,
Obserwuj
Polska

Uwiedzione i porzucone kobiety sięgały po artykuł 506. "W sądach II RP toczyło się wiele spraw"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
30.08.2026 10:51
Obserwuj nas na Google

"Tadeusz uwodzi Annę, daje słowo, że się z nią ożeni. Gdy młoda kobieta zachodzi w ciążę, Tadeusz wycofuje się ze swoich deklaracji. Anna nie pozostaje bierna. Wnosi sprawę do sądu. Nie domaga się zwrotu kosztów porodu ani utrzymania dziecka, te Tadeusz pokrywa dobrowolnie. Chce czegoś innego: rekompensaty za utratę dziewictwa". Publikujemy fragment książki Anety Godyni pt. "Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety".

Mężczyzna i dziewczyna w lubelskich strojach ludowych (zdjęcie ilustracyjne)
Mężczyzna i dziewczyna w lubelskich strojach ludowych (zdjęcie ilustracyjne)
fot. szukajwarchiwach.gov.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Anety Godyni pt. "Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety", która ukazała się 26 sierpnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.

Świat naszych przodków był zbudowany na bardzo sztywnych normach obyczajowych. Reputacja, "dobre imię" i to, czy dziewczyna zachowa dziewictwo do ślubu, miały realną wartość, niemal jak kapitał, od którego zależała jej przyszłość. Małżeństwo stanowiło dla większości kobiet jedyną drogę do stabilizacji finansowej i społecznej. Dlatego utrata cnoty poza małżeństwem mogła oznaczać nie tylko wstyd, ale i bardzo konkretne życiowe konsekwencje.

To właśnie w takim świecie funkcjonował przepis, który dziś brzmi jak relikt sprzed kilku epok. W austriackiej ustawie karnej obowiązującej w Galicji, a potem w II Rzeczypospolitej aż do lat 30. XX wieku istniał artykuł 506. Krótki, zwięzły, a jednocześnie niezwykle wymowny.

Zapisano w nim:

Uwiedzenie i pohańbienie niewiasty wskutek danego, lecz niedotrzymanego przyrzeczenia małżeństwa należy karać jako przekroczenie ścisłym aresztem od jednego do trzech miesięcy. Oprócz tego zastrzega się pohańbionej prawo do odszkodowania.

W praktyce oznaczało to, że jeśli mężczyzna obiecał kobiecie ślub, dzięki czemu zdobył jej zgodę na współżycie, a potem wycofał się z danego słowa, mógł ponieść odpowiedzialność karną. Uznawano, że kobieta została "zhańbiona" i należy jej się nie tylko moralna satysfakcja, ale także finansowa rekompensata.

Ten przepis pokazuje, jak silnie seksualność kobiet była powiązana z ich społeczną wartością. Dziewictwo do ślubu stanowiło rodzaj zabezpieczenia przyszłości, a jego utrata bez gwarancji małżeństwa mogła zamknąć wiele drzwi. Dlatego paragraf 506 wcale nie był martwym zapisem. Wręcz przeciwnie: w sądach II RP toczyło się wiele spraw o "uwiedzenie pod przyrzeczeniem małżeństwa", w których kobiety próbowały ratować swój los, choćby już po fakcie. (...)

Stosunki seksualne przed ślubem nie były może oficjalnie akceptowane, ale zdarzały się często. Dowodem na to są dziesiątki, setki spraw o alimenty, w których kobiety niezamężne domagały się od ojców wsparcia finansowego na utrzymanie dzieci. A te dzieci przecież nie brały się z powietrza. Sprawy o alimenty to jednak nie wszystko. One pokazują skalę zjawiska, lecz nie oddają całej prawdy o obyczajowości. Na przykład na Podhalu panowało bardzo silne przekonanie, że przed ślubem należy się "sprawdzić". Nie chodziło tu tylko o zakochanie czy młodzieńczą bliskość to był element normy społecznej. Wręcz pochwalano stosunki przedmałżeńskie:

Każden niemal wyrostek kochankę posiada, a schodzą się po nocach, najczęściej się to dzieje, iż razem spać się kładą […] dziwna to, iż takiego spółkowania przedślubnego nie mają sobie za występek każący moralność i obyczajowość, ale przeciwnie, dziewka widziałaby się zhańbiona, jeśliby kochanka nie miała.

Quiz: Mamy do Ciebie 10 pytań. Quiz TOK FM z wydarzeń mijającego tygodnia

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 Według medialnych doniesień prezes PKOl Radosław P. miał dostać od szefa Zondacrypto Przemysława Krala m.in. zegarek wart 40 tys. euro. W zamian za co?

    Widać tu wyraźnie, że seksualność przedmałżeńska nie była wszędzie traktowana jak grzech czy naruszenie obyczajności. Wręcz odwrotnie, brak kochanka mógł być postrzegany jako wstyd. To całkowicie burzy stereotyp obrazu wsi XIX czy początku XX wieku jako miejsca, gdzie panowały absolutna cnota i purytańska moralność. Czy podobne zjawiska występowały tylko na Podhalu? Oczywiście, że nie. W 1928 roku Henryk Biegeleisen, autor obszernego opracowania Wesele, pisał wprost, że poglądy ludu na temat narzeczeństwa i stosunków płciowych wcale nie są wolne od jego zdaniem archaicznych, w znaczeniu pierwotnych wyobrażeń. Zwracał uwagę, że wciąż zdarzają się związki "na wiarę", czyli bez ślubu kościelnego, i, co ciekawe, w oczach lokalnej społeczności nie zawsze są one potępiane. Przeciwnie, nierzadko spotykały się z pobłażliwością, a nawet z milczącym przyzwoleniem czy wręcz wsparciem otoczenia. Ale Biegeleisen zastrzegł przy tym, że "donoszenie wianka", czyli zachowanie czystości do dnia ślubu, wciąż jest postrzegane jako ogromna zasługa dziewczęcia i powód do dumy dla jej rodziców:

    A cieszy się, cieszy, moja rodzineczka,
    Ze ja se odeszła w kościele wianeczka,
    Bom go nie odeszła nika na ulicy.
    Ino go odeszła w kościele przy świcy.

    Ten kontrast, społeczna akceptacja dla nieformalnego pożycia z jednej strony i jednoczesna obsesja na punkcie "wianka" z drugiej pokazują, jak bardzo nasze wyobrażenia o dawnej moralności ludowej rozmijają się ze stanem faktycznym. W praktyce było to społeczeństwo pełne paradoksów, w którym swoboda i rygor istniały obok siebie, a ich granice wyznaczały zarówno lokalne zwyczaje, jak i poczucie rodzinnego honoru.

    Anna, która wciąż nadaje się do małżeństwa

    W tamtym czasie słowo "zhańbienie" ma bardzo konkretne znaczenie. Oznacza przede wszystkim pozbawienie kobiety dziewictwa przed ślubem. Uważa się, że taki czyn narusza jej cześć. Dlatego w przepisach i orzeczeniach sądowych "zhańbienie" nie odnosi się do ogólnego upokorzenia czy obrazy, ale właśnie do utraty dziewictwa w określonych okolicznościach i do wszystkich społecznych konsekwencji, jakie wówczas z tym wiązano.

    Samo uwiedzenie nie jest wystarczające, by uznać mężczyznę za winnego. Musi się on przede wszystkim uchylać od obiecanego małżeństwa. I to jeszcze bez żadnej uzasadnionej przyczyny. Czyli należy udowodnić uwodzicielowi, że rzeczywiście nie chce zawrzeć ślubu. Co ciekawe, działa to również w drugą stronę. Jeżeli kobieta, po tym, jak "dała się uwieść", odmawia później ślubu, mimo że mężczyzna chce obietnicy dochować, cała podstawa do ukarania przestaje mieć rację bytu. Widać tu jasno, że kara ma dotyczyć nie tyle samego faktu zbliżenia, ile sytuacji, w której mężczyzna wykorzystuje obietnic małżeństwa wyłącznie jako narzędzie oszustwa, a później z niej się wycofuje. Innymi słowy, to nie seksualność sama w sobie jest tu penalizowana, lecz nielojalność wobec danego słowa. I złamanie tej przysięgi otwiera kobiecie drogę, by mogła domagać się kary dla mężczyzny i odszkodowania dla siebie. W świecie, w którym jej głos często się pomija, jest to konkretna ścieżka działania. Sprawy, które trafiały przed sądy w dwudziestoleciu międzywojennym, świetnie pokazują, jak daleko tą ścieżką niektóre kobiety zachodziły.

    Redakcja poleca

    We Lwowie, najpierw przed Sądem Okręgowym w latach 1927–1928, a potem już w samym Sądzie Najwyższym w 1930 roku, toczy się sprawa, która dobrze pokazuje sposób myślenia charakterystyczny dla tamtych czasów. Młoda kobieta domaga się nie tylko odszkodowania na podstawie paragrafu 506, ale także dodatkowej rekompensaty za utratę dziewictwa. Jej pełnomocnik próbuje przekonać sąd, że taki "uszczerbek" powinien być traktowany podobnie jak… uszkodzenie ciała i rozpatrywany według przepisów prawa cywilnego. Jest to ruch śmiały i dość nietypowy.

    Sąd Najwyższy odnosi się do tej argumentacji bardzo jasno. Uznaje, że mężczyzna w takiej sytuacji powinien wynagrodzić kobiecie wyrządzoną krzywdę, ale nie dlatego, że samo w sobie dziewictwo ma "wartość materialną" czy medyczną. Klucz tkwi gdzie indziej. Sąd stwierdza, że odszkodowanie należy się dlatego, że w wyniku utraty dziewictwa zmniejszają się jej szanse na zamążpójście, a więc na społeczne i finansowe zabezpieczenie.

    Mówiąc inaczej, prawo wprost odzwierciedlało ówczesną hierarchię wartości. Najważniejsza była nie fizyczność samego aktu, ale to, jak bardzo obniżał on "notowania" kobiety na rynku matrymonialnym.

    Podstawą […] nie jest utrata dziewictwa, lecz uwiedzenie powódki do pozamałżeńskiego obcowania cielesnego. […] Ponieważ jednak zmniejszenie widoków zamążpójścia Jest niewątpliwie większe u osoby, która straciła dziewictwo w obcowaniu pozamałżeńskim, aniżeli u dziewicy nietkniętej, fakt utraty dziewictwa ma znaczenie dla określenia rozmiaru odszkodowania.

    Redakcja poleca

    W Czortkowie, w drugiej połowie lat 20., zaczyna się historia, która mogłaby się wydarzyć właściwie wszędzie. Młoda dziewczyna, nazwijmy ją Anną, zachodzi w ciążę przed ślubem. Dziecko się rodzi, ale wkrótce umiera, pozostawia po sobie ból, poczucie straty i, co w tamtym świecie było równie realne, złą sławę matki. Anna poznaje Tadeusza, ojca swojego dziecka, prawdopodobnie gdzieś w okolicach dworca. Jest córką palacza, on pracuje jako ślusarz kolejowy. Tadeusz obiecuje jej małżeństwo, a taka obietnica miała wtedy wagę niemal przysięgi. Słowo dane kobiecie nie jest tylko romantycznym gestem. Oznacza przyszłość, bezpieczeństwo i społeczne uznanie. Tadeusz uwodzi Annę, daje słowo, że się z nią ożeni. Gdy młoda kobieta zachodzi w ciążę, Tadeusz wycofuje się ze swoich deklaracji. Anna nie pozostaje bierna. Wnosi sprawę do sądu. Nie domaga się zwrotu kosztów porodu ani utrzymania dziecka, te Tadeusz pokrywa dobrowolnie. Chce czegoś innego: rekompensaty za utratę dziewictwa i za to, że jej szanse na małżeństwo dramatycznie zmalały. Tadeuszowi grozi teraz areszt oraz wyrok nakazujący zapłatę odszkodowania. Sprawa jest głośna i ostatecznie trafia aż do Sądu Najwyższego. Ten uznaje, że sama utrata dziewictwaczy cierpienie związane z ciążą i połogiem nie stanowią szkody w rozumieniu prawa. Jednocześnie stwierdza jasno: w takim środowisku jak Czortków reputacja kobiety jest kluczowa. Jeśli rozeszła się wieść, że młoda dziewczyna straciła cnotę i urodziła nieślubne dziecko, jej widoki na zamążpójście rzeczywiście się zmniejszyły. I właśnie to, utratę szans na małżeństwo, uznano za szkodę. Anna wygrywa. Sąd przyznaje jej 1000 złotych odszkodowania. Kwotę znaczną, zwłaszcza że Tadeusz zarabiał niespełna 200 złotych miesięcznie. Sędziowie piszą wprost, że już sama opinia publiczna i krążące plotki wystarczają, by orzec, że pozycja dziewczyny na "rynku matrymonialnym" została poważnie naruszona.

    W orzeczeniu padły słowa, które dziś brzmią bezdusznie: sąd stwierdza, że Anna, młoda, zdrowa i urodziwa, "nadal nadaje się do małżeństwa", a śmierć jej dziecka nie powinna wywrzeć poważniejszego wpływu na jej dalsze losy, bo odeszło w tak młodym wieku, że ból matki nie miał być "ani intensywny, ani długotrwały".

    Posłuchaj: