,
Obserwuj
Polska

Sprawdziliśmy, co w sklepach myślą o powrocie handlu w niedzielę. Tusk rozwścieczył. "Co mu odbiło?!"

6 min. czytania
26.09.2023 06:28
Zakaz handlu w niedzielę znów rozpalił emocje Polaków. A to za sprawą partii opozycyjnych, które chcą jego ograniczenia i zniesienia. - Głosuję na Tuska, ale co mu nagle odbiło? Obiecuje podwójną stawkę za pracę w dni wolne, ale po co mi to, skoro właściwie nie będę widywać się z rodziną - mówi tokfm.pl oburzona Anna Kostrzewa.
|
|
fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Od siedmiu lat pracuje w jednej z krakowskich Biedronek i – jak mówi - "od zawsze" głosuje na Donalda Tuska i jego partię. Teraz jednak uważa, że mocno przesadził. - Co mu nagle odbiło z tym zniesieniem zakazu handlu w niedzielę? Po co go rusza i komu chce się przypodobać? Przecież ludzie już przyzwyczaili do tego, że w niedzielę nie robią zakupów. Gdy przychodzi handlowa, w naszym sklepie są pustki – mówi Anna Kostrzewa.

Temat zakazu handlu w niedzielę wrócił za sprawą obietnic wyborczych Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi. Pierwsze z ugrupowań chce przywrócić handel w ostatni dzień tygodnia, a pracownikom w zamian zagwarantować dwa wolne weekendy w miesiącu i podwójne wynagrodzenie za pracę w dni wolne. Natomiast koalicja Polski 2050 i Polskiego Stronnictwa Ludowego planuje przywrócić dwie handlowe niedziele w miesiącu.

Po tych zapowiedziach w sieci zawrzało. Najbardziej ożywili się przeciwnicy zakazu:

 

  • "Każdy ma prawo robić zakupy, kiedy ma ochotę. Państwo nie powinno za niego decydować";
  • "Mam już dość robienia zakupów na zapas! Nie chcę być też zakładnikiem Żabek, które omijają ban na handel w niedzielę";
  • "To ja chcę decydować, jak spędzam niedzielę z rodziną. Jeśli wezmę ją do centrum handlowego, to moja wola. Nikt mnie nie będzie uszczęśliwiał na siłę".

 

Zupełnie inne głosy pojawiają się w grupach pracowników hipermarketów: "Klientom i politykom łatwo się bierze cudzy czas wolny. A może ktoś zapytałby nas o zdanie?".

Zapytałem więc, co myślą o pomysłach Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi.

"Przepraszam, a na c**j mi podwójna stawka?"

Anna Kostrzewa, choć dalej zamierza głosować na KO, nie szczędzi Tuskowi uszczypliwości. - Gdyby wpadł do marketu, dowiedziałby się, że mamy 2023 rok. A nie 2018, kiedy PiS zaczął stopniowo wprowadzać zakaz otwierania sklepów w niedzielę. Wtedy w ostatni dzień tygodnia przewalały się u nas tłumy. Ale minęło pięć lat! Ludzie odwykli od łażenia na zakupy w niedziele. Zmienili swoje przyzwyczajenia. Spędzają czas z rodzinami, dzięki czemu i ja mogę to robić. Tusk to przegapił. Chce na ślepo kasować wszystko, co wprowadził PiS. Ale w tym przypadku to po prostu głupie – ocenia pracowniczka Biedronki.

Jej zdaniem, gdy emocje wokół zakazu handlu w niedziele przycichły, KO postanowiła je na nowo rozgrzać, by uderzyć w partię rządzącą. Anna znów więc czyta w internecie, że pracownicy hipermarketów są "nierobami". - Że nie chcemy zarabiać więcej, bo przecież Tusk obiecuje podwójną zapłatę za niedzielę. Po co było na nowo nakręcać ten hejt? Czy ja znowu muszę tłumaczyć się z tego, że mam rodzinę i prawo do spędzania z nią czasu? Przepraszam, a na c**j mi podwójna stawka, skoro właściwie nie będę widywać się z mężem, dziećmi i siostrą bliźniaczką – mówi oburzona.

Jak wyjaśnia moja rozmówczyni, pracuje sześć dni w tygodniu, podobnie jak jej mąż. Niedziela to jedyny dzień, który w całości mogą spędzić razem. Tylko wtedy mają czas, by pojechać pod Kraków do jej siostry bliźniaczki. - Przez resztę tygodnia jesteśmy z mężem zabiegani, a dzieci chodzą do szkoły. Widujemy się przelotem, a z moją siostrą wcale. Tylko w niedzielę wszyscy możemy pobyć razem. Mam dać to sobie zabrać, bo ktoś zapomniał w sobotę kupić jajek na zapas i muszę mu je nabić na kasę? To absurd. O czym tu w ogóle rozmawiać? Oczywiście, w internecie czytam, że jak mi się nie podoba, to powinnam zmienić pracę. Każdemu można tak napisać, żeby go upokorzyć – podkreśla.

"Musielibyśmy harować za 17 ludzi!"

Paulina z Biedronki w Ciechanowie uważa, że pomysł KO jest już niewykonalny. Poziom bezrobocia w Polsce wynosi bowiem 5 proc. i chętnych do pracy w marketach brakuje. - Żeby przywrócić handel w niedziele i dać pracownikom dwa wolne weekendy, trzeba mieć pełną obsadę na sklepie, a ona już teraz jest u nas dziurawa. Mamy obsadzonych 28 etatów, a powinno być ich 36. Za tych ośmiu brakujących ludzi musimy dodatkowo pracować. Gdyby jeszcze otworzyć nasz sklep w niedziele, ta dziura powiększyłaby się o dodatkowe dziewięć etatów. Czyli musielibyśmy harować za 17 osób! - wylicza.

Podkreśla, że ani ona, ani żadna z jej koleżanek z hipermarketu nie wytrzymałaby tego. Już teraz nie ma czasu chodzić na przerwy, a co dopiero, gdyby pracy przybyło. - Niech politycy, którzy to wymyślają, przyjadą do nas i porobią w naszym tempie. Ja im pokażę, jak wykładać na półki warzywa, owoce, mięso, nabiał i jak wypiekać bułki. I szybko, raz, raz, bo klienci czekają. No i oczywiście w świątek, piątek i niedzielę, jak przed 2018 rokiem. Już po czterech godzinach by odpadli. Po prostu nie byliby w stanie tego wytrzymać fizycznie – zakłada.

Tłumaczy, że chętnych do pracy w marketach brakuje, bo to ciężka robota i za niewielkie pieniądze. Paulina pracuje przez 50 godzin w tygodniu. W soboty zaczyna o godz. 14, a kończy o północy. - Za sierpień wzięłam 3,4 tys. zł na rękę, a za lipiec o niecałe 200 zł więcej, bo była premia. Jak pan widzi, szału nie ma. Może politycy łaskawie skupiliby się na tym, żebym godnie zarabiała, a nie żebym jeszcze więcej harowała - mówi.

Nie wierzy, że politycy są w stanie przymusić jej firmę do płacenia podwójnej stawki za pracę w niedzielę. - Po prostu będę dostawała za nią dzień wolny w tygodniu. Spędzę go sama, bo mąż będzie siedział w pracy, a dzieci w szkole. Wolę mieć wolną niedzielę, wziąć ich do parku, pojechać nad jezioro czy do mamy na wieś i tam pochodzić po lesie. A nie tyrać tylko dlatego, że inni mają wolne i chcą sobie spacerować po supermarkecie – irytuje się moja rozmówczyni. Jak dodaje, głosuje na PiS i po ostatnich deklaracjach dotyczących handlowych niedziel opozycja ma u niej "jeszcze bardziej przechlapane".

"Niech Tusk się ogarnie"

Katarzyna zatrudniła się w warszawskim Kauflandzie w 2018 roku, kiedy zakaz handlu w niedzielę zaczął wchodzić w życie. Ale jeszcze pamięta czas, gdy jej sklep w ostatni dzień tygodnia był pełny klientów. - Ciężko się pracowało, patrząc, jak inni z rodzinami wypoczywali, robiąc zakupy. Moje dziecko zostawało pod opieką męża, a gdy akurat wyjechał do pracy za granicą, podrzucałam je dziadkom. Powrót do tego to idiotyzm! – ocenia 36-latka.

Ostatnio, gdy napisała o tym w mediach społecznościowych, posypały się komentarze, że przecież lekarze, pielęgniarki czy farmaceuci też tak mają. - Dobrze, ale oni są niezbędni, bo ratują innych. A my możemy innych poratować co najwyżej szynką, której ktoś zapomniał sobie kupić w tygodniu. To nie jest stan wyższej konieczności, tylko kwestia wygody. Dodajmy, wygody na nasz koszt – podkreśla.

Katarzyna mówi, że praca w hipermarkecie jest ciężka nie tylko fizycznie, ale psychicznie. Tysiące klientów i pytań np. o to, gdzie leży konkretny produkt. Dziesiątki opryskliwych uwag w rodzaju: "Proszę pani, mnie się spieszy. Czy pani ma zamiar zacząć pracować na poważnie?". Tysiące piknięć kas i innych bodźców.

- Należy mi się dzień spokoju. Taki, w którym mogę z mężem i córką poleżeć do późna, a potem wspólnie pogotować, zjeść, obejrzeć film lub powariować przy muzyce. Choćby jeden dzień, kiedy możemy to wszystko robić wspólnie. Moim zdaniem wszyscy tak powinni mieć w niedzielę, żeby spotkać się w tym wypoczynku – tłumaczy.

Jest wyborczynią Koalicji Obywatelskiej, ale nie podoba jej się, że politycy tej partii chcą się przypodobać ludziom, którzy o handlu w niedzielę krzyczą: "To nasza wolność, którą zabrał nam PiS". - Tylko że ta wolność jest kosztem mojej rodziny. Nie rozumiem, dlaczego nasza strona dała PiS-owi zawłaszczyć hasło "rodzina" i pilnuje tylko wolności. A co, my nie mamy rodzin? A jeśli mamy, to musimy pójść z nią do PiS-u, żeby wzięło nas w obronę? Coś tu się pochrzaniło. Niech Tusk i spółka się ogarną. Mnie już stracili, idę do Lewicy – podsumowuje trzecia z moich rozmówczyń.

'Roszczeniowe zetki' rozścieczyły pracodawców. 'Rozwydrzone dzieci, które nie dorosły do pracy'