,
Obserwuj
Świat

W kamperze nie spłonęli "zwykli rabusie". "Jedna osoba wiedziała, kim byli naprawdę"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
8 min. czytania
11.04.2026 18:51

"Rok przed zamachami z 11 września 2001 roku troje niemieckich terrorystów postanowiło pozbyć się ze swojego kraju wszelkich imigrantów. W następnych latach atakowali ich w miejscach pracy i podkładali bomby w zamieszkiwanych przez nich dzielnicach w różnych miastach Niemiec. Strzelali do nich w sklepikach, budkach z kebabami i w zakładzie ślusarskim. Detonowali ładunki w sklepie spożywczym, barze i zakładzie fryzjerskim. (...) Przestępcza działalność trojga terrorystów zakończyła się dopiero po trzynastu latach". Publikujemy fragment reportażu Jacoba Kushnera pt. "Biały terror. Neonaziści w Niemczech" poświęconego Narodowosocjalistycznemu Podziemiu.

Beate Zschaepe na sali rozpraw, Monachium 20 grudnia 2016 r.
Beate Zschaepe na sali rozpraw, Monachium 20 grudnia 2016 r.
fot. ANDREAS GEBERT / DPA / DPA PICTURE-ALLIANCE VIA AFP

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Biały terror. Neonaziści w Niemczech" autorstwa Jacoba Kushnera w tłumaczeniu Mariusza Gądka, która ukaże się 15 kwietnia 2026 roku nakładem Wydawnictwa Czarne. 

W pewne jesienne popołudnie w niemieckim Zwickau kobieta oblała dziesięcioma litrami benzyny swoje mieszkanie, po czym je podpaliła.

Od lat obawiała się tego dnia, ale po cichu liczyła, że nigdy nie będzie musiała tego zrobić. W końcu jednak nadszedł 4 listopada 2011 roku. Musiała działać szybko, żeby uratować przed płomieniami swoje dwa koty. Miały na imię Lilly i Heidi. Jeden był czarny z białymi plamkami na łapach, drugi w szaro-czarne paski. Kobieta zgarnęła oba, włożyła je do transporterów i zbiegła z nimi na ulicę.

Przechodzący sąsiad rozpoznał kobietę za sprawą jej "niezwykle długich, ciemnych włosów". Wszystkim zresztą najbardziej w pamięć zapadł właśnie ten element jej wyglądu. Zapewne dlatego, że poza tym niczym szczególnym się nie wyróżniała. Była średniego wzrostu: około metra sześćdziesięciu pięciu. Ani otyła, ani szczupła. Twarz miała szeroką, płaską, pozbawioną wyrazu, do tego wąskie usta i piwne oczy. Później, kiedy jej wizerunek stał się znany w całych Niemczech, na pierwszy plan wysunęła się cecha, za pomocą której nikt jej dotąd nie opisywał. Dziwiło to o tyle, że w jej przypadku miała ona największe znaczenie.

Otóż kobieta była biała.

Cztery lata później, podczas procesu, którym żył cały kraj, twierdziła, że zwlekała z podpaleniem, aż dwaj robotnicy remontujący strych w budynku pójdą na przerwę, żeby nie ucierpieli w pożarze. Utrzymywała też, że próbowała ostrzec mieszkającą niżej starszą panią, która w czasie jej nieobecności opiekowała się kotami: dzwoniła do sąsiadki i dobijała się do drzwi, by powiedzieć jej, żeby uciekała. Adwokat kobiety oświadczył zgromadzonym w sali sędziom, prokuratorom, adwokatom, dziennikarzom, neonazistom i przedstawicielom policji, że oskarżona dołożyła wszelkich starań, żeby uratować życie innym ludziom. A konkretnie innym jej podobnym białym obywatelom Niemiec, a także dwóm ukochanym kotom.

"Biały terror. Neonaziści w Niemczech", Jacob Kushner
fot.

Kobieta nie musiałaby podpalać mieszkania, gdyby piętnasty z kolei napad na bank zakończył się równie dobrze jak czternaście poprzednich. Przez ponad dekadę jej dwaj najbliżsi przyjaciele, a okazjonalnie również kochankowie, napadali z bronią w ręku na banki na terenie Niemiec. Podczas poprzedniego skoku obaj mężczyźni - noszący takie samo imię - weszli do banku uzbrojeni w dwa pistolety, rewolwer i granat ręczny. Jeden z nich miał na twarzy maskę wampira, drugi - maskę narciarską. Wyszli z piętnastoma tysiącami euro w gotówce i uciekli, tak jak zwykle, na rowerach. Przez lata swojej przestępczej działalności ukradli setki tysięcy marek niemieckich i euro; w sumie ich łupem padły pieniądze o dzisiejszej równowartości blisko miliona dolarów.

Aby przeprowadzić piętnasty napad, mężczyźni pojechali do oddalonego o dwie godziny od Zwickau miasta Eisenach, w którym na świat przyszedł Johann Sebastian Bach, a Marcin Luter pracował w nim nad tłumaczeniem Nowego Testamentu na niemiecki. 4 listopada 2011 roku piętnaście po dziewiątej rano napastnicy weszli do banku. Byli ubrani w dresy i buty sportowe, jeden miał na twarzy maskę goryla, drugi - maskę zabójcy z filmu Krzyk. Kierownika banku uderzyli pistoletem w głowę. Odjechali z siedemdziesięcioma dwoma tysiącami euro w torbie. O wpół do dziesiątej policja wydała alert o poszukiwaniu dwóch mężczyzn uciekających na rowerach. Dwadzieścia minut później świadek powiadomił władze o dwóch rowerzystach, którzy wjechali na parking za sklepem z artykułami żelaznymi oddalonym o niecały kilometr od banku. Mężczyznom wyraźnie się spieszyło. Wrzucili rowery do białego kampera i odjechali. Od napadu minęło kilka godzin, lecz nie było żadnych nowych informacji na temat sprawców. Policja zaczęła przypuszczać, że mogli uciec do Saksonii, położonego na wschodzie niemieckiego kraju związkowego, gdzie doszło ostatnio do licznych napadów na banki. Policjanci patrolowali więc drogi w kierunku Chemnitz. Ale cztery minuty po dwunastej zauważono biały kamper zaparkowany na poboczu kilka kilometrów na północ od obrabowanego banku. Dwaj policjanci wysiedli z radiowozu i ruszyli w jego kierunku. Wtedy usłyszeli strzał, a po chwili drugi. Funkcjonariusze schowali się za stojącymi w pobliżu samochodem i kontenerem na śmieci. Rozległ się kolejny strzał. A potem kamper stanął w płomieniach.

Policjanci wezwali straż pożarną, która szybko przybyła na miejsce i ugasiła ogień. Funkcjonariusze ostrożnie otworzyli drzwi kampera i zajrzeli do środka. Na podłodze leżały ciała dwóch złodziei, oba z ranami postrzałowymi głowy. Najwyraźniej po podpaleniu pojazdu jeden z nich zastrzelił swojego towarzysza, po czym popełnił samobójstwo. W trakcie przeszukania miejsca zbrodni jeden z policjantów znalazł kilka sztuk broni. Na fotelu pasażera leżał pistolet maszynowy Pleter 91 oraz pistolet samopowtarzalny czeskiej produkcji. Na małym stoliku pomiędzy siedzeniami znajdował się czarny rewolwer. Szczególną uwagę funkcjonariusza zwróciły jednak dwie lśniące mosiężne łuski. Wyglądały zupełnie tak samo jak łuski używanej przez niego amunicji służbowej.

Czy to możliwe, że bandyci byli policjantami?

Śledczy nie zdołali zbyt wiele ustalić w sprawie serii napadów na banki, do których w poprzednich latach doszło we wschodnich Niemczech. Dwa miesiące wcześniej policja z miasta Gotha podała następujący opis sprawców: mężczyźni "w wieku około dwudziestu lat, o szczupłej budowie ciała i wzroście 180-185 centymetrów, zamaskowani, włosy ciemnobrązowe, ciemniejszy odcień skóry, mówią po niemiecku bez akcentu". Ta ostatnia uwaga miała zaznaczyć, że napastnicy nie byli imigrantami ani obcokrajowcami, ale Niemcami, a przynajmniej tak brzmieli. Za to wcześniejsze określenie o "ciemniejszym odcieniu skóry" sugerowało, że różnili się od typowych Niemców, to znaczy, że nie byli biali. Ale policja z Gothy się myliła. Stało się to oczywiste, gdy funkcjonariusze zobaczyli w kamperze ciała poszukiwanych mężczyzn z częściowo zwęgloną jasną skórą.

Gdy podano do wiadomości publicznej, że dwaj napadający na banki złodzieje zginęli od ran postrzałowych, a ich ciała znaleziono w podpalonym kamperze, tylko jedna osoba w całych Niemczech wiedziała, kim byli naprawdę: biała kobieta z długimi ciemnymi włosami i parą kotów. Ona jedna zdawała sobie sprawę, że nie byli to dwaj szukający łatwego zarobku bandyci. Choć mieli szczególny talent do rabowania banków, działalność ta była zaledwie środkiem służącym do realizacji bardziej złowieszczego celu: mordowania imigrantów i oczyszczenia Niemiec z przedstawicieli innych ras. Nie byli to zwykli rabusie, ale seryjni zabójcy i terroryści. Ta kobieta to wiedziała, ponieważ była jedną z nich.

Redakcja poleca

Trójce przyjaciół nie było z góry pisane zostać mordercami. Stało się tak na skutek trwającej przez całą dekadę indoktrynacji przez środowisko niemieckiej skrajnej prawicy. Nie zradykalizowali się sami, lecz w ramach większej społeczności białych supremacjonistów. Jej przywódca był współpracującym z władzami informatorem, który wykorzystywał pieniądze podatników, żeby zamieniać pozbawionych perspektyw młodych Niemców w radykalnych bojówkarzy.

Niektórzy próbowali ostrzec społeczeństwo przed tym, co miało nadejść. Młoda lewicowa aktywistka wywodząca się ze środowiska punków zaczęła fotografować wiece skrajnie prawicowych organizacji i zbierać informacje na temat ich uczestników. Nie przypuszczała, że niektórzy z nich staną się niebawem terrorystami, a ona sama zostanie wezwana, żeby zdemaskować ich działalność. Zanim zaczęły się morderstwa, pewien policjant próbował aresztować trzyosobową szajkę ze Zwickau za inne budzące już niepokój przestępstwa. Został jednak odsunięty od sprawy przez organy ścigania, które bardziej niż o bezpieczeństwo publiczne dbały o ochronę własnych ludzi.

Młodzież o skrajnie prawicowych poglądach, która po upadku muru berlińskiego dorastała w byłych Niemczech Wschodnich, nazywała siebie narodowymi socjalistami, czyli nazistami. I podobnie jak ich poprzednicy sprzed pół wieku za wszystkie swoje bolączki oskarżali oni przedstawicieli mniejszości narodowych. Gardzili Żydami i nie uważali ich za przedstawicieli białej rasy. Szydzili z czarnych. Ale nade wszystko mieli obsesję na punkcie imigrantów (oraz ich potomków), którzy przybyli do Niemiec z Turcji, Wietnamu czy Grecji. Takich jak na przykład Gamze Kubaşik, której rodzina wyemigrowała z Turcji do Dortmundu, gdzie następnie otworzyła mały sklepik. Albo Semiya Simşek, której rodzice pochodzili z Turcji i trudnili się sprzedażą kwiatów w Bawarii. Jednak według białej kobiety z długimi ciemnymi włosami oraz dwójki jej białych przyjaciół imigranci stanowili egzystencjalne zagrożenie dla białego narodu, jakim ich zdaniem powinni być Niemcy. Dlatego zaczęli ich zabijać. Rok przed zamachami z 11 września 2001 roku troje niemieckich terrorystów postanowiło pozbyć się ze swojego kraju wszelkich imigrantów. W następnych latach atakowali ich w miejscach pracy i podkładali bomby w zamieszkiwanych przez nich dzielnicach w różnych miastach Niemiec. Strzelali do nich w sklepikach, budkach z kebabami i w zakładzie ślusarskim. Detonowali ładunki w sklepie spożywczym, barze i zakładzie fryzjerskim.

Władze nie rozumiały, co się dzieje. Z powodu własnego zaślepienia nie potrafiły pojąć, że sześćdziesiąt lat po Holokauście w społeczeństwie niemieckim mogą się znaleźć ludzie o tak radykalnych poglądach, by dokonywać masowych mordów o podłożu rasistowskim. Dlatego za każdym razem, gdy ginął imigrant, policjanci okłamywali rodzinę ofiary i fabrykowali dowody mające potwierdzać ich rojenia o porachunkach pomiędzy imigranckimi grupami przestępczymi. Podczas gdy policja ignorowała dowody świadczące o tym, że za morderstwami stoją biali Niemcy, mężczyźni o tureckim oraz greckim pochodzeniu ginęli jeden po drugim.

Redakcja poleca

Przestępcza działalność trojga terrorystów zakończyła się dopiero po trzynastu latach. W monachijskiej sali sądowej - największej w mieście, wyremontowanej niedługo przed niemieckim procesem stulecia - rozpoczęło się rozliczanie ich zbrodni. Każdego dnia wypełniali ją dawni skrajnie prawicowi skinheadzi oraz dawni lewicujący przedstawiciele środowisk punkowych, występujący w rolach świadków, oskarżonych, adwokatów i widzów. I tak przez pięć kolejnych lat. Fakty wychodziły na jaw stopniowo. Szpieg w kafejce internetowej. Pieniądze publiczne przekazywane prawicowym ekstremistom. Agenci wywiadu niszczący w pośpiechu dokumenty. Proces zmusił Niemcy do zmierzenia się z tym, co skłoniło zwykłą niemiecką kobietę oraz dwóch jej przyjaciół do przeprowadzenia serii zabójstw niewinnych osób, wybranych na ofiary ze względu na kraj pochodzenia, akcent, z jakim mówiły, oraz kolor skóry.

Społeczeństwo lubiące myśleć, że odpokutowało już swoją rasistowską przeszłość, musiało przyznać, że wynikająca z nienawiści rasowej przemoc jest czymś jak najbardziej aktualnym. I że sześćdziesiąt lat po tym, jak naziści z Hitlerem na czele mordowali w czasie Holokaustu ludność żydowską i inne mniejszości, niemiecka policja okazała się tak zaślepiona przez własne uprzedzenia, że nie potrafiła dostrzec rozgrywającego się na jej oczach rasistowskiego terroru. Sprawa ta zmusiła Niemców do przyznania, że terroryzm nie zawsze ma charakter islamistyczny i nie zawsze pochodzi z zagranicy. Okazało się, że znacznie częściej to terroryzm wewnętrzny, a jego sprawcami są biali - a w epoce masowych migracji na niespotykaną dotąd skalę jego ofiarami padają zazwyczaj imigranci. (...)

Kiedy troje białych Niemców rozpoczęło swoją antyimigrancką kampanię przemocy, biały terroryzm stanowił już zjawisko o globalnym zasięgu, choć niewiele osób znało je pod tą nazwą. Aby zrozumieć, czym jest biały terror, kto szerzy jego idee i jak położyć mu kres, musimy najpierw przyjrzeć się wschodniej części Niemiec, gdzie troje przyjaciół z małego miasteczka zaczęło zabijać imigrantów - a władze, których zadaniem było ich powstrzymać, postanowiły odwrócić wzrok.

Posłuchaj: