"Polska dla Polaków"? Historyk przeciera oczy ze zdumienia. "Politycy stchórzyli"
- W ostatni weekend w 80 miejscach w Polsce przeszły marsze przeciwko migrantom;
- "Dzisiejszy PiS jest jak Konfederacja sprzed paru lat, a Platforma przypomina PiS" - komentuje prof. Rafał Wnuk;
- Historyk dziwi się, że państwo nie podejmuje mocnych działań, aby walczyć z ksenofobią. I przestrzega, że taka "abdykacja" może być w dłuższej perspektywie bardzo niebezpieczna;
- Profesor wskazuje, że nastawienie do "inności" pokazało mu też to, co wydarzyło się po zaprezentowaniu w Gdańsku wystawy "Nasi chłopcy".
W ostatni weekend w 80 miejscach w Polsce przeszły marsze przeciwko migrantom. Pojawiały się na nich hasła o potrzebie "bezpiecznych granic" czy obawach przed "niepożądanymi przybyszami". Krzyczano również: "Murem za polskim mundurem" albo "Inżynierów mamy swoich". Nie brakowało też haseł ksenofobicznych i pełnych nienawiści: "Cała Polska głośno krzyczy - nie dla tej islamskiej dziczy", "Polska dla Polaków", "Polak w Polsce gospodarzem" czy "Hej, Platformo, chcesz Araba, to go sobie w domu trzymaj".
"Odpowiedzialni politycy muszą z tym walczyć. A widzę, że stchórzyli"
- Nie chcę mówić, że mnie to przeraża, bo staram się nie używać zbyt mocnych słów, ale na pewno niepokoi mnie ucieczka decydentów przed podejmowaniem decyzji. W całej tej atmosferze wszyscy próbują przejąć język oponentów politycznych, bezustannie przesuwając się na prawo. Dzisiejszy PiS jest jak Konfederacja sprzed paru lat, a Platforma przypomina PiS - komentuje prof. Rafał Wnuk, ekspert historii najnowszej, dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i jeden z twórców wystawy głównej w tej instytucji.
Przekonuje, że obecna władza powinna pokazać, że ma siłę i sprawczość. Że tu i teraz reaguje na nienawiść i rasizm na ulicach, a nie czeka z tym dzień, dwa czy pięć dni. - Odpowiedzialni politycy muszą z tym walczyć. Muszą pokazywać, że to jest droga w przepaść. A ja mam wrażenie, że zdecydowana większość naszych polityków stchórzyła. Nie chcą brać odpowiedzialności za to, co się dzieje. Mam poczucie, że myślą tylko kategoriami słupków wyborczych i najbliższych wyborów - mówi Wnuk w wywiadzie dla TOK FM.
W jego ocenie fakt, że państwo nie działa odpowiednio szybko i stanowczo, pokazały choćby działania Grzegorza Brauna, Ruchu Obrony Granic i Roberta Bąkiewicza. Jak podaje - chwilę trwało, zanim pojawiły się informacje, że do akcji wkracza policja albo inne służby. - A jeśli pozwolimy na to, by bojówka partyjna bądź jakakolwiek inna próbowała egzekwować prawa - do czego uprawnione są wyłącznie policja i sądy - to przestajemy być państwem prawa - uważa gość TOK FM.
I przestrzega, że taka "abdykacja" państwa może być w dłuższej perspektywie bardzo niebezpieczna. - Bo za chwilę możemy mieć kolejne siły, kolejne bojówki, które będą mówiły: "My dziś zajmujemy się migrantami, jutro opozycją, a pojutrze będziemy mówili, kto może na naszym targu handlować i kiedy". A być może za chwilę ktoś powie, że np. w tramwajach mamy wagony tylko dla Polaków? Przecież znamy to doskonale z historii - wskazuje prof. Wnuk.
Nasz rozmówca przyznaje, że nie dziwią go słowa przedstawicieli skrajnej prawicy o tym, że - rzekomo - ksenofobia "jest częścią naszej polskiej tożsamości narodowej" - mówił tak m.in. w TOK FM poseł Konrad Berkowicz. - Takie wypowiedzi są techniką propagandową. Tu nie chodzi o prawdę - uważa Wnuk. I podkreśla, że skrajna prawica dąży dziś do zrównania nacjonalizmu z patriotyzmem. Stąd szukanie wroga, którym - w pierwszej kolejności - stali się teraz migranci. - To też nie jest nowe. To jest początek 1919 roku i Roman Dmowski, który twierdził, że nacjonalizm to nowoczesny patriotyzm - przypomina profesor.
I przestrzega, że takie podejście jest "szalenie niebezpieczne", bo jeśli ten sposób myślenia się upowszechni, to grupy, które mają jakiś inny rodzaj polskiej tożsamości - czyli np. Kaszubi, Ślązacy czy górale - mogą zostać uznani za "niewystarczająco polskich". - Za tych, którzy nie pasują do "idealnego" wzorca, bo ten wzorzec będzie się ciągle zaostrzał - wskazuje dyrektor Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.
Kontrowersje wokół wystawy "Nasi chłopcy"
Profesor wskazuje, że nastawienie do "inności" pokazało mu też to, co wydarzyło się po zaprezentowaniu w Gdańsku wystawy "Nasi chłopcy". Ekspozycja ukazuje losy Polaków z Kaszub, Kociewia i Pomorza przymusowo wcielonych w latach 1939-1945 do niemieckich formacji zbrojnych, do Wehrmachtu. Na twórców wystawy wylała się fala nienawiści i hejtu. Zresztą nie tylko na nich - również na rodziny tamtych mężczyzn.
- Gdy przed laty pojawił się temat dziadka z Wehrmachtu, to był jeden polityk - Jacek Kurski - który oskarżył innego polityka - Donalda Tuska - o to, że miał dziadka z Wermachtu. Ale wtedy w przestrzeni publicznej odzew był jasny: tak nie wolno. A dziś setki, a może nawet tysiące ludzi, partie polityczne używają "dziadków z Wermachtu" wobec wszystkich Ślązaków czy wszystkich Kaszubów. Widzę to w kontekście naszej wystawy - mówi prof. Wnuk.
I przypomina, że siłą do Wehrmachtu zostało wcielonych nawet pół miliona Polaków. - Wcielanie obcych obywateli do własnego wojska jest zbrodnią wojenną, więc to oni byli ofiarami. A dziś polscy politycy nazywają tych Pomorzan czy Ślązków zdrajcami i kolaborantami. Mamy do czynienia z wtórną wiktymizacją i jest na to totalne przyzwolenie - dziwi się Rafał Wnuk.
W obronie wystawy "Nasi chłopcy" stanęło środowisko nauki i kultury. "Skąd teza, że ludzie wcieleni do niemieckiego wojska - pod groźbą śmierci w obozie koncentracyjnym i represji wobec ich rodzin - pełnili swą wymuszoną służbę z ochotą? W imię czego są wykluczani ze wspólnoty? Czy odziani w niemiecki mundur automatycznie przestali być członkami swoich rodzin, naszymi chłopcami?" - czytamy w liście, pod którym podpisali się m.in. prof. Cezary Obracht-Prondzyński, prof. Anna Wolff-Powęska, Krzysztof Czyżewski - prezes Fundacji Pogranicze, Basil Kerski z Europejskiego Centrum Solidarności, prof. Jacek Leociak, prof. Dariusz Stola, prof. Paweł Machcewicz i wielu innych wybitnych naukowców.