,
Obserwuj
Polska

Tutaj przerażająca historia ma "twarz" sympatycznego człowieka. "Miło się rozmawia"

9 min. czytania
07.04.2024 12:00

Krzywdzą nas i nasze dzieci. Nie możemy wymazać ich zaburzeń ze społeczeństwa. Nie możemy ich całkowicie wyleczyć. Nie możemy też ich wszystkich zamknąć. To co możemy? - Musimy przyjąć, że takie osoby są wśród nas i nie jesteśmy w stanie tego zmienić - mówi tokfm.pl seksuolożka Ewa Hamerla.

fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Wzbudzają strach, niechęć, a nawet nienawiść. Bardziej niż mordercy. Spotykamy ich na ulicach, w szkołach, kościołach i pracy. Wszystkich ich nie możemy wyłapać, ani zamknąć za kratami. Kładziemy się z nimi do łóżek i zostawiamy im pod opieką swoje dzieci. Pomagają w tym złudzenia, które od lat obserwuje Ewa Hamerla. Jest psycholożką i seksuolożką, do której sądy skierowały już na terapię ok. 100 pedofilów i gwałcicieli.

Często są niezwykle sympatyczni i życzliwi. Moja rozmówczyni dobrze zna ten kontrast - z jednej strony ma przed sobą miłego mężczyznę, a z drugiej wie, że np. brutalnie zgwałcił dziecko i okaleczył jego ciało. Albo tak się nad nim znęcał, że w końcu pozbawił je życia. Czyli przerażająca historia ma twarz uprzejmego człowieka, z którym po prostu miło się rozmawia.

Pierwszą fabrykę złudzeń uruchamiamy my, a drugą oni. Obie każdego dnia działają na pełnych obrotach. Złudzenia, jakim ulegają sprawcy przemocy seksualnej, Ewa Hamerla nazywa fachowo zniekształceniami poznawczymi. To np. przekonanie: skoro dziecko lub kobieta nie wyrywają się podczas gwałtu, to znaczy, że tego pragną. Albo: niechciany dotyk tak naprawdę jest dobry, bo sprawia ofiarom przyjemność. Lub: jeśli obca kobieta ma krótką spódnicę, to podświadomie godzi się, by zostać przymuszoną do seksu.

Druga fabryka produkuje złudzenia na jeszcze większą skalę. Np. przekonanie, że jeśli mężczyzna brutalnie gwałci na ulicy kobietę, to widocznie nie ma w tym nic złego, bo pewnie oboje umówili się na seks. Pokazała to  tragedia 25-letniej Lizy, która na początku marca została znaleziona naga i nieprzytomna w centrum Warszawy. Po przewiezieniu do szpitala zmarła. Okazało się, że została zgwałcona, a świadkiniami tego były dwie przechodzące obok kobiety. Jak tłumaczyły policji, nie zareagowały, bo myślały, że patrzą na zwykły seks.

- Często chcemy wierzyć, że to, na co patrzymy, nie jest przemocą seksualną. Że pani z przedszkola nie umiałaby skrzywdzić dziecka. Że owszem, takie rzeczy się zdarzają, ale nie w naszym otoczeniu i nie na naszych oczach. Gdybyśmy dopuścili myśl, że jest inaczej, żylibyśmy w poczuciu niemal ciągłego zagrożenia. A tak, świat wydaje nam się w miarę bezpieczny - tłumaczy psycholożka.

Świadomie czy nie, pedofile (Ewa Hamerla używa sformułowania: "osoby, które dopuściły się czynów pedofilnych") z tego korzystają. Zdarza się, że po odsiadce w więzieniu wchodzą w związki, by krzywdzić dzieci swoich nowych partnerek. Te wiedzą, za co ich ukochani zostali skazani. Mimo to ulegają złudzeniom, że ich dzieci nie zostaną skrzywdzone. Wpuszczają pedofilów do swoich domów.

Podnieca ich cierpienie dzieci

Pomiędzy dwiema fabrykami ściemy znajdują się bezbronne ofiary. Czasem są nimi niemowlęta. Niektórzy sprawcy je wybierają z wyrachowania, bo takie maluchy nikomu nic nie powiedzą. Inni mają zaburzenia pedofilne i podniecają ich ciała najmłodszych dzieci.

- Ogólnie sprawców dzielimy na preferencyjnych i niepreferencyjnych. Dla tych pierwszych dziecko jest obiektem, który budzi pożądanie. Niepreferencyjni - jak sama nazwa wskazuje - nie preferują dzieci, tylko osoby dorosłe. Chcieliby z nimi mieć kontakty seksualne, ale z różnych powodów nie umieją ich nawiązać. Bo np. nie wierzą w swoje możliwości, żyją w celibacie albo przez konflikty w małżeństwie nie mogą realizować się seksualnie. Gdy mają łatwy dostęp do dzieci, to one padają ich ofiarą - tłumaczy Ewa Hamerla.

Większość pedofilów to osoby z otoczenia ofiar. Ojcowie, kuzyni, sąsiedzi, znajomi, po których niczego złego się nie spodziewamy. Komin fabryki naszych złudzeń kopci tym mocniej, gdy sprawcy nie są z marginesu, tylko są np. wykładowcami, prawnikami, ratownikami medycznymi. A jeśli jeszcze są ustatkowani, mają rodziny, to już w ogóle mało kto ich podejrzewa, że mogliby skrzywdzić dziecko. Tymczasem niektórzy sprawcy są przykładnymi ojcami, którzy troszczą się o swoje maluchy, a krzywdzą te z otoczenia.

Zazwyczaj dopiero gdy zostają nakryci i złapani przez policję, zdają sobie sprawę, że mogli zrobić coś złego. Ale jak mówi Ewa Hamerla, to bardziej strach przed konsekwencjami niż poczucie winy. Nie mają wyrzutów sumienia tuż przed gwałtem, gdy napięcie seksualne narasta. Nie mają ich też w trakcie, kiedy dziecko krzyczy i płacze. Bo niektórych podnieca cierpienie malucha. - Nie liczyłabym również na ich poczucie winy po akcie przemocy. Rzadko się to zdarza - stwierdza.

Mówią: "Dziecko tego pragnęło", "A nawet jeśli nie chciało, to skorzystało, bo nauczyło się przyjemności" albo "Ja przecież nie zadałem mu żadnego bólu, tylko je pieściłem".

- Skąd w nich to zło? Dlaczego tacy się stają? - pytam z bezradnością.

- Rozumiem to pytanie i wydaje mi się naturalne, że je sobie zadajemy. Ale chyba ma nas uspokoić. Chcemy usłyszeć, że człowiek taki się nie rodzi, że jego zaburzenia muszą mieć jakąś przyczynę, np. w dzieciństwie. Wystarczy je więc wyleczyć, by takich ludzi było mniej i byśmy byli bardziej bezpieczni - odpowiada seksuolożka.

- A tak nie jest? - dociekam.

- Wielu moich pacjentów rzeczywiście przeżyło coś trudnego w dzieciństwie. Zostali wykorzystani seksualnie, doświadczyli przemocy fizycznej albo psychicznej. Oczywiście, te doświadczenia miały wpływ na to, kim teraz są, ale ich nie determinują. Na pewno nie oczyszczają z winy za krzywdzenie ofiar. Jednak prawda jest też taka, że nic złego nie musi się wydarzyć w życiu człowieka, by dopuszczał się przemocy seksualnej. Nie do końca jest jasne, z czego wynikają zaburzenia pedofilne. Może odpowiadać za nie szereg czynników, które czasowo lub na stałe zmieniły stan organizmu na poziomie psychologicznym, fizjologicznym i jakie można byłoby nazwać genetyką. Ale nie istnieje jeden gen, który byłby za to odpowiedzialny. Jednak tutaj także sprawca ponosi winę za cierpienie, które zadaje - podkreśla moja rozmówczyni. 

"Za pomocą zgwałcenia próbują stać się 'kimś'"

Zaburzeń pedofilnych nie da się całkowicie wyleczyć. Do Ewy Hamerla sprawcy trafiają m.in. po to, by nauczyć się kontrolować w sytuacjach, gdy na widok dziecka gwałtownie narasta w ich podniecenie. W ocenie mojej rozmówczyni powinni chodzić na taką terapię do końca życia. Z tym jednak bywa różnie, bo wielu z nich zostaje przymuszona do leczenia przez sąd. Albo przez swoich adwokatów, którzy kalkulują, że parę wizyt w gabinecie seksuolożki będzie dobrze wyglądało w aktach sprawy i dzięki temu wyrok okaże się łagodniejszy.

Sprawcy często traktują taką terapię jako rodzaj kary. Albo jej przedłużenie, gdy są na nią kierowani po odsiadce w więzieniu. Rzadko leczą się z własnej woli. Niektórzy w ogóle nie przyznają się do winy i wtedy praca z nimi jest bardzo trudna. Mówią, że ktoś ich wrobił albo że "w tym kraju wystarczy być miłym dla dziecka, by zostać uznany za pedofila".

Moja rozmówczyni rzadko widzi u nich skruchę. Zdecydowanie częściej gniew. Złoszczą się, że marnują czas na terapię, a przecież - jak twierdzą - są niewinni. Niekiedy ich irytuje, że muszą rozmawiać z kobietą. Mają zniekształcony obraz tej płci, bo w dzieciństwie niektórzy doświadczyli np. od matek przemocy fizycznej, psychicznej czy seksualnej. Albo jako dojrzewający chłopcy byli wyśmiewani przez rówieśniczki. Lub patrzyli, jak ich ojcowie biją matki, a w dorosłość weszli z przekonaniem, że kobiety są niepełnowartościowymi ludźmi, można je więc poniżać i krzywdzić.

Niektórych podnieca strach kobiet. Gdy te krzyczą i stawiają opór, sprawcy pobudzają się do zadawania bólu. - Niekiedy za pomocą zgwałcenia próbują radzić sobie ze swoją niską samooceną i stać się "kimś". W akcie brutalnej dominacji nad kobietą usiłują uzupełniać swoje braki, które wynieśli z dzieciństwa - mówi Ewa Hamerla.

Jej pacjentami są prawie sami mężczyźni. Dlaczego? - Jeśli chodzi o zaburzenia pedofilne, to najprawdopodobniej rzadziej występują u kobiet. Według badań to dotyczy tylko kilku procent wszystkich sprawców przemocy seksualnej wobec dzieci. Ale pamiętajmy, że trudniej zauważyć, gdy kobieta krzywdzi np. syna czy córkę. Bo w powszechnym odczuciu to matka, opiekunka, która nigdy by tego nie zrobiła. Gdy zamyka się w łazience z dzieckiem, nie budzi to niczyjej podejrzliwości. Natomiast w swoim gabinecie często słyszę od pacjentów, że byli krzywdzeni np. przez matki lub inne kobiety z ich otoczenia - stwierdza.

- Zdają sobie sprawę, że budzą w społeczeństwie większą niechęć niż mordercy? - dopytuję.

- Wielu ma tego świadomość i to ich zamyka w ukryciu. Nie szukają pomocy, bo boją się, że gdyby przyznali się np. do swoich fantazji seksualnych na temat dzieci, to od razu spotkaliby się z ostracyzmem i trafiliby za kraty. Tymczasem gdyby szybko przyszli do specjalisty, mogliby nauczyć się kontrolować swoje impulsy seksualne i panować nad sobą. Ale powtórzę: jeśli tego nie robią, to ich wina, nie społeczeństwa - podkreśla moja rozmówczyni.

Pedofile "są wśród nas i nie możemy tego zmienić"   

Zdaniem Ewy Hamerla problemem jest również to, że nie ma wielu miejsc w Polsce, do których ludzie z zaburzeniami pedofilnymi mogliby się zgłosić po pomoc. - Mało jest też specjalistów, którzy chcieliby z nimi pracować. Wiele osób z takimi skłonnościami pozostaje więc bez pomocy i bez niczyjej kontroli - mówi psycholożka.

- Ludzie odpowiedzą: zamiast pomagać, trzeba zamykać pedofilów i zaostrzać im kary - wtrącam.

- To kolejne złudzenie, które w sobie pielęgnujemy. Nie da się wszystkich zamknąć, tym bardziej dożywotnio. Zaostrzenie kar też nic nie da. Z badań wynika, że to nie zniechęca sprawców, którzy dopuszczają się przestępstw seksualnych. Nawet gdy zostaną skazani, istnieje wysokie ryzyko, że po wyjściu na wolność znów kogoś skrzywdzą. Bo popędu nie można całkowicie wyłączyć - podkreśla.

- A kastracja farmakologiczna? - dopytuję.

- Po pierwsze, nie u każdego można zastosować taką formę leczenia, bo stan zdrowia niektórych na to nie pozwala. Po drugie, nawet jeśli zminimalizujemy popęd u takich osób, to nie da nam gwarancji, że nie popełnią już przestępstwa na tle seksualnym. Część z nich robi to z innych przyczyn niż czysto seksualne, np. próbuje wyładować gniew. Tutaj farmakologia nie pomoże - tłumaczy.

- Czyli nawet gdy lekarze "wyłączą" u takiego sprawcy penisa, na niewiele to się zda? - dociekam.

- Tak, zwłaszcza że takie przestępstwa nie są dokonywane tylko penisem. Czasem np. butelką, a niekiedy jest to po prostu dotyk, który bardzo krzywdzi ofiarę. Nie powinniśmy się oszukiwać, że jest jakiś magiczny lek, który byłby w stanie wyleczyć sprawców - mówi Ewa Hamerla.

