"Patrycja to nie imię. Patrycja to świnia". Kto pomoże polskiej szkole? [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z reportażu pt. 'Nienawiść. Historie z dzieciństwa' autorstwa Małgorzaty Gołoty. Książka ukazała się 28 sierpnia 2024 roku nakładem wydawnictwa Filia.
(...)
Jak to się zaczęło?
Pochodzę z małej miejscowości, położonej jakieś sto kilometrów od Warszawy. Do zerówki i klas 1-3 chodziłam w naprawdę małej szkole. Była tak mała, że miałam - poza mną - tylko jedną osobę w klasie, w sumie dwoje uczniów. Cała szkoła liczyła może ze dwadzieścia osób? Była naprawdę kameralna. Każdy z nas uczył się w warunkach przypominających właściwie indywidualne nauczanie. Podobało mi się to, wiedza sama wchodziła. Problemy zaczęły się dopiero, kiedy musiałam pójść do czwartej klasy, do dużej szkoły w większej miejscowości.
Od początku było trudno, bo ja - jako jedyna w klasie - byłam z zupełnie innej szkoły, z zupełnie innej grupy. Z mojej małej podstawówki nie było tutaj nikogo. Moja nowa klasa podzieliła się już na początku na dwie duże grupy, ja znalazłam się gdzieś pomiędzy nimi.
Jak się z tym czułaś?
Osamotniona, bo też nie miałam umiejętności komunikacyjnych, żeby to osamotnienie przełamać. Nie wiedziałam, jak budować relacje. Moi rodzice też jakoś o to nie zadbali, więc nie miałam zielonego pojęcia, jak złapać kontakt z tymi nowymi ludźmi, jak zaistnieć w tym nowym środowisku. Po namyśle uznałam tylko, że postaram się zbliżyć do tej grupy, z której dzieci mieszkały bliżej mnie. Pomyślałam, że im mniejsza odległość, tym łatwiej będzie nam się spotykać poza szkołą. Jeździliśmy do szkoły i wracaliśmy do domu tym samym autobusem.
Chciałam się jakoś do tej grupy dostosować, ale szybko się okazało, że to nie jest możliwe ani z tą jedną grupą, ani z drugą. Za to obie grupy znalazły sobie bardzo wygodnego kozła ofiarnego w postaci mojej skromnej osoby. Byłam inna, obca. Ta przemoc trwała od czwartej klasy szkoły podstawowej przez całe gimnazjum aż do ostatniej klasy liceum. Żyłam w tym zamkniętym środowisku z osobami, które znęcały się nade mną psychicznie przez całą podstawówkę. Poszłam z nimi też do gimnazjum. Właściwie mieliśmy tam bardzo podobny skład. I potem wybrałam liceum mieszczące się w tym samym budynku co gimnazjum, praktycznie znów z tymi samymi oprawcami.
Dlaczego?
Chyba nie wierzyłam, że coś się może zmienić. Za chwilę o tym opowiem. Ale ważne jest też to, że nikt mnie z tego środowiska nie próbował wyciągać. Nikt nie podał mi ręki, nie pokazał, że przecież mogę inaczej. Miałam możliwość na przykład iść do innego gimnazjum, do innego liceum, ale sama w sobie nie znalazłam siły na to, żeby coś zmienić. Dopiero kiedy skończyłam szkołę, zdałam maturę, postanowiłam się odciąć. Wyrzuciłam z Facebooka wszystkie osoby, które przez ostatnich dziewięć lat gnębiły mnie w szkole. Wiesz, jakie były reakcje? Wiele z nich było bardzo zdziwionych, kompletnie nie rozumiały dlaczego, były pewne, że się przyjaźnimy. W rozmowie z jedną z tych osób wyjaśniłam, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego, że byłam ofiarą przemocy. W odpowiedzi usłyszałam, że przecież to ja sama zaczęłam tę przemoc, że wszystkich sprowokowałam.
W jaki sposób?
Ta osoba powiedziała mi, że wszystko, co mnie spotkało, to była zemsta. Podobno ja, jeszcze w czwartej klasie, na początku roku powiedziałam, że jeden kolega śmiesznie biega. Podobno powiedziałam, że biega jak bocian. I dlatego dla całej grupy to było absolutnie uzasadnione, żeby gnębić mnie przez kolejnych dziewięć lat.
Jak wyglądało to gnębienie?
Teraz, kiedy wspominam to po tych kilku latach, to właściwie mam wrażenie, że było to jedno wielkie wszechobecne wykluczenie. Poczucie takiego głębokiego odrzucenia związane z demonstrowaniem mi właściwie na każdym kroku, jak jestem nielubiana i nieakceptowana.
Pamiętam taką sytuację z gimnazjum, kiedy na zajęciach w sali komputerowej ktoś zmienił mi tapetę. Każdy z nas miał tam swoje stanowisko i dostęp do komputera był chroniony hasłem, ale te hasła były wyjątkowo banalne. Któryś z chłopaków - bo to byli przede wszystkim chłopcy - odgadł to hasło, zalogował się na moim komputerze i ustawił mi jako tapetę mema z takim dzikiem i podpisem, który brzmiał mniej więcej tak: Patrycja to nie imię, Patrycja to świnia. Kompletnie się tego nie spodziewałam. Odpaliłam komputer, chciałam normalnie zacząć lekcję. I zobaczyłam coś takiego. To był chyba jedyny raz, kiedy pokazałam jakiekolwiek emocje i się rozpłakałam. Nigdy wcześniej ani później nie płakałam z tego powodu ani w szkole, ani w domu. Uważałam, że to niepotrzebna słabość. Poza tym płacz ich prowokował. Kiedy widzieli, że płaczę, śmiali się, że jestem taka słaba. No ale zdarzyło się to tylko raz, na tej informatyce.
Co na to nauczycielka?
To była taka totalnie nieogarnięta kobieta. Uczyła informatyki, techniki, muzyki, plastyki, ale zupełnie sobie nie radziła z kwestiami wychowawczymi, nie wiedziała, jak zapanować nad klasą gimnazjalistów, i nie wiedziała też, jak zmienić mi tę tapetę na komputerze. Jak się w ogóle mną zaopiekować. Co się dzieje. Pół klasy w śmiech, drugie pół kompletnie zdezorientowane, a ja siedzę i płaczę nad tym komputerem. I też nie wiem, co zrobić. To było tak przykre, że zupełnie przestałam myśleć. W końcu zlitował się jeden z kolegów i zdjął tę tapetę, wymienił ją na inną. Osoby, które za ten 'dowcip' odpowiadały, nie poniosły żadnych konsekwencji. Pani pogroziła im palcem, mówiąc, że nie można tak robić, i na tym skończył się temat. Nie przejęli się tym oczywiście jakoś specjalnie.
Jeśli nie byłam gnębiona, to często traktowano mnie jak niewidzialną. Nawet jeśli stałam w grupie, to najczęściej osoby dochodzące nie witały się ze mną. Nie byłam warta dostrzeżenia czy głupiego 'cześć' na powitanie. Byłam też odzierana z kobiecości i poczucia, że mogę się komuś podobać, być atrakcyjna. Jednym z gorszych dni w roku był Dzień Kobiet, kiedy dziewczyny z klasy otrzymywały kwiaty, najczęściej po tulipanie. Jako że była to inicjatywa chłopaków, nienawidziłam tego dnia. Kwiatek dla mnie był zawsze albo najmniej rozwinięty, połamany, miał oberwany kwiatostan, po prostu był najgorszy ze wszystkich. Rzucany na moją ławkę od niechcenia. Wręczenie mi go było karą dla któregoś z chłopaków lub challengem, który z nich upokorzy mnie najbardziej tego roku przed całą klasą. Zdarzało się też, że jako jedyna nie dostawałam nic. Ciągnęło się to latami. Rok w rok czułam się poniżona, gorsza, powstrzymywałam się od płaczu, kiedy innym było do śmiechu. Nauczyciele czy nauczycielki nic nie widzieli, przecież dostałam kwiatka, więc co za problem. W Walentynki popularne było obdarowywanie się kartkami. Tego dnia byłam niewidzialna. Może to i lepiej. Przynajmniej nikt nie wpadł na to, żeby dać mi kartkę z wyzwiskami.
Pamiętam też, że wciąż się ze mnie śmiano, z najróżniejszych powodów. Weźmy choćby plecak. W pewnym momencie dobrze widziane było, żeby mieć co roku nowy plecak, żeby ten plecak był zawsze modny. A ja zwykle miałam plecak na trzy lata, dopóki się po prostu nie zniszczył. Nie byliśmy biedni, taka zwykła klasa średnia. Po prostu moi rodzice uznawali, że plecak to plecak. Nosisz w nim książki, dopóki nie wyrośniesz albo nie zrobi się dziura czy zamek się nie zepsuje. Ja też nie miałam takiego poczucia, że ten plecak co roku muszę mieć nowy. Po prostu nie zwracałam na to uwagi, a moi rówieśnicy owszem. Więc śmiali się, że tego plecaka nowego nie mam, że mam niemodne buty bez żadnego logo ani żadnej znanej marki. Do dziś jestem też wściekła na to, że wmówiono mi, jak bardzo gruba jestem. Chłopaki nazywali mnie grubą świnią, tak wprost. A ja zawsze nosiłam rozmiar trzydzieści osiem, normalny, przeciętny, przez całe gimnazjum i liceum. Wytykano mi za grube uda, mówiono, że brzuch mi się ze spodni wylewa.
No i permanentnie nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Bardzo często zdarzały się takie sytuacje, że wszyscy milkli albo się rozchodzili, kiedy podchodziłam do stojącej na korytarzu grupy. Albo czasem zaczynali mnie ostentacyjnie obgadywać. Zdarzało się też, że zastawiali mi drzwi, kiedy byłam w łazience. Trzymali je tak, żebym nie mogła wyjść. Byłam silna, zwykle udawało mi się jakoś przepchnąć, ale uważałam to za idiotyczne. Kto, mając już jednak kilkanaście lat, uważa to za zabawne? Nie pokazywałam wtedy po sobie żadnych emocji, udawałam, że to po mnie spływa. Czekałam, aż skończą się lekcje, i wracałam do domu. Czasem zdarzało się, że jakiś nauczyciel coś zauważył, groził wtedy chłopakom palcem, mówił, że tak nie wolno. Jak miałam szczęście, to brali sobie jego słowa do serca i przez kilka dni miałam spokój. Jak miałam pecha, nie działo się nic.
Raz tylko ta przemoc przybrała formę agresji fizycznej. Czekałam pod szkołą na powrotny autobus do domu. Stał ze mną jeden z tych chłopaków, którzy najwięcej energii wkładali w gnębienie mnie, miał na imię Przemek. To był ten, o którym podobno powiedziałam, że śmiesznie biega. Zaczął mnie zaczepiać, wyśmiewać. W pewnym momencie nie wytrzymałam i walnęłam go pięścią, chyba w okolice brzucha. Oddał mi natychmiast, ale na szczęście zaraz potem sobie poszedł. To była jedyna taka sytuacja, poza tym na szczęście mnie nie bili, nie dotykali mnie nawet. Innej niż psychiczna przemocy nie było. Chociaż tu z czasem ci ludzie posuwali się coraz dalej. Ostatecznie zaczęli podważać w ogóle sens mojego istnienia, życia. Mówili, że nie nadaję się do chodzenia z nimi do klasy, że jestem śmieciem i nieudacznikiem. A ja czułam, że to moja wina. Mogłam przecież jakoś inaczej zacząć, usiąść z kimś innym, w innym miejscu, coś innego powiedzieć czy zrobić.
Jak na te wydarzenia patrzysz dzisiaj?
Przerażająca jest niewydolność systemu, bezczynność nauczycieli, pedagogów. Przecież ja byłam wyśmiewana nieustannie, cokolwiek zrobiłam, powiedziałam, jakkolwiek bym się ubrała, to wszystko było wyśmiane przez całą klasę, a potem rozlewało na całą szkołę. Starsze roczniki też w tym uczestniczyły. Dziś wiem, że to nie ja byłam winna, tylko system mamy niesamowicie niewydolny. Nauczyciele nie mogli nie zauważyć, co się dzieje (...).
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>