Nauczyciele religii są "popychadłami" Kościoła? "Bez żalu poddałam przyczółek wiary"
Katechetka: Od zawsze byliśmy popychadłami. Kiedyś Kościoła, a teraz też rządu
W czerwcu Ewelina Prus rzuciła pracę katechetki, bo uznała, że to wymierający zawód. Trochę jak szewc, który przestaje być potrzebny. A że jest jeszcze anglistką, to znalazła pracę w prywatnej szkole. - Angielski, w przeciwieństwie do religii, ma w szkołach przyszłość - stwierdza nauczycielka z Warszawy.
Katechetką w liceum była przez siedem lat. W tym czasie liczba uczniów, którzy chodzili na jej lekcje, stale zmniejszała się i w końcu spadła poniżej 50 proc. W dodatku zaledwie połowa z nich przychodziła z własnej woli, a reszta robiła to, bo czuła presję rodziców. - Czyli mówimy o zaledwie kilku uczniach w klasie, którzy identyfikowali się z katolicyzmem, a reszta miała w nosie Kościół i jego nauki - tłumaczy.
Potwierdzają to badania CBOS: odsetek uczniów szkół średnich, którzy chodzą na religię, spadł z 93 proc. (2010 rok) do 54 proc. (2022 rok). Bardziej optymistyczne dla Kościoła dane przynosi jego instytut statystyki. Jednak nawet według niego tylko 60 proc. młodzieży licealnej uczyło się na katechezie w roku szkolnym 2022/23. W dużych miastach nastolatkowie częściej rezygnują z lekcji religii. Rekord padł we Wrocławiu, gdzie w ostatnim roku szkolnym zrobiło to aż 85 proc. uczniów szkół ponadpodstawowych.
'A w Ukrainie mopa znacie?'. Co słyszą Ukrainki w polskich domach?
Ministra edukacji Barbara Nowacka odpowiedziała na ten trend rozporządzeniem, które rozwścieczyło katechetów. Zgodnie z nim od 1 września dyrektorzy szkół będą mogli łączyć uczniów z różnych klas i roczników na lekcjach religii. Katecheci alarmują, że ubędzie im zajęć, wielu straci pracę i środki do życia. Twierdzą też, że Nowacka wydała rozporządzenie niezgodnie z prawem, bo bez porozumienia z nimi ani z Kościołem. Ministra odpowiedziała, że po pierwsze konsultacje się odbyły, a po drugie to episkopat powinien 'wziąć odpowiedzialność za ludzi, którzy też na ich zlecenie pracują'. Dodała jednak, że zapewni wsparcie katechetom. - Zadbam o to, żeby katecheci, którzy będą chcieli, mogli uzyskać dodatkowe kompetencje, tak żeby uczyć też innych przedmiotów - obiecała.
- Między innymi dlatego przestałam być katechetką - komentuje druga z moich rozmówczyń Magdalena Marczewska. - Od zawsze byliśmy popychadłami: kiedyś 'tylko' biskupów i księży, a teraz też rządu. Można się zastanawiać, czy religia powinna być w szkołach, ale dopóki jest, to zarówno Kościół, jak i ministerstwo mają dbać o swoich ludzi. A nie kłócić się nad ich głowami, traktując ich jako narzędzie w swojej wojence - wkurza się nauczycielka, która po rzuceniu katechezy znalazła pracę w prywatnym przedszkolu.
To on zastąpi Nycza w Warszawie? 'Wchodzi do gry jako poważny kandydat'
Jak dodaje, zrezygnowała z lekcji religii również dlatego, że miała już dość bronienia przegranej sprawy. - Prowadzenie katechezy to też dbanie o dobry wizerunek Kościoła wśród młodzieży. A tutaj już od dawna nie ma o co dbać - ocenia nauczycielka.
Lekcje religii jak Windows 95. U młodych "już" nie działa
Ewelina Prus mówi, że dla wielu jej uczniów nie tylko Kościół był obcy, ale i sam Bóg. Przypominał im postać ze starej gry komputerowej, przy której dobrze bawili się jedynie ich rodzice. - Część katechetów, która mimo to chce czuć sens swojej pracy, ratuje się przypowieścią o zagubionej owcy, czyli o większej radości z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z 99 wiernych. Tyle że moim zdaniem w świeckiej szkole nie można nawracać, co niestety robi wielu katechetów. Można pokazywać, na czym ta religia polega. A poza tym: nie chciałbyś widzieć min uczniów, gdy parę razy popłynęłam i mówiłam do nich przypowieściami biblijnymi - dodaje z uśmiechem.
- Ziewali i błagali o litość? - pytam.
- Ziewali, nie błagali. Czuli się olani i już nie słuchali. Bo odczytywali to jako sygnał: 'Nie chce mi się starać do was dotrzeć ani z wami gadać'. Z automatu uznawali, że wszyscy jesteśmy na lekcji po to, żeby marnować czas. Spora część katechetów na tym etapie się zatrzymuje, dlatego te lekcje rzeczywiście są marnowaniem czasu za publiczne pieniądze. Inni próbują je ratować, uwspółcześniając język, którym mówią do uczniów. O ile język możesz odświeżyć, to głównych przekazów Kościoła już nie. A te dla młodych są po prostu próchnem. Windowsem 95, na którym ich oprogramowanie, czyli sposób myślenia już nie działa - twierdzi.
Jako przykład podaje kwestię aborcji, którą Kościół podpina pod piąte przykazanie: 'Nie zabijaj', także na lekcjach religii w świeckiej szkole. - Nie wiem, może młodzi z małych miejscowości pokornie słuchają, jak katecheta mówi o zabijaniu dzieci przez matki. Jednak w warszawskim liceum, gdzie uczyłam, to nie przejdzie. Uczniowie tylko czekają, żeby w takiej chwili się podpalić. Chcą wręcz wykrzyczeć historię Izabeli z Pszczyny i innych kobiet, które umarły, bo medycyna ustąpiła wierze albo strachowi, który Kościół wytworzył. W efekcie odmówiono im aborcji - podkreśla.
Niepokojące doniesienia z granicy. 'Takiego zaszczuwania nie przeżyłem'
Na pytanie, jak zachowywała się podczas takich lekcji, odpowiada, że przytaczała kościelne stanowisko w tej sprawie, a potem oddawała głos uczniom. - Oczywiście, roznosili nauczanie Kościoła i mieli do tego prawo. Nie byłam od tego, żeby im cokolwiek narzucać. Zresztą dla mnie aborcja, gdy zdrowie albo życie kobiety jest zagrożone, nie jest złem. To były dobre dyskusje. Podczas nich wielu księży mogłoby się uczyć wrażliwości od młodych. Zwłaszcza ci, którzy wymagają heroizmu od kobiet - uważa moja rozmówczyni.
Katecheza obroną przyczółków wiary? "Poddałam go bez żalu"
Podobnego zdania jest również Magdalena Marczewska, choć była za to strofowana przez swojego proboszcza. Twierdził, że w kwestii zabijania nie ma miejsca na dyskusje. Zwłaszcza na lekcjach religii. - Powtarzał, że Polska się laicyzuje i traci kompas moralny. Młodym nie ma kto przekazać, co jest dobre, a co złe. Dlatego katecheza w szkole jest tak ważna. Mówił, że to walka na froncie i obrona znikających przyczółków wiary. No więc poddałam swój przyczółek bez żalu. Nie zamierzam być żołnierzem Kościoła - przyznaje.
Jędraszewskiemu 'coś odwaliło'. 'To nie jest zwykły, niegroźny staruszek'
Nie straciła wiary w Boga, ale już jej nie praktykuje w Kościele. Nie widzi też sensu, by lekcje religii pozostawały w szkołach. - Księża bronią tego pomysłu, mówiąc, że przekazują młodym wartości. Jednak można to robić na lekcjach etyki bez udziału zapalczywych księży. Przecież Kościół nie ma monopolu na wartości. Wielu z tych zlaicyzowanych młodych bardziej przejmuje się krzywdą bliźniego niż duchowni - mówi.
Szukając przykładu, wraca pamięcią do pierwszych tygodni po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Widziała wtedy, jak jej uczniowie martwili się o uchodźców, których razem z rodzicami przyjmowali do swoich domów. - Nie stawiali im żadnych warunków, a mój proboszcz tak. Kazał prawosławnym Ukraińcom, którzy uciekli przed wojną, przychodzić na katolicką mszę. Inaczej nie mogli brać rzeczy, które przynosili ludzie w ramach zbiórki. Współorganizowałam ją w parafii. Inny przykład: wiele razy widziałam, jak młodzi wspierają kolegów LGBT, którym księża każą żałować za to, kim są. Co to za wartości, w imię których rujnuje się psychikę nastolatków? - pyta retorycznie.
Lekcje religii. "Pitolenie księży", po którym "nie odnajdzie się żadna owieczka"
Magdalena miała też dość złego traktowania przez duchownych. Jak mówi, była dla nich świecką, a więc "gorszą przewodniczką młodych po wierze". - Ciągle się dąsali i dawali mi do zrozumienia, że robię coś źle. Gdy proboszcz usłyszał o moim pomyśle, by na lekcje religii zaprosić ciekawych ludzi z duszpasterstwa akademickiego, warknął, że moim uczniom wystarczy spotkanie z Chrystusem. Tylko że Jezus nie studiował. A ja chciałam, by maturzyści dowiedzieli się, jak to studiowanie wygląda i jak wtedy można fajnie kontynuować szukanie Boga. Ksiądz mówił, żebym dała sobie spokój z takimi "nowinkami". I żebym nabrała pokory, nie wychodziła przed szereg, bo są mądrzejsi ode mnie, a tego nie robią - wspomina.
Nycz czuje się lepszy od Jędraszewskiego? 'Muszę go rozczarować'
Nie chciała, by jej uczniowie ziewali na lekcjach, więc dalej szukała "nowinek". W internecie natrafiła materiały multimedialne, którymi próbowała urozmaicić katechezę. - Puszczałam np. filmiki, na których ich rówieśnicy "na luzaku" opowiadają o tym, kiedy wiara ich uspokaja i daje nadzieje, a kiedy jest dla nich wyzwaniem. Uczniowie uznali to za fajne i pochwalili się wikaremu, a ten był chyba zazdrosny, bo doniósł proboszczowi. Znowu skończyło się reprymendą. Usłyszałam groźbę, że na moich lekcjach pojawi się kościelny wizytator i stracę pracę - opowiada.
- O co ten wikary był zazdrosny? - dopytuję.
- Pewnie o to, że na moich lekcjach uczniowie się nie nudzili. Wiesz, on był z tych katechetów, którzy nazywają siebie "rybakami dusz". Nie uczą, tylko wskazują młodym "zawiłe ścieżki do zabawienia", ewentualnie "zagłębiają się w posłudze słowu bożemu" - mówi.
- Skąd te cytaty? - dociekam.
- Z pitolenia księży, które słyszałam. Kiedyś z uczniami układaliśmy takie teksty w kazania, po których usłyszeniu żadna "zbłąkana owieczka" nie odnajdzie drogi do Kościoła. To była zabawa, która miała wypuścić z tego balona powietrze. Pokazać, że można luźno mówić o Bogu i wierze. Na szczęście to akurat nie dotarło do proboszcza, bo chyba bym została ekskomunikowana - śmieje się była katechetka.
'Usłyszałam, że wrócę po mnie i posadzą na butelkę'. Uciekli do Polski z kraju 'ludobójcy'
Wypalony ksiądz "nawadnia śliną ziarno"
Ewelina Prus podkreśla, że nie brakuje katechetów, którzy są dobrze przygotowani do rozmowy z młodymi i nie narzucają im "prawd objawionych". Jej zdaniem tak prowadzone lekcje religii mają sens. - Ale większość z katechetów, zwłaszcza księży, z czasem po prostu się wypala. Bo paradoksalnie, młodzi są jak Kościół: bez końca mogą prowadzić te same inby, np. o aborcję. Tyle że nastolatkowie chcą to robić w rozmowie, wymieniając argumenty, a ksiądz się tym męczy. W którymś momencie już mu się nie chce gadać. Wystarczy, że wskoczy na ambonę, przyinbi i ma komfort, bo nikt nie da mu riposty - stwierdza.
Jak dodaje, widziała w pokoju nauczycielskim wielu takich duchownych katechetów. Chwalili się, że są otwarci na młodych, nie gaszą ich wątpliwości, pielęgnują ich ciekawość i rozumieją potrzebę buntu. - W tych opowieściach zawsze pada określenie: "rzucić ziarno". Ksiądz to robi i dba, by mu wykiełkowało. Np. cierpliwie odpowiada na pytania i wspiera ucznia, jeśli ten tego potrzebuje. To jest pierwsza faza, kiedy duchowny jest fajny i młodzi go nawet lubią. Ale po kilku-kilkunastu latach coś w nim zazwyczaj się wypala. Moim zdaniem szybciej niż w świeckim nauczycielu, jakiegokolwiek przedmiotu. Nie wiem dlaczego. Może przestaje wierzyć w to, co głosi? - zastanawia się moja rozmówczyni.
Co się dzieje za kulisami Kościoła? Opisał 'patostronę' księży
- Jaka jest druga faza? - pytam.
- Ksiądz robi się sfrustrowany i nawadnia śliną ziarno, bo drze się na młodych, gdy mówią o aborcji i LGBT. Już niecierpliwią go dyskusje. Albo obojętnieje i ucieka w milczenie, a wtedy jego katechezy zamieniają się w nudne wkuwanie prawd wiary, siedmiu grzechów głównych itd. Byle nie rozmawiać. W obu przypadkach lekcje religii stają się wielkim marnowaniem czasu za publiczne pieniądze. To się skończy, bo katecheza prędzej niż później wróci do salek przy parafiach. Poprowadzą ją sami księża, bo Kościół nie będzie płacił świeckim własnymi pieniędzmi. Musi wykarmić swoich - podsumowuje była nauczycielka religii.
Ministra edukacji Barbara Nowacka na razie chce tylko zmniejszyć liczbę godzin religii do jednej tygodniowo. Zastrzega jednak, że może się to stać najwcześniej 1 września 2025 roku.