Ostatnia porodówka w Bieszczadach wznowi działalność. "Ale to nie jest koniec kłopotów"
Szpital w Lesku ma gigantyczne problemy finansowe, a porodówka generuje największe straty - ponad 5,8 mln zł rocznie, przy jedynie 197 porodach w 2024 roku (to mniej niż połowa wymaganego minimum 400 porodów). W połowie czerwca cesarskich cięć było zaledwie 56. W skali całego zakładu zadłużenie przekroczyło 110-111 mln zł, a konto szpitala świeci pustkami - było tam zaledwie 50 tys. zł, co uniemożliwia obecnie nawet wypłaty pensji. Szpital zaciągał więc kredyty w parabankach, bo żaden z banków nie chciał udzielić nowego.
Ale powodów wciąż zwiększającego się zadłużenia jest więcej. - Rosnące płace personelu medycznego, niskie kontrakty wynikające z niskiej wyceny podstawowych procedur - wymieniają pracownicy szpitala. - Nie wykonujemy wysokopłatnych procedur specjalistycznych, ale dajemy pacjentom to co może zaoferować szpital powiatowy, znajdujący się blisko nich - dodają.
- Oddział ginekologiczno-położniczy ciągnie nas finansowo w dół. Szpital dopłaca do jego funkcjonowania ponad pół miliona złotych miesięcznie - mówi dyrektorka szpitala Małgorzata Bryndza. - To jak wybór pomiędzy określoną grupą pacjentów, a ponad 10 tysiącami osób, które korzystają rocznie z całej placówki.
Gdzie rodzić będą ciężarne z Bieszczad?
Kompletna likwidacja oznaczałaby, że mieszkanki powiatów leskiego, sanockiego i bieszczadzkiego będą teraz kierowane do Brzozowa, Krosna, Przemyśla. Dla osób żyjących w rozproszonych w Bieszczadach małych miejscowościach jak Lutowiska, czy Wołosate podróż na najbliższą porodówkę to około 2 godziny jazdy samochodem. Dla osób spodziewających się dzieci to ogromna bariera.
- Mieszkamy w Baligrodzie. Myślałam, że urodzę tutaj, w Lesku. Byłam mentalnie nastawiona, przygotowana. A teraz? Nie wiem, co nas czeka - mówi Justyna, jedna z mieszkanek, którą reporter TOK FM spotkał w Parku Zamkowym w Lesku. Jej mąż Michał stara się dodać otuchy, ale wie, że podróż do porodu przez góry, zwłaszcza w sezonie turystycznym i przy możliwych korkach, może być wyzwaniem
Pikieta w Warszawie i rozmowy z ministrą
Zawieszenie porodówki wywołało poruszenie wśród mieszkańców i lokalnych władz. Pod koniec czerwca Rada Powiatu przegłosowała zmianę statutu szpitala, dającą możliwość zawieszenia lub likwidacji oddziału. Jednocześnie jednak złożono wniosek do NFZ o utrzymanie kontraktu przynajmniej na ginekologię.
W sprawie szpitala i jego działalności pracownicy, starostwo i przedstawiciele związków udali się na rozmowy do Warszawy. Przedstawili ministrze zdrowia sytuację placówki i apelowali o wsparcie. Pod Ministerstwem Zdrowia zorganizowano pikietę, w której udział wzięli także przedstawiciele środowisk medycznych.
- Taki szpital jak nasz nie może konkurować z dużymi klinikami, ale daje to, co najważniejsze -bezpieczeństwo w pobliżu domu - mówiła jedna z pielęgniarek.
- Z Leska do Warszawy pojechało około 60 osób. Na miejscu wsparli nas parlamentarzyści, m.in. posłanki Joanna Wicha z Nowej Lewicy i Marcelina Zawisza z Razem oraz Joanna Frydrych i Marek Rząsa z Platformy - mówi Magdalena Dąbrowska, szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w leskim szpitalu.
Wicestarosta leski Wiesław Kuzio apelował o zmianę systemowego podejścia do takich placówek. Jego zdaniem oddziały położnicze w terenach trudno dostępnych powinny być finansowane na zasadzie podobnej do pogotowia ratunkowego - nie na podstawie liczby wykonanych świadczeń, ale z uwagi na strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa mieszkańców.
Leszczyna: Porodówka nie zostanie zamknięta
Po kilku godzinach protestujący usłyszeli słowa, na które czekali. - Ustaliliśmy dzisiaj, że porodówka w Lesku w lipcu i sierpniu jest w remoncie. Od września będzie funkcjonować - przekazała ministra zdrowia Izabela Leszczyna.
Oddział będzie działać na zasadzie pilotażu. Ministra odniosła się również do ogólnej sytuacji szpitala. Przyznała, że jest bardzo trudna i zapowiedziała zmiany. - Rada Ministrów przyjęła ustawę, która pozwala na konsolidację trzech szpitali. Pomysłem pod egidą pani wojewody, ale też trzech starostów: ustrzyckiego, sanockiego i leskiego, jest stworzenie Szpitala Bieszczadzkiego w trzech lokalizacjach, ale musi nastąpić pewna wymiana oddziałów, profili. Tak żeby to wszystko się trochę kręciło na jakichś zasadach ekonomicznych - mówiła mieszkańcom.
Informacje o tym, jak będzie finansowana porodówka w Lesku, mają się ukazać w komunikacie ministerstwa. Uczestnicy spotkania nie chcieli ujawnić szczegółów.
„Dług nie wyparuje"
Poseł Bartosz Romowicz z PL2050 uważa jednak, że powstanie tzw. Szpitala Bieszczadzkiego nie rozwiąże wszystkich problemów. - Wierzę, że ten pilotaż się utrzyma i pani ministra dotrzyma słowa. Ale to nie jest koniec kłopotów - mówi TOK FM. Zauważa, że nawet w przypadku utrzymania porodówki w Lesku z pilotażu, pozostałe oddziały nadal będą przynosić straty.
- To wymaga systemowego rozwiązania problemów finansowych trzech szpitali, w dodatku jak rozmawiam ze starostami, to według nich sytuacja wcale nie wygląda tak kolorowo - dodaje.
Z informacji TOK FM wynika, że nie ma porozumienia pomiędzy starostą sanockim, leskim i bieszczadzkim w zakresie stworzenia wspólnego szpitala z rozsianymi po trzech miasteczkach oddziałami.
- Nawet jeśli ten szpital powstanie, to wniesie ze sobą długi wszystkich trzech podmiotów - tłumaczy Romowicz. - Musi być ustawa, która przeniesie zadłużenie na podmiot zewnętrzny, np. na BGK, a nowy szpital musi być tak skalkulowany, by na siebie zarabiał i w dodatku spłacał to zadłużenie rozłożone na wiele lat - wyjaśnia.
Na razie porodówka w Lesku pozostaje zamknięta. Trwa remont, który ma zakończyć się 1 września.