,
Obserwuj
Małopolskie

Zatrucie nastolatków w Tatrach. Sanepid ma wyniki śledztwa

3 min. czytania
30.08.2024 15:09
W minioną niedzielę, 25 sierpnia, TOPR ewakuował śmigłowcem grupę nastolatków z Doliny Pięciu Stawów Polskich w Tatrach. Dzieci miały objawy żołądkowo-jelitowe, część trafiła do zakopiańskiego szpitala. Sprawę zbadał sanepid.
|
|
fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl

25 sierpnia Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zostało wezwane do nastolatków, którzy źle się poczuli i nie potrafili zejść z gór o własnych siłach. Jak mówił nam dyżurny ratownik TOPR-u Adrian Koźbiał, trzeba było do transportu użyć śmigłowca. - Na trzy razy byli zabierani, z tego co widzieliśmy to można było stwierdzić, że to jakieś wirusowe objawy - wyjaśniał.

Jak podał sanepid, TOPR ewakuował jedenaścioro dzieci z objawami żołądkowo-jelitowymi. Jedno dziecko opuściło Dolinę z wychowawcą. Trójka dzieci z grupy nie miała objawów. - Dwanaścioro dzieci zostało przyjętych na Szpitalny Oddział Ratunkowy Szpitala Powiatowego w Zakopanem. Pięcioro z nich zostało hospitalizowanych na oddziale pediatrycznym - wyliczała Dominika Łatak-Glonek, rzeczniczka prasowa Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Krakowie.

Grupę wycieczkową stanowiło piętnaścioro dzieci w wieku od 15 do 16 lat, trzech opiekunów i jeden przewodnik.

Sanepid wyjaśniał sprawę nastolatków

W sprawie zbiorowego zatrucia sanepid prowadził dochodzenie epidemiologiczne, monitorował wyniki badań dzieci i przeprowadził z nimi wywiady. U jednego z dzieci po przeprowadzeniu badań z kału, wykryto norowirusa. Próbki pobrane od kolejnych dwóch nastolatków również potwierdziły norowirusa. - To jest wirus, który powoduje grypę żołądkową, biegunki, wymioty, bóle głowy, czasem gorączkę - mówi nam Dominika Łatak-Glonek. - Ten norowirus jest bardzo zakaźny. Bardzo szybko się przenosi przez kontakt bezpośredni, drogą kropelkową, a nawet przez dotkniecie powierzchni, na której się znajdował. Jak ktoś się z kimś widzi i jest blisko, albo dotknie przedmiotu, na przykład barierki w autobusie i później dostanie się to do ust, to bardzo szybko można się zakazić - dodaje nasza rozmówczyni.

Wcześniej podejrzenie padło na wodę w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, na co zareagowało samo schronisko, które interesowało się wynikami badań. Jak czytamy na stronie internetowej schroniska, spływające z sanepidu wyniki badanych próbek potwierdzają wirusowe zakażenia jelitowe.

Wyklucza to zatrucia pokarmowe, o których informowały media. Dla naszego wspólnego bezpieczeństwa wprowadziliśmy dodatkową dezynfekcję. Dbajcie o siebie, korzystajcie z dostępnych również w naszym schronisku płynów odkażających. My mamy się dobrze i działamy normalnie

 

Lepiej nie pić wody z górskich potoków

Po informacjach o zakażeniach nastolatków, wśród górskiej społeczności pojawiły się podejrzenia, że być może dzieci zatruły się wodą z potoku. Sanepid takiej wody nie bada, sprawdza tylko wodę, która jest przeznaczona do spożycia. Odradza jednak picie z górskich źródeł i potoków. Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Zakopanem opublikowała w tym tygodniu komunikat do turystów.

Czytamy w nim, że chociaż woda z górskiego potoku wydaje się czysta i zdrowa, nie można po prostu pobierać ją i pić bez uzdatniania. Taka woda może bowiem zawierać mikroorganizmy, bakterie i wirusy, które mogą powodować choroby.

 

- Nigdy nie wiemy, co w wodzie z potoku może być. Strumienie mogą wypływać z głębi lasu. Nie wiemy czy nie ma gdzieś wyżej na przykład padłego zwierzęcia - podkreśla Dominika Łatak-Glonek. - Poza tym mamy często na rękach bakterie, wirusy. Jeśli czerpiemy wodę brudną ręką ze strumienia, to te wirusy przenoszą się do naszego organizmu i mogą powodować dolegliwości. Prosimy, by pić tylko wodę przebadaną, najlepiej butelkowaną i wtedy unikniemy kłopotów - dodaje.

Zakopiański sanepid wysłał też pismo do tatrzańskich przewodników, by odradzali turystom picie wody z potoków, stawów, a nawet wywierzysk.

- Wiemy, że przewodnicy górscy często mówili, że można się ochłodzić, napić wody ze strumienia. Poprosiliśmy, żeby tego nie robili - wyjaśnia nasza rozmówczyni.