Nie możemy więc wymazać zaburzeń pedofilnych ze społeczeństwa. Nie możemy ich całkowicie wyleczyć. Nie możemy też wszystkich sprawców zamknąć. To co możemy? - Przede wszystkim musimy przyjąć, że takie osoby są wśród nas i nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Gdy tę myśl zaakceptujemy, łatwiej nam będzie rozbudować system wsparcia dla ludzi z zaburzeniami pedofilnymi. Tam będą mogli znaleźć pomoc i do końca życia uczyć się panowania nad sobą. Ten system ma ich też kontrolować. Zadbać o bezpieczeństwo ich potencjalnych ofiar. Bez tego sprawcy są jak bomby, a my nie wiemy, kiedy i gdzie wybuchną - zwraca uwagę moja rozmówczyni.

"Polowania" na dzieci w galeriach

O taki wybuch jest łatwiej, gdy fabryki złudzeń działają na pełnych obrotach, a pomiędzy nimi uwięzione są ofiary. Widać to na przykładzie, który podaje seksuolożka. Sprawcy mówią: "Ja już nie jestem pedofilem, robię tylko foty dzieciom na plaży". Obserwatorzy dodają: "Przecież to tylko zdjęcia".

- Pierwsi wiedzą, że korzystanie z pornografii z udziałem dzieci jest karalne, ale robienie fotografii już nie. Godzinami więc chodzą po galeriach handlowych, lodowiskach, plażach i robią dziesiątki zdjęć, do których często później się masturbują. Nazywają to "polowaniami". Na plażach spotykają dzieci bez strojów kąpielowych, bo rodzice nie widzą w tym żadnego zagrożenia. Oburza mnie, że nie reagują. Bo na takim fotograficznym "polowaniu" może się nie skończyć - mówi Ewa Hamerla.

Czasem zwraca dorosłym uwagę, że niedostatecznie chronią dzieci. Jest wtedy atakowana i słyszy, że przesadza. Tak było, gdy poszła na basen i natknęła się na grupkę maluchów, które uczyły się pływać. Kiedy zajęcia dobiegły końca, opiekunka kazała im wejść do przebieralni. Problem w tym, że ściągały tam kąpielówki i kostiumy przy dorosłych. Na uwagę Ewy Hamerla, że wśród nich może być ktoś z zaburzeniami, usłyszała od opiekunki maluchów: "Mam nadzieję, że tutaj nie ma takiej osoby". - Nie można mieć takiej nadziei, bo ona zbyt często bywa złudna, a płacą za nią dzieci - podkreśla psycholożka.

Jak dodaje, ważne jest również rozmawianie z maluchami o ich ciałach. Wskazywanie ich części intymnych, których nie ma prawa dotknąć nawet lekarz, jeśli nie jest przy tym obecny rodzic. - Jednak przede wszystkim trzeba dbać o kontakt z dzieckiem od jego najmłodszych lat. Jeśli coś złego by się wydarzyło, ono musi mieć poczucie, że może do nas przyjść i opowiedzieć, co wywołało w nim ból. Bo sprawcy często szantażują dzieci, zastraszają je i potęgują w nich poczucie winy. Są bezbronne, gdy dorosły na to nie zareaguje - tłumaczy ekspertka.

Wymarzona praca z pedofilami i gwałcicielami

Ewa Hamerla mówi, że wymarzyła sobie tę pracę. Jest nią pochłonięta, nawet po powrocie do domu. Wtedy dalej analizuje historie swoich pacjentów i zastanawia się, jak pomóc. Potrafi im współczuć, co nie znaczy: usprawiedliwiać. Porusza ją, gdy opowiadają, że doświadczyli w dzieciństwie brutalnej przemocy seksualnej, a nikt z dorosłych ich nie ochronił. - Moja praca to ciężki kawałek chleba i przez to mało kto chce ją wykonywać. Czasem ludzi oburza, że pomagam sprawcom. Ale ja przede wszystkim pomagam potencjalnym ofiarom swoich pacjentów. To jest wielkie wyzwanie, przed którym staję na co dzień - mówi.

- Często ma pani poczucie, że jej wysiłki pójdą na marne? Bo sprawca wyjdzie z pani gabinetu i skrzywdzi np. kolejne dziecko? - pytam.

- Nigdy nie wiem, jak to będzie w konkretnym przypadku. Ale dopuszczam myśl, że mój pacjent jeszcze popełni przestępstwo. Bo nie mogę mieć pewności, że tego nie zrobi. Jedyne, co mogę w takiej sytuacji, to wykonać swoją pracę do końca i najlepiej, jak umiem. Tylko tak może się udać ochronić jego kolejną ofiarę - podsumowuje Ewa Hamerla.

Źródło: TOK FM