które jako pierwsze zwróciło uwagę na kontrowersyjny projekt przebudowy wybrzeża nad Sanem. Podobnie ocenia ją Arkadiusz Południak ze stowarzyszenia Polska 2050. - Ta sprawa jest skandaliczna. To nic innego jak szykany wymierzone w osoby angażujące się w działalność społeczną, w działalność, która nie spodobała się samorządowcom - mówi.
Arkadiusz Południak zwraca też uwagę na fakt, że Straż Miejska użyła starego, pochodzącego jeszcze z czasów stanu wojennego artykułu 63a Kodeksu wykroczeń, który wtedy też używano, by ścigać osoby wieszające nieprzychylne władzy plakaty czy ulotki.
Przy okazji Towarzystwo Ulepszania Miasta oficjalnie zapytało Straż Miejską w Przemyślu o to, ile razy w czasie ostatnich pięciu lat karano mieszkańców na podstawie art. 63a Kodeksu wykroczeń. Odpowiedź? Przez pięć lat Straż Miejska wystawiła tylko dwa mandaty w kwocie po 100 złotych każdy, a pięć razy udzieliła pouczeń w podobnej sprawie.
Dla Lili Kalinowskiej i Jagi Hryniszyn środowe wyroki to przede wszystkim ogromna ulga. - To jest stres, zawsze, nawet jeśli sprawy kończą się pozytywnie - mówi Kalinowska. - Jest to też rodzaj bardzo silnej szykany, która jest nieprzyjemna. Wyobrażam sobie, że to rzeczywiście działa na obywateli, wywołuje tzw. efekt mrożący. W konsekwencji wielu z nich, mając np. pozycję zawodową w jakiś sposób zależną od miasta, po prostu się nie odezwie. Niszczymy w ten sposób społeczeństwo obywatelskie i największą wartość miasta, jaką są aktywni i zaangażowani obywatele - podkreśla Lila Kalinowska.
Będzie dalszy ciąg?
O sprawie chcieliśmy porozmawiać z prezydentem Przemyśla Wojciechem Bakunem. Niestety nie znalazł dla nas czasu. W mediach społecznościowych zasygnalizował jednak, że sprawa może mieć swój ciąg dalszy.
Włodarz miasta zareagował bowiem na wpis, w którym Towarzystwo Ulepszania Miasta - zapraszając mieszkańców na rozprawę w Sądzie Rejonowym w Przemyślu - określiło Lilę Kalinowską jako "ściganą przez Straż Miejską w Przemyślu, na polecenie prezydenta miasta W. Bakuna".
"Tym razem, drodzy Państwo, za publiczne pomówienia złożę pozew z powództwa cywilnego. Pozdrawiam" - napisał Wojciech Bakun