,
Obserwuj
Świat

Siedział w rosyjskiej niewoli. "Widział rzeczy, o których mogliby opowiadać już tylko martwi"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
05.10.2025 15:08

"W celi, na której widniał napis 'Bin Laden', tkwił sam. Pierwszego dnia nie dali mu nawet wody. To była kara za wstrzymanie dostaw wody na Krym. Do załatwiania się zostawili mu plastikową butelkę. Do jedzenia dostawał zazwyczaj małą porcję płatków owsianych. W celi nie mógł siedzieć. Strażnicy co chwilę sprawdzali, czy stoi, a jeśli nie, to wpadali go pobić" - opisuje Tomáš Forró w reportażu pt. Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy".

fot. Wydawnictwo Czarne

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy" autorstwa Tomáša Forró, która ukaże się 15 października 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

Tortury

W marcu proukraińskie demonstracje w mieście stopniowo słabły. Rosgwardia rozpędzała je gazem łzawiącym, strzałami w powietrze, a potem strzelaniem w tłum gumowymi kulami. Uczestników fotografowano i śledzono, a nocami porywano z domów do więzień i prowizorycznych katowni. Miejscowe szpitale i kostnice zaczęły się wypełniać ciałami cywilnych ofiar. Większość zginęła na skutek działań wojennych i bombardowań, lecz wielu martwych nosiło ślady tortur. Jeszcze na początku marca chersońskie władze oceniały liczbę ofiar na trzysta osób, ale uwzględniano wyłącznie ciała, które udało się zarejestrować, i to tylko na terenie miasta. Realne liczby były znacznie wyższe i wciąż rosły. Krewni przeważnie woleli pochować swoich bliskich gdzieś w pobliżu domu, bo Rosjanie strzelali już nawet do karawanów pogrzebowych.

W obwodzie chersońskim tacy ludzie jak Andrij Putiłow zaczynają znikać 172 setkami. Rosyjskie służby zawzięcie ich poszukują, wciągają w pułapki, wykorzystując ich przyjaciół i bliskich, albo po prostu zatrzymują ich na blokpostach. Rosjanie mają świadomość, że Chersoń - a właściwie całe południe Ukrainy - jest przeciwko nim. Takich, którzy zdecydowali się kolaborować, zachęcają do składania donosów na swoich sąsiadów i na wszystkich podejrzanych o to, że ich działania czy poglądy godzą w Rosję. Zapłatą za to są pieniądze albo paczki z pomocą humanitarną.

"Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy", Tomáš Forró
fot.

Wydawnictwo Czarne

Stosunkowo spokojne zachowanie z pierwszych dni okupacji wkrótce ustąpiło miejsca czemuś, co Rosja potrafi najlepiej - terrorowi i propagandzie. W mieście zaczęły wychodzić rosyjskie gazety, a na ulicach pojawiły się billboardy z hasłem: "Rosja zostanie tu na zawsze". Miało to przekonywać mieszkańców, że to jest ich nowy świat, do którego jak najszybciej powinni się przyzwyczaić.

Andrija przywieźli na miejsce, które natychmiast rozpoznał. Była to dawna siedziba SBU. Tamtejsza piwnica zmieniła się w katownię. Poznał ją dzięki dobrej jakości granitowym płytkom - pamiętał, jak za dawnych czasów wypominał dowódcom, że marnują pieniądze z budżetu miasta na takie bzdury.

Pobrali mu odciski palców, materiał DNA, a potem natychmiast zaczęli go bić i przesłuchiwać. Wiedzieli o nim wszystko. Choćby to, że właśnie on wymyślił wstrzymanie dostaw wody i prądu na Krym. Znali szczegóły jego działalności politycznej i jego związki z obroną terytorialną, którą pomagał zakładać w mieście. Dzięki telefonowi, który niedokładnie wyczyścił, dotarli do jego konta w aplikacji WhatsApp. Znaleźli tam wiele kontaktów, a także fotografii. Teraz miał identyfikować ludzi, z którymi korespondował, oraz potwierdzać swoje i ich "zbrodnie przeciwko narodowi rosyjskiemu".

