"Mrówki" i "łowcy okazji". Jak algorytm manipuluje kierowcami Ubera?
"(Kierowcy - red.) jeżdżą, dopóki nie padną ze zmęczenia, śpią w samochodach, wracają na trasę - i winią samych siebie za marne zarobki. Nie rozumieją, że ich bezwarunkowa gotowość do brania każdego zamówienia jest w rzeczywistości sygnałem dla algorytmu, że można ich łatwo złapać na lep i zmusić do pracy za głodowe stawki". Publikujemy fragment książki Cory'ego Doctorowa pt. "Gównowacenie. Jak cyfrowi giganci zmieniają nasz świat na gorsze".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Cory'ego Doctorowa pt. "Gównowacenie. Jak cyfrowi giganci zmieniają nasz świat na gorsze", która ukazała się 26 sierpnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Szczeliny.
To nie jest kradzież pensji, jeśli robimy to przez apkę - algorytmiczna dyskryminacja płacowa w Uberze
Platformy pośredniczą między klientami biznesowymi a użytkownikami. Dla Amazona są to sprzedawcy i kupujący, dla Ubera - kierowcy i pasażerowie. Jak każda firma oparta na systemach cyfrowych, Uber może "przestawić pokrętło" na serwerach i pogorszyć sytuację klientów, na przykład podnosząc ceny w godzinach szczytu. Może też poruszyć tym pokrętłem w drugą stronę - uderzając w swoich klientów biznesowych, czyli kierowców.
Za każdym razem, gdy kierowca dostaje propozycję kursu, stawka - za kilometr i za minutę - jest na nowo wyliczana przez algorytm Ubera. Cel jest prosty: obniżyć wynagrodzenie kierowców. I działa to aż nazbyt skutecznie.
Prawniczka Veena Dubal nazwała to zjawisko algorytmiczną dyskryminacją płacową. Poznała je podczas badań etnograficznych wśród kierowców aplikacji przewozowych. Oni sami dzielą się na dwie grupy: mrówki (biorą każdy kurs, jaki podsunie im aplikacja) oraz łowcy okazji (wybierają tylko najbardziej opłacalne zlecenia). Algorytm Ubera ustala inną stawkę dla każdego kierowcy, w zależności od jego ostatnich zachowań. Jeśli kierowca był wybredny, dostaje lepszą stawkę niż mrówka. Łowcy okazji, którzy dadzą się skusić, szybko zaczynają dostawać nieco niższe stawki. Obniżki i ich częstotliwość są losowe, by trudniej było dostrzec, że algorytm stopniowo wyciska z kierowcy coraz więcej. A kiedy kierowca znów zaczyna odmawiać kursów, stawka rośnie - powoli i ostrożnie.
Algorytm Ubera nie stosuje tu żadnej finezyjnej sztuczki - to nie promień kontroli umysłu, który wyłącza kierowcom krytyczne myślenie i sprawia, że rzucają inne zajęcia, by za niższą stawkę tyrać dla Ubera. To prosty trik, ale wykonywany szybko i konsekwentnie.
Jeżeli to brzmi znajomo, to może dlatego, że przypomina historię o tym, jak Facebook zwodził wydawców, by publikowali coraz dłuższe fragmenty tekstów ze swoich stron, aż w końcu całkowicie zastąpił ich własne serwisy swoją platformą.
Facebook zrobił wydawcom to samo, co Uber robi kierowcom. Gdy wydawcy zauważyli, że spadała liczba odsłon ich postów, szukali rozwiązania. Szybko zauważali, że "sprytniejsi" publikują na Facebooku dłuższe fragmenty tekstów - i to rzekomo działało. Niektórzy jednak woleli nie ryzykować, obawiając się, że oddadzą zbyt wiele, jeśli zaczną publikować więcej treści. Wtedy algorytm Facebooka - który decyduje, czy post zobaczą subskrybenci, a także czy zostanie "podrzucony" niesubskrybującym użytkownikom - zagrał wabikiem. Nagle jeden czy dwa stare wpisy trafiały do szerokiego grona odbiorców, część z nich klikała link i lądowała na stronie wydawcy. To była mocna zachęta. Ci, którzy bali się, że Facebook odbierze im ruch, nagle widzieli, jak serwis sprowadza do nich ogromną publiczność. Zaczęli więc publikować częściej i dłuższe fragmenty swoich tekstów - dokładnie tak, jak tego chciała platforma.
Uber gra z kierowcami dokładnie w tę samą grę - podrzuca kilka okruszków, kiedy klient biznesowy (w tym wypadku kierowca, a nie wydawca) zaczyna myśleć, że cała ta robota nie jest warta zachodu.
Tak działają też inne platformy. W styczniu 2023 roku dziennikarka "Forbesa" Emily Baker-White ujawniła istnienie "podgrzewacza zasięgów" TikToka, czyli tajnej funkcji serwisu, której używają stratedzy firmy, by zwabiać różnych twórców.
Facebook zaczynał od prostego strumienia aktualności: widzieliśmy tam posty osób, które obserwowaliśmy, a od czasu do czasu trafiała się jakaś rekomendacja. TikTok od początku zbudował się inaczej - na algorytmicznym feedzie "Dla ciebie". Wykorzystał komercyjną bazę danych o nowych użytkownikach, a później, śledząc ich aktywność w aplikacji, potrafił zaskakująco trafnie przewidywać, jakie filmiki mogą im się spodobać. Formalnie można tam obserwować twórców, ale centralnym mechanizmem serwisu pozostaje algorytm. Dla większości użytkowników "obserwowanie" to tylko sygnał dla systemu: "pokaż mi więcej treści w tym stylu", a nie prośba: "pokazuj wyłącznie posty z tych kont".
Niepisana umowa z TikTokiem jest więc prosta: platforma was podgląda, ale w zamian wykorzystuje te dane, by zapełniać feed treściami, o których istnieniu nie mieliście pojęcia, a które wciągają was bez reszty.
"Podgrzewanie zasięgów" łamie tę niepisaną umowę z użytkownikami. Czasem strateg TikToka decyduje, że chce pozyskać konkretnego twórcę - albo cały typ twórców - i skłonić go, by przerobił swoje treści specjalnie pod tę platformę (format i konwencje TikToka są tak specyficzne, że trudno przygotować wideo, które będzie działało zarówno na tej platformie, jak i na konkurencyjnej; w efekcie TikTok ma całą armię twórców "tiktokowych" - ludzi, którzy produkują treści zoptymalizowane wyłącznie pod kątem tej aplikacji).
Strateg wybiera konto, które chce "zwabić", i włącza dla niego "podgrzewanie zasięgów". To sprawia, że filmiki tego twórcy trafiają do milionów użytkowników - niezależnie od tego, czy algorytm rekomendacji normalnie by je pokazał, czy nie.
Quiz: Mamy do Ciebie 10 pytań. Quiz TOK FM z wydarzeń mijającego tygodnia
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Jeśli TikTok uzna, że brakuje mu sportowych "kolesi" w ofercie, strateg może wylosować jednego z nich i nagle zrobić z niego gwiazdę, wpychając jego filmik do feedu dziesiątek milionów użytkowników. Taki twórca nie wie, że został "podgrzany" - widzi tylko nagły wybuch popularności. Jego biznes - sprzedaż suplementów, sponsoring, cokolwiek - zaczyna bić rekordy. Ogłasza więc, że jest Louisem Pasteurem TikToka, chwali się sukcesem kolegom po fachu i przekonuje ich, że platforma oferuje nieograniczone bogactwa każdemu, kto podporządkuje się jej regułom.
Nazywam to trikiem "wielkiego pluszaka". Kiedy byłem dzieckiem, moja rodzina chodziła na Canadian National Exhibition - coroczny festyn z wesołym miasteczkiem. Otwierano go w Toronto około 15 sierpnia (urodziny mojej mamy), a zamykano w Święto Pracy (które kończyliśmy marszem związkowym moich rodziców, uczestnicy wchodzili wtedy na teren CNE za darmo).
Wzdłuż alejek stały stragany z grami zręcznościowymi, które wyglądały na łatwe, ale w praktyce były niemal niewykonalne, na przykład wrzucenie pięciu piłeczek do kosza na brzoskwinie. A jednak każdego dnia można było zobaczyć jakiegoś nieboraka taszczącego ogromnego pluszowego misia, którego dało się wygrać tylko, jeśli trafiło się wszystkimi pięcioma piłeczkami.
Tyle że ten człowiek wcale tego nie zrobił. W praktyce nikt tego nigdy nie zrobił. Obsługujący grę cwaniak zagadnął go rano: "Wie pan co, podoba mi się pana twarz, więc zrobię wyjątek - jak trafi pan jedną piłką, dostanie pan breloczek. Jak zbierze pan dwa breloczki, wymienię je na tego wielkiego misia". Oczywiście właściciel budy nie rozdaje misiów za darmo, ale wie, że jeśli wrobi kogoś w noszenie przez cały dzień takiego kolosa w sierpniowym upale, to dostanie za darmo żywą reklamę swojej niemożliwej do wygrania gry.
"Podgrzewanie zasięgów" TikToka działa podobnie - rozdaje on "wielkie misie", a potem je zabiera. Użytkownicy są w stanie znieść ograniczoną ilość sztucznie promowanych bzdur w swoich feedach. Kiedy strateg TikToka uzna, że do platformy przywiązało się już wystarczająco wielu "sportowych kolesi", przykręci algorytmu jednemu z nich i przerzuci zasięgi na jakąś astrolożkę, czyniąc ją królową jednego dnia - i zarazem wabikiem dla innych astrolożek-influencerek.
Trik "wielkiego pluszaka" to jedna z najskuteczniejszych form takiego manipulowania. Dzięki niemu Uber może utrzymywać w ruchu swoją maszynę algorytmicznej dyskryminacji płacowej. Jak opisała to Veena Dubal, fora kierowców Ubera pełne są wpisów ludzi przekonanych, że są "dobrzy w Ubera", i chwalących się wielkimi zarobkami z jazdy. Badania Dubal obejmują przejmujące rozmowy z kierowcami, którzy jeżdżą, dopóki nie padną ze zmęczenia, śpią w samochodach, wracają na trasę - i winią samych siebie za marne zarobki. Nie rozumieją, że ich bezwarunkowa gotowość do brania każdego zamówienia jest w rzeczywistości sygnałem dla algorytmu, że można ich łatwo złapać na lep i zmusić do pracy za głodowe stawki.
Szefowie firm technologicznych wskazują na takie praktyki i nazywają je "innowacją". Trafniejsze byłoby określenie "mistyfikacja". Gdyby nie warstwa pośrednia w postaci aplikacji, algorytmiczna dyskryminacja płacowa od razu ściągnęłaby na siebie kontrolę inspekcji pracy.
Sam pomysł dostosowywania stawek do poziomu desperacji pracowników nie jest nowy. Zawsze istnieli pracodawcy, którzy wykorzystywali przewagę w negocjacjach, żeby obniżać płace. Jeśli wiecie, że w waszym mieście wszyscy inni pracodawcy to seksistowskie buce, które nie zatrudnią kobiet (albo rasistowskie, które nie zatrudnią czarnych), czemu nie zaproponować idealnej kandydatce połowy pensji, jaką dostaje jej męski (czy biały) odpowiednik?
Niemniej przed epoką cyfryzacji możliwości zaniżania płac były nieliczne i dość prymitywne. Pensje ustalano przy zatrudnieniu, a później zmieniano najwyżej raz czy dwa razy w roku - w dużej mierze dlatego, że bez komputerów śledzenie stale zmieniających się stawek całej załogi byłoby po prostu niewykonalne.
Kopalniani krwiopijcy z dawnych pieśni Tennessee Erniego Forda mogli marzyć, by ustalać płace górników z minuty na minutę, zależnie od tego, jak bardzo ich pracownicy byli zdesperowani - ale nawet najbardziej chciwy właściciel kopalni nie byłby w stanie utrzymać hali pełnej buchalterów w zielonych daszkach, którzy ręcznie nanosiliby te zmiany w księgach.
Algorytmiczna dyskryminacja płacowa nie jest żadnym "nowatorskim" sposobem robienia interesów. Jak każdy przekręt, to prosty trik, tyle że wykonywany błyskawicznie. Dzięki aplikacjom współcześni krwiopijcy w garniturach mogą udawać, że wcale nie łamią prawa pracy.
Posłuchaj: