Nawrocki i Sikorski spotkają się w sprawie ambasadorów. Wyjaśniamy, o co chodzi w konflikcie
Spór wokół nominacji ambasadorskich między prezydentem Karolem Nawrockim a ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim trwa. W poniedziałek szef resortu ma się spotkać z głową państwa w Pałacu Prezydenckim, by rozmawiać właśnie o obsadzie polskich placówek za granicą. Przypominamy, jak doszło do obecnej sytuacji.
- Prezydent Karol Nawrocki i minister Radosław Sikorski spotkają się w poniedziałek o godz. 14 w Pałacu Prezydenckim. Tematem rozmów będą nominacje ambasadorskie;
- Spór w tej sprawie trwa od blisko dwóch lat, od decyzji MSZ o odwołaniu ponad 50 ambasadorów i braku podpisów Andrzeja Dudy pod nominacjami;
- To nie pierwszy przypadek, kiedy rząd i prezydent nie mogą się porozumieć co do obsady placówek dyplomatycznych.
Konflikt między rządem a ośrodkiem prezydenckim w sprawie nominacji ambasadorskich trwa od marca 2024 roku. Wówczas minister spraw zagranicznych zdecydował o zakończeniu misji przez ponad 50 ambasadorów oraz o wycofaniu kilkunastu kandydatur zgłoszonych jeszcze przez poprzednie kierownictwo resortu. Ówczesny prezydent Andrzej Duda podkreślał wtedy, że "nie da się żadnego ambasadora polskiego powołać ani odwołać bez podpisu prezydenta". W miejsce dyplomatów, którzy opuścili placówki, lecz nie zostali formalnie odwołani, MSZ skierowało swoich przedstawicieli, którzy nie mają statusu ambasadorów, lecz chargé d’affaires.
Szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz, informując o planowanym spotkaniu Karola Nawrockiego z Radosławem Sikorskim, stwierdził, że "nie jest to sytuacja optymalna". Zaznaczył, że prezydent Nawrocki wielokrotnie wskazywał, iż problem ten "wynika z decyzji pierwotnej ministra Sikorskiego o zawróceniu, o odwołaniu do kraju 50 ambasadorów bez słowa merytorycznego uzasadnienia".
Szef BPM zadeklarował, że prezydent "jest gotów do rozmowy, do tego, aby tę sytuację rozwiązać" i "będzie oczekiwał pewnych działań" ze strony kierownictwa MSZ. Przypomniał jednocześnie, że jedno spotkanie prezydenta z ministrem spraw zagranicznych już się odbyło w Pałacu Prezydenckim, podczas którego miały zapaść wstępne ustalenia. Według Przydacza późniejsze pismo przesłane przez Radosława Sikorskiego nie było jednak zgodne z tymi ustaleniami. - Wręcz przeciwnie, szło zupełnie w poprzek ustaleniom, które prezydent poczynił z panem ministrem - przekazał. W związku z tym głowa państwa zaprosiła szefa MSZ na kolejne spotkanie.
Prezydent Karol Nawrocki sprzeciwia się obecnie przede wszystkim nominacjom Bogdana Klicha, pełniącego obowiązki szefa placówki w Waszyngtonie, oraz Ryszarda Schnepfa, chargé d’affaires we Włoszech. Polska nie ma też ambasadora w Kijowie, ponieważ Andrzej Duda nie podpisał nominacji pułkownika rezerwy Piotra Łukasiewicza. Od września 2024 r. pełni on funkcję tymczasowego chargé d’affaires.
Odnosząc się do stanowiska w Stanach Zjednoczonych szef BPN stwierdził, że z pisma ministra Sikorskiego wynika, iż jest on "już pogodzony z faktem, że pan (Bogdan) Klich nie będzie ambasadorem w Waszyngtonie i wycofuje się z tej propozycji". - Dni pana Klicha są już policzone w Waszyngtonie - powiedział. Jego zdaniem konieczne jest znalezienie wspólnego kandydata oraz przedstawienie przez MSZ uzasadnienia, "dlaczego dobrzy ambasadorowie, także i Marek Magierowski, zostali zawróceni do kraju".
MSZ mówi o "91 dniach bez odpowiedzi"
Według Przydacza prezydent liczy, że poniedziałkowe spotkanie doprowadzi do porozumienia oraz "do zmiany podejścia ze strony resortu i powrotu do tej dobrej, wypracowanej przez 30 lat praktyki uzgadniania stanowisk w zakresie obsady placówek dyplomatycznych". Jak zaznaczył, prezydent chce, aby uzgodnienia miały charakter merytoryczny, a nie polityczny "tak jak to robi dzisiaj minister spraw zagranicznych".
