Przemysł złapał zadyszkę, konsumenci zaciskają pasa. Długo jeszcze?
Konsumpcja to coś, co latami mocno napędzało całą naszą gospodarkę. Kupowaliśmy na potęgę, bo mogliśmy - pensje rosły, inflacja była w miarę niska. Dodatkowo zamknięci w pandemicznych lockdownach zgromadziliśmy spore oszczędności, które później postanowiliśmy wydać. Ale to eldorado już się dawno skończyło, co potwierdzają teraz twarde dane.
Sprzedaż detaliczna - a więc to, co zostawiamy w sklepach - w kwietniu spadła o prawie 7,5 procent. O tyle mniej kupiliśmy z powodu wysokiej inflacji i spadających realnie dochodów. Oszczędzamy, gdzie się da i jak się da.
Już niemal nikt nie myśli o wymianie mebli albo domowego sprzętu: ich sprzedaż spadła o niemal 15 procent w skali roku. Podobnie w przypadku paliw. Co ciekawe, w oczy rzuca się też 8-procentowy spadek sprzedaży żywności. Staramy się na niej oszczędzać, ale to akurat jest głównie efekt tzw. wysokiej bazy. Rok temu obroty sklepów podbiły zakupy na rzecz uchodźców z Ukrainy. I choć teraz są oni dodatkowymi konsumentami robiącymi u nas zakupy, to nie ratuje to naszych statystyk.
Dodajmy jeszcze, że obserwowany spadek sprzedaży o prawie 7,5 procent to odczyt w tzw. cenach stałych - czyli pokazujący o ile mniej kupiliśmy. A w tzw. cenach bieżących sprzedaż wzrosła - wniosek z tego jest jeden: kupiliśmy o 7,5 procent towarów mniej, a zapłaciliśmy za to o 3,5 procent więcej.
Skąd ta pogłębiająca się konsumencka recesja?
Odpowiedź na powyższe pytanie przynoszą dane o wynagrodzeniach. Wprawdzie pokazują tylko wycinek gospodarki w postaci średnich i większych firm, ale trend jest zauważalny. W kwietniu kolejny raz wynagrodzenia rosły w dwucyfrowym, ponad 12-procentowym tempie. Przeciętna pensja sięga obecnie 7400 złotych brutto. Moglibyśmy uznać to za dobrą informację, gdyby nie blisko 15-procentowa inflacja. Bo to oznacza, że kolejny - już dziewiąty - miesiąc z rzędu inflacja nie tylko zjada w całości podwyżki, ale realnie pensje spadają. Koszty życia natomiast rosną, więc nie mamy wyjścia i musimy zaciskać pasa. I to potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy.
W drugiej połowie roku dynamika płac może się już zrównać z dynamiką inflacji. Będzie to głównie efekt statystyczny wynikający z tego, że ceny będą rosnąć trochę wolniej. Bo duże firmy na dalsze podwyżki już coraz rzadziej mogą sobie pozwolić. Małe skłonne są raczej do cięć niż podwyżek.
Przemysł przestał być kuloodporny
Przyjrzyjmy się teraz drugiemu ważnemu silnikowi gospodarki. To przemysł, który - jak piszą analitycy banku Pekao SA - przestał być kuloodporny. Produkcja przemysłowa przez wiele miesięcy trzymała się mocno, ale to się skończyło i notuje trzeci z rzędu spadek rocznej dynamiki (spadła o prawie 6,5 procent).
To spore negatywne zaskoczenie. Słabe wyniki notują producenci tzw. dóbr trwałych, np. samochodów, pralek, telewizorów czy mebli. Wynika to z mocnych ograniczeń wydatków na te towary, jakie w swoich budżetach wprowadziły gospodarstwa domowe.
A zatem entuzjazm ekonomistów z ubiegłego tygodnia - kiedy poznaliśmy lepsze od oczekiwanych dane za pierwszy kwartał - był przedwczesny. Wprawdzie w pierwszych miesiącach roku gospodarka się skurczyła, ale tylko o 0,2 procent. Dołek koniunktury mamy więc zapewne za sobą, ale wychodzenie z niego będzie trudniejsze niż mówiły optymistyczne prognozy.
Gospodarka łapie coraz większą zadyszkę
Początek drugiego kwartału wygląda w gospodarce niemrawo
A analitycy Pekao SA piszą wprost, że ostatnie optymistyczne podnoszenie prognoz na ten rok było zdecydowanie przedwczesne.
Ciekawe? W 'Codziennym Podcaście Gospodarczym' słuchaj także - Złoty tańczy jak mu dolar z euro zagrają: