Małżeństwo z Obywateli RP: Przenieśliśmy nasze wkurzenie z kanapy na ulice
Marta i Darek są małżeństwem, oboje wykonują zawód archeologa. Za rządów Prawa i Sprawiedliwości wstąpili do Rebeliantów Podkarpackich. To grupa około 30-40 osób, która działała w ostatnich latach na Podkarpaciu właśnie, czyli w bastionie PiS. Potem Marta i Darek dołączyli też do Obywateli RP.
- Dla mnie momentem przełomowym był zamach na sądy i praworządność w Polsce. Wtedy - wspólnie z mężem - powiedzieliśmy 'dość'. Nie można stać obok, przyglądać się i złościć jedynie między kuchnią a łazienką - mówi TOK FM Marta Połtowicz-Bobak.
- Wiedzieliśmy, że to nie jest tak, że inni zrobią coś za nas albo że samo się zrobi. Uznałam, że jeśli jako obywatelka mogę w jakikolwiek sposób dać wyraz mojego buntu w stosunku do ówczesnej władzy, ale też pokazać solidarności z innymi, to jest niezwykle ważne. Dlatego na protestach zaczęliśmy rozmawiać, nawiązywać kontakty, powstały przyjaźnie - opowiada aktywistka.
Wkurzenie z poziomu kanapy
Darek na początku nie wiedział, czy potrafi zaangażować się w protesty. - Nie byłem pewien, czy mam na to czas. Emocje jednak narastały i wspólnie z żoną w końcu zdecydowaliśmy, że pójdziemy przed sąd. Oczywiście wcześniej interesowaliśmy się polityką, dyskutowaliśmy o niej w domu od zawsze. I wkurzaliśmy się na to, co z naszym państwem robił PiS. Początkowo tylko z poziomu kanapy - tłumaczy Darek.
Pamięta m.in. protest narodowców w Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych. - Stanęliśmy naprzeciw nich. Musiała nas wynieść policja. Dla mnie to był przełom. Zobaczyłem, że w ten sposób też można nasze racje nagłośnić. Bo o tym rzeczywiście stało się głośno. I mogliśmy powiedzieć coś więcej niż tylko to, co było widać na transparentach - dodaje aktywista.
Były przypadki, gdy policja zabierała Darka na komendę. Żona w tym czasie organizowała mu adwokata i próbowała dowiedzieć się, co z jej mężem robią funkcjonariusze. - Te rozmowy na policyjnej dyżurce były znamienne - kręci głową.
- Pytałam, czy jest tam mój mąż. Słyszałam odpowiedź, że jest, więc informowałam, że już jedzie do niego adwokat. Policjant odpowiadał: 'Pan Bobak nie chce adwokata'. Po czym prawnik przyjeżdżał, chciał wejść, na co mu odpowiadano: 'Pan Bobak za 10 minut wychodzi, nie ma potrzeby prawnika'. A potem co? Siedział tam kolejne dwie godziny. I tak w kółko - opowiada pani Marta. - Mąż miał prawo do kontaktu telefonicznego z osobą bliską, ale mu uniemożliwiano. Dochodziliśmy do absurdu - dodaje moja rozmówczyni.
Zza biurka w IT przeniosła się na ulice. Protesty 'przypłaciła' terapią i... małżeństwem
Marta i Darek w rozmowie z nami wspominają m.in. wspólne przygotowywanie transparentów na protesty. - Robiliśmy to grupą. Zwykle było tak, że była burza mózgów, padało jakieś hasło i pojawiała się reakcja: 'O, to jest to!' - opisuje aktywistka.
Jak dodaje, hasło musiało być 'jakieś', wpadające w ucho, niebanalne. - Naszą barierą, którą sobie ustaliliśmy, był szacunek do drugiego człowieka. Nie można przekraczać granicy tam, gdzie kończy się szacunek dla człowieka, a zaczyna się poniżanie czy pogarda. Nawet w stosunku do największego wroga nie należy tego robić - przekonuje Marta.
Transparenty były przygotowywane głównie z prześcieradeł kupowanych w lumpeksach. Do tego kupowano farby, którymi malowano hasła i symbole.
Wybory 15 października były przełomem. A dziś?
Marta i Darek nie kryją, że cieszyli się, że 15 października wygrała większość skupiona wokół Koalicji Obywatelskiej. Łączyli z tym ogromne nadzieję, ale przyznają, że czują pewne rozczarowanie.
- Spodziewałem się, że rządzący będą w stanie zrobić więcej. Nie mówię nawet o rozliczeniach tych, którzy byli odpowiedzialni za wszystkie przekręty z czasu poprzednich rządów. Tu akurat uważam, że nie ma co się spieszyć - wszystko musi być zgodnie z prawem, solidnie, a to wymaga czasu - opowiada Darek.
- Ale takim największym rozczarowaniem - czymś, czego się nie spodziewałem, jest sytuacja na polsko-białoruskiej granicy. Wbrew zapewnieniom, że będą bardziej humanitarni niż PiS i rozwiążą ten problem, nie łamiąc praw człowieka, nic się nie zmieniło. Nawet więcej, problem się zaostrza, bo pojawiła się ta nieszczęsna ustawa o możliwości użycia broni - rozkłada ręce aktywista.
Marta przyznaje z kolei, że nie rozumie, dlaczego obecna władza nie korzysta ze wsparcia społeczeństwa obywatelskiego. - Na protesty przychodzili czasami politycy, ale później słyszeliśmy coś w stylu: 'No dobra, wy sobie tutaj krzyczycie, chodzicie, ale prawdziwą politykę robimy my!'. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tego typu myślenie trwa - ocenia Marta. - A politycy muszą wiedzieć, że my nie będziemy bezkrytycznie ich popierać - dodaje jej mąż.