Najczęściej bili go w trakcie przesłuchań, ale czasem przychodzili też do jego celi. Andrij opowiada, że istniało kilka poziomów tortur, zależnie od przesłuchującego i jego upodobań. Czasami tylko go bili, a nieraz jeszcze mocno go wiązali. Innym razem dodatkowo dusili go plastikową torebką.

W celi, na której widniał napis "Bin Laden", tkwił sam. Pierwszego dnia nie dali mu nawet wody. To była kara za wstrzymanie dostaw wody na Krym. Do załatwiania się zostawili mu plastikową butelkę. Do jedzenia dostawał zazwyczaj małą porcję płatków owsianych. W celi nie mógł siedzieć. Strażnicy co chwilę sprawdzali, czy stoi, a jeśli nie, to wpadali go pobić.

Andrij wie jednak, że jako prominentny więzień nie powinien się skarżyć. W pozostałych celach upchnięto po kilka osób i często nie dało się tam nawet ruszyć. Krzyki i jęki uwięzionych świadczyły o tym, że byli bez porównania gorzej traktowani przez swoich katów.

Redakcja poleca

Po wyzwoleniu ukraińskie władze odkryją w obwodzie chersońskim przynajmniej dziesięć różnych miejsc tortur. Późniejsze śledztwo niezależnej międzynarodowej komisji ONZ zgromadzi dowody na to, że podczas rosyjskiej okupacji w obwodzie chersońskim i zaporoskim stosowano "takie same metody torturowania […], które odznaczały się tak wysokim stopniem brutalności, że ofiary umierały. […] Okazało się, że dokonywano tu gwałtów i innych form przemocy seksualnej wobec ofiar, czemu towarzyszyły takie tortury, jak brutalne bicie, duszenie, dławienie, nacinanie, strzelanie tuż obok głowy ofiary, a nawet celowe zabijanie".

To tylko dość suche i raczej wstrzemięźliwe urzędnicze sformułowania. Opowieści ludzi, którym udało się przeżyć rosyjskie więzienie, wciąż wychodzą na światło dzienne i są wprost wstrząsające.

Medyk wojskowy Jurij Armasz z zachodniej Ukrainy po wybuchu wojny znajdował się właśnie w obwodzie chersońskim, w miasteczku Oleszki, na lewym brzegu Dniepru. Próba ucieczki z okupowanego terenu zakończyła się dla niego niepowodzeniem i razem z dwoma kolegami został schwytany przez Rosjan. Trafił do więzienia w Nowej Kachowce, które było jedną z katowni. Po pierwszych brutalnych przesłuchaniach, biciu i wymuszaniu informacji na temat armii ukraińskiej jako medykowi pozwolono mu opiekować się więźniami. Dlatego jego świadectwo rosyjskiego bestialstwa jest niezwykle przejmujące i potwornie brutalne: widział tam rzeczy, o których mogliby opowiadać już tylko martwi.

Razem z Jurijem w Nowej Kachowce siedzieli wzięci do niewoli żołnierze ukraińscy, ale także cywile, na których padło podejrzenie o działalność antyrosyjską. Kiedy u żołnierzy Rosjanie znaleźli jakiś tatuaż, który im się nie podobał, wycinali go im ze skóry albo wypalali kwasem. Do zwyczajowych metod wspomagających przesłuchania należało bicie ofiar pałkami i tłumikami karabinów, które pozostawiały na ciele typowe okrągłe, otwarte rany. Więźniów rażono prądem elektrycznym lub obcinano im kończyny piłą motorową, siekierą czy maczetą. Tak okaleczone ludzkie ciała, często na granicy śmierci, Jurij miał utrzymać przy życiu, w dodatku bez materiałów opatrunkowych i leków - bo Rosjanie nie dostali ich nawet dla siebie.

Redakcja poleca

Wspomina, jak sprowadzili go do cywilnego pracownika elektrowni, któremu wyrwali żyły z ciała. Z kolei inny jego pacjent był żołnierzem, któremu uwiązali wokół szyi sznur z pętlą. Kiedy powoli go dusili, przez cały czas musiał pływać w lodowatej rzece. Potem go wyciągnęli na brzeg, oblali mu nogi benzyną i beznamiętnie obserwowali, jak płonie.

Najgorsze wspomnienia ma z oddziału kobiecego, gdzie zajmował się ofiarami zbiorowych gwałtów. Raz wezwali go do silnie krwawiącej czternastoletniej dziewczynki, wyjątkowo brutalnie zgwałconej. Jurij zażądał jej hospitalizacji. Wydawało się, że Rosjanie tym razem się przestraszyli i na chwilę ją stamtąd wywieźli, ale wkrótce po cichu znów ją wrzucili do celi. Krzyki ofiar Buriatów i Kałmuków, którzy z młodych Ukrainek zrobili sobie niewolnice seksualne, słyszał w swojej celi niemal każdej nocy.

Świadectwo Jurija potwierdzili potem więźniowie, których po wyzwoleniu udało się uratować. Podczas jego pobytu w więzieniu był wzywany do pomocy ponad stu ofiarom rosyjskich tortur.

Dlatego nie ma żadnych wątpliwości, że los Andrija Putiłowa należy do szczęśliwszych przypadków. Po czterdziestu pięciu dniach przesłuchań, bicia i pobytu w celi w podziemiach budynku SBU Rosjanie spróbowali wykorzystać go do swojej propagandy. Pewnego dnia go nakarmili, zabrali do jego domu i zmusili do wystąpienia w zainscenizowanej rozmowie z rosyjskim blogerem. Andrij był już pewny, że to jego koniec. Rosjanie opublikują wywiad z Ukraińcem, który wspierał Majdan i zablokował wodę oraz prąd dla Krymu, więc natychmiast spotka go zasłużona kara. Zabiją go czy też zamęczą na śmierć, a jego ciało zniknie gdzieś na zawsze.

Także dlatego w czasie nagrania nie powtarzał wyuczonych zdań, które przygotowała mu FSB. Postanowił, że nie sprzeda tanio skóry. W materiale wyraźnie widać, że unika bezpośrednich odpowiedzi. Na żadne z pytań nie odpowiedział tak, by agenci czający się poza kadrem mogli być zadowoleni.

Redakcja poleca

Kiedy wywiad się skończył, dyskretnie wrzucił do pustej tubki po swoich lekarstwach papierek, który przygotował w nocy w swojej celi. Liczył, że szwagierka znajdzie go po ich odejściu. Był to list pożegnalny dla jego rodziny.

Los chciał jednak inaczej. Andrija przewieźli na Krym, gdzie miał kolejne przesłuchania. Tym razem prowadził je wysoki oficer FSB, który przyleciał w tym celu aż z Moskwy. Potem, po siedemdziesięciu dniach niewoli, bez postawienia mu jakiegokolwiek zarzutu i możliwości skorzystania z pomocy prawnej, wyrzucono go z kraju. Pod koniec czerwca został przewieziony na Białoruś i przekazany Ukrainie w ramach wymiany jeńców.

W okresie niewoli stracił piętnaście kilo. Jeszcze w celi zaczął się parę razy dziennie modlić. Robi to nadal. Klęczy na ziemi i dziękuje Bogu za to, że wciąż żyje.

Byłem przy tym, kiedy Andrij po kilku miesiącach znów spotkał się z Tanią i dziećmi.

Po ucieczce z Chersonia jego żona osiadła na Słowacji. Tego dnia siedzieliśmy w domu naszych wspólnych przyjaciół i niecierpliwie czekaliśmy. Wreszcie na dworze rozległ się dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Cała rodzina natychmiast wybiegła na dwór.

Powiedzieć, że było to emocjonalne powitanie, to nic nie powiedzieć.

Posłuchaj:

Źródło: Wydawnictwo Czarne