,
Obserwuj
Małopolskie

Niebezpieczne zachowanie nad Morskim Okiem. "To pewna śmierć"

4 min. czytania
01.12.2025 16:31

W sieci pojawiły się pierwsze filmiki pokazujące turystów ślizgających się po Morskim Oku. Tatrzański Park Narodowy od kilku tygodni apeluje, by nie wchodzić na zamarzające stawy. - Załamie się lodu to pewna śmierć - mówi nam Grzegorz Bryniarski, leśniczy z Morskiego Oka.

Morskie Oko jest jedną z największych atrakcji turystycznych w Tatrach
Morskie Oko jest jedną z największych atrakcji turystycznych w Tatrach
fot. Albin Marciniak/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego wchodzenie na lód jest śmiertelnie niebezpieczne?
  • Kto najczęściej odwiedza Morskie Oko?
  • Jak należy się przygotować na wycieczkę?

W Internecie pojawiają się filmiki na których widać Morskie Oko w bajkowej, śnieżnej scenerii. Tafla lodu jest nierówno zamarznięta, są miejsca, które pokrywa woda. To jednak nie powstrzymuje turystów. Na filmie opublikowanym przez Tygodnik Podhalański widać, jak ludzie nie tylko radośnie ślizgają się przy brzegu, ale też przechodzą całe jezioro. To skraca drogę do Czarnego Stawu, ale przy tych temperaturach i grubości lodu, jest na to jest zdecydowanie za wcześnie.

Problem z ludźmi lekceważącymi zagrożenie na stawach w Tatrach powtarza się niestety co roku.- Jestem niemile zaskoczony. Od wielu lat prowadzimy akcje i upominamy, a dalej takie sytuacje są powszechne - mówi nam Grzegorz Bryniarski, leśniczy z Morskiego Oka. -  Musielibyśmy całe jezioro wkoło ogrodzić, a to jest 2650 metrów. Nie stosujemy żadnych fladr (sznur z przyczepionymi jaskrawymi, zwiewnymi kawałkami materiału - red.), jest to technicznie trudne. Ubolewam, że edukacja domowa i szkolna leży i w dalszym ciągu ludzie sobie nie zdają sprawy, że mogą z wycieczki do Morskiego Oka nie wrócić - podkreśla. 

Pracownicy TPN próbują upominać turystów

- Jeszcze w sobotę Morskie Oko nie było całe zmarznięte, a już ludzie wchodzili na lód - mówi nam leśniczy. - To skrajnie nieodpowiedzialnie dodaje.

Jak podkreśla, pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego próbują reagować i upominać ludzi, uświadamiać im zagrożenie. - Ja osobiście w sobotę jakiś czas tam stałem, ale to jest walka z wiatrakami. Przy wypływie mówimy, żeby nie wchodzić, to wchodzą 30 metrów dalej. Idziemy 30 metrów dalej, to wchodzą przy wypływie. I człowiek po pół godzinie ma już dość chodzenia i upominania - mówi Bryniarski.

Dodatkową trudnością jest fakt, że ponad polowa turystów to nie Polacy. - Większość jest zza wschodniej granicy, ale są i Hindusi, i Pakistańczycy, którzy w Polsce pracują. Mamy przekrój całego świata i ci ludzie też nie zdają sobie sprawy z tego, co im grozi - podsumowuje leśniczy.

Załamanie się lodu to pewna śmierć

Jak mówi Grzegorz Bryniarski, załamanie się lodu grozi utratą życia. - Nie ma na miejscu żadnego ratownika, żadnych drabin, żadnych technicznych możliwości pomocy. Najbliższa ekipa straży pożarnej z Bukowiny Tatrzańskiej dotarłaby najwcześniej po pół godzinie. Nikt nie ma szans przeżyć w tej wodzie, to pewna śmierć - podkreśla.

Cztery metry od brzegu woda ma głębokość 4 metrów, kilkanaście metrów dalej to nawet 12 metrów głębokości. Zagrożenie potęguje większe obciążenie, a na filmikach widać, że turyści wchodzą na tafle często w większych grupach. Co gorsza, nikt na to nie reaguje. - To nie są dawne czasy, gdy starsi młodszym zwracali uwagę. Dziś każdy się boi jakiejś reakcji negatywnej, jakiejś scysji - przyznaje nasz rozmówca. - To jest okres zimowy, turyści raczą się grzanym winkiem czy piwkiem, połowa tego tłumu to ludzie pod większym czy mniejszym wpływem. To nie jest turystyka, ale zwiedzanie, moda. Przyjechali, to Morskie Oko trzeba zobaczyć, bez względu na wszystko - dodaje.

Na Morskie Oko też trzeba być przygotowanym

Na początku listopada głośnym echem odbiło się zachowanie grupy turystów, którzy zadzwonili po TOPR, bo zaskoczył ich zmrok. Chociaż brzmi to jak żart, to takie absurdalne zdarzenia mają miejsce. Wycieczka nad Morskie Oko należy do obowiązkowego punktu wszystkich przyjeżdzających w Tatry i to tu są największe tłumy, często nieprzygotowanych osób. - To jest piękne miejsce. Jest łatwo dostępne jezioro i tysiącmetrowe ściany po drugiej stronie, piękne Mięguszowieckie Szczyty. To robi wrażenie - przyznaje Bryniarski. 

Jednak mimo faktu, że można się tu dostać w miarę sprawnie i bez górskich trudności, trzeba być do wycieczki przygotowanym. -  O 16.00 robi się ciemno, więc bardzo ważne, by z tych pensjonatów, hoteli, starać się wyjść jak najwcześniej. Nie czekać, że śniadanie mogę zjeść o 10, bo później odstoimy w korkach na parkingu, potem kolejka do biletów i ludzie o 14 idą do góry. A to jest zupełne nieporozumienie - wylicza Bryniarski.

Trzeba mieć ze sobą także co najmniej raczki. - Skróty są często bardzo mocno oblodzone, droga asfaltowa też. Dwa dni jest fajnie, a na trzeci nasypie śniegu, więc przydałyby się ochraniacze, by nam nie nasypało śniegu do butów, kijki do podpierania się. I zdrowy rozsądek, pół plecaka powinno być zdrowego rozsądku - podkreśla. 

Często ludzie też marzną, bo nie mają odpowiedniej odzieży. - Idą  tak, jakby szli do kina, nie zabiorą odpowiednich ubrań, herbatki w termosie, nie ma to nic wspólnego z turystyką - dodaje Bryniarski.

Turyści planujący dalsze wędrówki powinni też pamiętać, że właśnie zostały zamknięte jak co roku trzy szlaki: niebieski z Doliny Pięciu Stawów Polskich przez Świstówkę do Morskiego Oka, zielony z Doliny Tomanowej na Chudą Przełączkę i czerwony z Przełęczy w Grzybowcu na Wyżnią Przełęcz Kondracką. Będą nieczynne aż do 15 maja.

Źródło: TOK FM