Służby Putina "przyspieszyły" w Polsce. "Idą już na rympał"
Rosjanie rekrutują. Przygotowują podłoże do ewentualnej wojny
Ukraińskie służby rozbiły grupę dywersantów związaną z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB). Agenci Putina mieli im zlecać wzniecanie pożarów w centrach handlowych, targowiskach, na stacjach benzynowych w Polsce i krajach bałtyckich. Do zobrazowania informacji o finale tej akcji specjalnej Ukraińcy użyli zdjęcia spalonej w maju hali przy Marywilskiej 44 w Warszawie.
- To nie jest przypadek. Myślę, że ukraińskie służby wysłały sygnał, że w grupie dywersantów, którą właśnie rozbiły, były także osoby stojące za pożarem na Marywilskiej. Już wcześniej polskie służby badały rosyjski trop w tym pożarze i sądzę, że współpracowały z Ukraińcami podczas tej operacji specjalnej - mówi Marcin Samsel, ekspert ds. bezpieczeństwa oraz zarządzania kryzysowego.
Jak dodaje, ukraińska operacja specjalna zakończyła się "niewątpliwym sukcesem", ale rosyjskich grup dywersyjnych jest o wiele więcej. Ciągle rekrutują ludzi, którzy również w Polsce mają wywoływać chaos i przygotowywać tutaj podłoże do ewentualnej wojny Putina. Jak to robią i czego jeszcze możemy się spodziewać?
Polka naraziła się Rosjanom. Ujawnia okrutny 'eksperyment' Putina
Rosja wysyła sygnał: Pomagacie im, a oni was palą
Marcin Samsel tuż po majowej serii pożarów w Polsce mówił w tokfm.pl, że idealnie wpisują się w założenia wojny hybrydowej Rosji. Putin prowadzi ją w Polsce, bo ta jest członkiem NATO, graniczy z Ukrainą i jej pomaga. - Wojna hybrydowa ma m.in. skłócić nas z Ukraińcami, by osłabić nasze wsparcie dla Kijowa - tłumaczy ekspert.
Aby pokazać ten mechanizm, analizuje w rozmowie ze mną doniesienia dotyczące ostatniej operacji specjalnej służb Kijowa. Zatrzymani rekrutowali - na zlecenie FSB - także Ukraińców, którzy sympatyzowali z Moskwą. Sprawcy mieli nagrywać podpalenia, aby je udokumentować dla zleceniodawców. FSB planowała wykorzystać te nagrania również do przygotowania operacji propagandowych.
- Moskwie chodziło o to, by wysłać do polskiego społeczeństwa przekaz: "Pomagacie ukraińskim uchodźcom, których macie za takich biednych, a oni palą wasze sklepy". Rosyjskie trolle upowszechniają to w mediach społecznościowych, zwłaszcza w serwisie X. Nie brakuje zwykłych Polaków, którzy podchwytują ten przekaz i rozkręcają akcję dezinformacyjną - zwraca uwagę.
Tymczasem - jak podkreśla ekspert - to nic zaskakującego, że agentom Putina udało się zrekrutować Ukraińców do akcji wzniecania pożarów. - Po pierwsze: w żadnym kraju, także w Polsce, nie brakuje ludzi, którzy z różnych powodów byliby gotowi zdradzić swój kraj - podkreśla.
Jędraszewskiemu 'coś odwaliło'. 'To nie jest zwykły, niegroźny staruszek'
Po drugie - kontynuuje - zrekrutowani do dywersji Ukraińcy niekoniecznie mieli świadomość, że działali na zlecenie rosyjskich służb. - Zazwyczaj to robi się na miękko. Podchodzi ktoś, kto przedstawia się jako ukraiński biznesmen i mówi: "Mam porachunki z właścicielem centrum handlowego w Polsce, wisi mi pieniądze, trzeba go spalić. W zamian przerzucę cię do Polski". Jeśli usłyszał to np. uchylant, który za wszelką cenę chciał uniknąć poboru wojska i służby na froncie, to taka oferta bezpiecznego życia na Zachodzie mogła go skusić. Rosyjskie służby stosują różne sztuczki - stwierdza mój rozmówca.
Przygotowania do wojny z Polską. "Kluczowy element"
Zdaniem Marcina Samsela pożary w Polsce nie były obliczone na to, by ginęli w nich ludzie. Taki skutek mógłby się okazać zbyt ryzykowny dla Kremla. - Wywołałby w Polakach wściekłość na Rosję i utrudnił realizację drugiego celu wojny hybrydowej - podkreśla.
A tym - w ocenie eksperta - jest przygotowanie w Polsce gruntu pod wybuch konfliktu zbrojnego. To właśnie według Samsela dzieje się na naszych oczach. - Aby wystartować z wojną konwencjonalną, Rosja wcześniej musi zwiększyć swoje szanse. Robi to m.in. właśnie za pomocą aktów dywersji, które wzniecają niepokój, skłócają nas z Ukraińcami i nakręcają chaos. Są obliczone na to, że służby spóźnią się z reakcją, popełnią błędy, co odsłoni słabe strony państwa polskiego i nieudolności rządu. Uderzy w jego autorytet - analizuje.
Pożar hali Marywilska 44 'za szybki i dziwny'. 'Co na tym Putin by ugrał?'
Bo - jak dodaje mój rozmówca - chodzi o zniechęcenie Polek i Polaków do swojego państwa. To kluczowy element przygotowań do wybuchu wojny. - Nawet jeśli Polska będzie miała potężną armię, to jej obrona przed Rosją może nie potrwać długo. Zwykle walczy kilka procent społeczeństwa, ale to od pozostałych dziewięćdziesięciu kilku procent zależy przebieg wojny. Jeśli ta reszta zniechęcił się do państwa, jest pesymistycznie nastawiona do jego obrony i woli się poddać, to żołnierze długo nie powalczą bez poparcia narodu. Dlatego teraz celem wojny hybrydowej Putina jest m.in. osłabienie morale społeczeństwa polskiego, by w przypadku wybuchu wojny konwencjonalnej ono chciało ją jak najszybciej zakończyć - tłumaczy.
W tym scenariuszu Zełenski kończy jako zdrajca. Co dalej z wojną w Ukrainie?
Uderzyli w asystentkę Tuska. "Takich akcji będzie więcej"
Taki cel mają operacje dezinformacyjne, które Rosjanie codziennie prowadzą w polskim internecie. Ekspert wskazuje na przykład z ostatnich dni, czyli "aferę", która wybuchła wokół asystentki społecznej Donalda Tuska. Kristina Voronovska urodziła się w Polsce, ale wychowała się na Ukrainie i ma daleką rodzinę w Rosji. Właśnie to oburzyło użytkowników serwisu X. - Ktoś wrzucił do sieci informację, że Voronovska ma rosyjskich krewnych i ten rzucony kamień uruchomił lawinę. Rozpowszechnił się przekaz: "W otoczeniu premiera Tuska jest Ukrainka, która może być rosyjską agentką" - opisuje ekspert.
W reakcji na to szef kancelarii premiera Jan Grabiec zapewniał w Wirtualnej Polsce, że zanim kobieta zaczęła pracować dla premiera, została prześwietlona przez polskie służby. Te nie miały zastrzeżeń. - Mimo to ciężko już trudno będzie odkręcić tę aferę. Będzie żyła i uderzała w rząd. Obniżała zaufania do państwa. Takich akcji będzie więcej - ostrzega Marcin Samsel.
Dostałeś wezwanie na ćwiczenia z wojska? Jan Wróbel już tam był. 'Pięty bolały, łydki płakały'
Co dalej? Rosjanie przyspieszyli i idą "na rympał"
Czego jeszcze możemy się spodziewać? W ocenie Samsela będą to nie tylko operacje dezinformacyjne i wybuchy pożarów. Rosjanie bowiem nie będą do znudzenia grali tej samej melodii, tylko po prostu nas zaskoczą. - Teraz może przyjść czas na wywoływanie zamieszek, ataki na infrastrukturę krytyczną, np. elektrownie, rafinerie albo wykolejenia pociągów - przewiduje ekspert.
Zwraca uwagę, że ostatnio skradziono urządzenia, za pomocą których można przejąć kontrolę nad ruchem na kolei w Polsce. - To nie jest przypadek. Zwykły złodziej by tego nie zrobił. Moim zdaniem to akcja ewidentnie inspirowana przez rosyjskie czy białoruskie służby - stwierdza.
Oto trudna prawda o polskim wojsku. Były snajper nie gryzie się w język. 'Mleko pod nosem'
Jego zdaniem ta historia wskazuje, że Rosjanie przyspieszyli w swoich działaniach szpiegowsko-dywersyjnych. - To już nie jest żadna finezyjna akcja, tylko taka na rympał. Złodziej podjechał taksówką pod firmę, ukradł z niej sprzęt, a później dał się złapać. Pewnie nie zacznie sypać swoich zleceniodawców, ale już widać w tym wschodni trop - opisuje.
Jak dodaje, to uderzenia wywiadu Putina, które mają na celu wzniecenie metaforycznych lub dosłownych pożarów. - Rosjanie we współpracy z Białorusinami od dawna rozbudowują tutaj siatki szpiegowskie, dzięki którym teraz mogą realizować takie operacje. To wszystko krople, które drążą skałę. Końcowy cel jest jeden: przygotowanie do konfliktu zbrojnego - podsumowuje ekspert ds. bezpieczeństwa.