Rzecznik resortu dyplomacji Maciej Wewiór ocenił z kolei, że rozmowa "z pewnością będzie łatwiejsza, jeśli prezydent - zgodnie z obowiązującym prawem - rozpocznie podpisywanie powołań, które od 161 dni pozostają w Kancelarii Prezydenta RP". Odnosząc się do wypowiedzi Przydacza przypomniał, że po ostatnim spotkaniu szefa MSZ z prezydentem Sikorski przedstawił propozycję rozwiązania kwestii powołań ambasadorskich, która przez 91 dni pozostawała bez odpowiedzi.
Pałac Prezydencki liczy na "zaprzestanie tej praktyki"
W ocenie strony prezydenckiej w obecnej sytuacji zwoływanie Konwentu Służby Zagranicznej, który opiniuje kandydatów na ambasadorów, jest przedwczesne. Marcin Przydacz przekonywał, że najpierw konieczne jest porozumienie pomiędzy prezydentem a ministrem spraw zagranicznych, a dopiero później formalne procedowanie kandydatów. Według jego nieformalnych informacji część kandydatów nie chce, by ich nazwiska były procedowane w sytuacji, w której nie mają gwarancji podpisu prezydenta. Jednocześnie - jak mówił - "są naciskani po to, by brać udział w niechcianej grze politycznej". Wyraził przy tym nadzieję, że kierownictwo MSZ "zaprzestanie tej praktyki".
Przydacz powiedział, że przed objęciem resortu przez Radosława Sikorskiego decyzje w sprawach ambasadorskich zapadały na konwencie w drodze jednomyślności. Jak argumentował, skoro pod nominacją ambasadora muszą znaleźć się podpisy ministra spraw zagranicznych, premiera i prezydenta, to również na wcześniejszym etapie powinna obowiązywać jedność stanowisk. Według strony prezydenckiej odejście od tej zasady - poprzez wprowadzenie głosowania większościowego - jest nieprawidłowe. Szef BPN zapowiedział, że jeśli taka procedura będzie utrzymywana, przedstawiciel prezydenta nie będzie brał udziału w pracach konwentu.
Rzecznik MSZ Maciej Wewiór podkreślił, że podstawowym i pierwszym elementem procedury opiniowania kandydata na ambasadora jest jego zgoda na udział w procesie. Dodał również, że tryb prac konwentu prowadzony jest zgodnie z obowiązującymi przepisami.
Prezydent mianuje, ale zarządza minister
Spór wokół nominacji ambasadorskich powraca w Polsce od lat w sytuacji, gdy oba ośrodki władzy reprezentują różne obozy polityczne. Zgodnie z konstytucją ambasadorów mianuje prezydent, ale na wniosek ministra spraw zagranicznych. Jednocześnie to rząd odpowiada za prowadzenie polityki zagranicznej państwa. Przepisy nie precyzują jednak, jak należy postępować w sytuacji, gdy prezydent i minister nie są w stanie dojść do porozumienia.
W praktyce oznacza to, że prezydent nie może sam wskazać ambasadora, a rząd nie może wysłać go bez podpisu głowy państwa. Każda ze stron dysponuje więc narzędziami blokującymi decyzje drugiej, choć żadna nie ma pełnej kontroli nad całym procesem. W takich sytuacjach MSZ kieruje do placówek dyplomatów w randze chargé d’affaires, tak jak ma to miejsce w wielu polskich przedstawicielstwach od dwóch lat. Pozwala to utrzymać bieżące funkcjonowanie ambasad, ale jednocześnie obniża rangę przedstawicielstw, szczególnie w państwach kluczowych dla polskiej polityki zagranicznej.
Z dostępnych danych wynika, że spośród 94 polskich ambasad jedynie 27 ma dziś pełnoprawnych ambasadorów, a w pozostałych 67 placówkach Polskę reprezentują dyplomaci w randze chargé d’affaires ad interim, czyli tymczasowi szefowie placówek.
To nie pierwszy raz
Obecny spór o nominacje ambasadorskie nie jest pierwszą taką sytuacją w III RP. Do podobnych konfliktów dochodziło już wcześniej w okresach kohabitacji, między innymi w czasie współrządów gabinetu Jerzego Buzka i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, gdy część nominacji była wstrzymywana miesiącami, a spory dotyczyły zarówno nazwisk kandydatów, jak i trybu ich uzgadniania.
Jeszcze ostrzejszy spór wybuchł w latach 2007-2010 między rządem Donalda Tuska a prezydentem Lechem Kaczyńskim. Wówczas prezydent blokował podpisy pod nominacjami kilkunastu ambasadorów, m.in. w Stanach Zjednoczonych i Niemczech, a część kandydatów czekała na decyzję ponad rok. W efekcie MSZ, podobnie jak dziś, kierowało do placówek dyplomatów pełniących obowiązki szefów misji.
Źródło: TOK FM, PAP, Demagog. Fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER