Chętniej robimy zakupy. Inflacja nam niestraszna? Konsekwencje mogą być bolesne
Wchodzimy właśnie w szczyt świątecznych zakupów i świątecznej gorączki. To pierwszy bożonarodzeniowy czas z nieco oswojoną inflacją, ale bez zaskórniaków z czasów pandemicznego zamknięcia. Dla ekonomistów to, co wydarzy się w najbliższym czasie w handlu, będzie ważną wskazówką na przyszłość: w jakich jesteśmy nastrojach i jak bardzo jesteśmy skłonni pozbywać się gotówki. I na co nas w tym roku stać.
Na początek jednak o tym, jak kupowaliśmy w październiku. Otóż kupowaliśmy... lepiej niż wcześniej. Na pewno kupiliśmy więcej, ale nie w każdej kategorii, rzecz jasna. Sprzedaż detaliczna była wyższa o blisko 3 procent niż rok wcześniej i tak dobrych informacji nie było od stycznia. Przyczyn było kilka i nie dotyczyły one zasobności portfeli, ale okoliczności i nastrojów, w tym okoliczności poza gospodarczych. Po pierwsze w październiku wciąż mieliśmy pogodowe późne lato, w sklepach królowała lekka odzież. Ciężkie i droższe kolekcje wjechały na sklepowe półki później niż zwykle. Sieci odzieżowe nie mają więc z czego się cieszyć — na półkach leżą sterty swetrów, płaszcze wiszą upychane na wieszakach, a sklepy zmuszone są kusić klientów, wyższymi i wcześniejszymi niż zwykle promocjami, a to źle wróży handlowym akcjom w świątecznym szczycie, ale o tym opowiemy za chwilę. Na razie wróćmy do naszego zakupowego zapału z października.
Bo po drugie nakupiliśmy mnóstwo benzyny. Sprzedaż paliw wzrosła o 16 procent. Dlaczego? Tu sprawa jest prosta. Październik był miesiącem cudów przy pompie. Benzyna i diesel były rekordowo tanie, kto mógł, lał do baniaków i to nie dziesięć czy piętnaście, ale setki litrów. Na przykład rolnicy, którzy paliwo tankują na stacjach, by później używać go do maszyn w gospodarstwie. Chętnych było tak wielu, że całą Polskę opanowała epidemia awarii dystrybutorów. Miała maskować braki paliwa. Dopiero w drugiej połowie miesiąca, po wyborach parlamentarnych, ceny zaczęły wracać na swoje miejsce. Benzyna podrożała, a gorączka opadła. Ale i tak tankowanie na zapas napompowało statystyczne dane. Ta pogoń za benzyną sprawiła, że sprzedać detaliczna ogólnie wypadła w październiku lepiej niż gdyby jej nie było.
Jest też inna, tym razem strategiczna zmiana — zaczęliśmy kupować samochody. Sprzedaż wzrosła w tej kategorii o jedną szóstą. Kupujemy nie dlatego, że jest tanio, bo auta są historycznie drogie, ale zaczęły być dostępne. Tak dostępne, że salony samochodowe zaczęły oferować klientom rabaty na koniec roku, jak za starych dobrych czasów, gdy zakup auta ze 'starego' rocznika, oznaczał wielotysięczne oszczędności.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć >>
W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu. I to niemała. Zdecydowanie gorzej było z większymi zakupami, na które Polaków stać mniej niż kiedyś. Wciąż nie kupujemy mebli i wyposażenia wnętrz ani artykułów gospodarstwa domowego. Inna rzecz, że nie ma za bardzo czego wyposażać, bo na rynku mieszkaniowym trwa epoka lodowcowa. Kredytowe szaleństwo, które opanowało rynek, zmaterializuje się w postaci nowych mieszkań do wyposażenia, dopiero za jakiś czas. I dopiero wtedy będą potrzebne nowe pralki, żyrandole i kanapy.
Teraz o nastrojach, bo — podobno — konsumentom poprawił się humor. Częściowo, być może, dlatego, że rosną wynagrodzenia. W ubiegłym miesiącu najmocniej od czterech lat. Rosną w firmach zatrudniających dziesięć i więcej osób. Ale i tutaj musimy zastrzec, że te optymistyczne dane statystyczne są optymistyczne tylko częściowo, bo za tym wzrostem wynagrodzeń stoi... górnictwo. Wynagrodzenia były tu wyższe o jedną trzecią niż rok wcześniej, a średnie wynagrodzenie sięga już 14 tysięcy złotych. Czyli jest prawie dwukrotnie wyższe niż średnia dla całego sektora przedsiębiorstw. Rok temu w pensje w górnictwie były o około 4 tysiące niższe.
Jest też inny powód poprawy nastrojów. To inflacja, a konkretnie jej hamowanie. Na sklepowych półkach widać je jako stabilizację cen. Skończyły się historie, gdy masło kupione jednego dnia jest o jedną trzecią droższe niż dnia poprzedniego. Dzisiaj ceny żywności rosną wolniej, a wolniejszy wzrost słabiej widać. Znika więc przerażenie, a jego miejsce zajmuje przyzwyczajenie. Konkretnie przyzwyczajenie do tego, że jest drogo i że ceny muszą rosnąć. Dla ekonomistów taka postawa konsumentów to gwóźdź do inflacyjnej trumny, bo oznacza brak sprzeciwu wobec drożyzny. Zwykle taki sprzeciw przekładał się na rezygnację z zakupów, na producentach wymuszał obniżki cen i na końcu sprzyjał spadkowi inflacji. Gdy z ponurą miną i rezygnacją, wciąż kupujemy — wytwórcy nie mają żadnej motywacji do cięcia kosztów i inflacja się utrwala. A utrwalona inflacja w najgorszym scenariuszu, to perspektywa wzrostu stóp procentowych, w najlepszym — utrzymanie ich na wysokim poziomie.
I wracamy do świątecznych strategii zakupowych oraz do konsumentów nastawionych na polowanie — polowanie na okazje. Rzecz w tym, że sezon rozpoczął się dla nich znacznie wcześniej niż zwykle, zwłaszcza w sklepach z odzieżą. Lato było wyjątkowo piękne tej jesieni, a nikt nie myśli o nowym jesiennym płaszczu, spacerując w klapkach. Handel ryzykował to, że pozostanie z niesprzedanymi kolekcjami, zaczął więc akcje promocyjne już na początku października. I rozbudził oczekiwanie na jeszcze większe promocje. Nie wystarczy 30 procent taniej by dać się przekonać do zakupów, powinno być taniej co najmniej o połowę.
I na koniec ważna uwaga. Wszystkie decyzje, jakie podejmujemy, sięgając do portfela, wpływają na przyspieszenie lub hamowanie całej gospodarki i możliwe hodowanie inflacji. A potem wysokie stopy procentowe, drogi kredyt, wysokie raty i koniec z większymi zakupami na raty, bo za drogo.
Czego, rzecz jasna, w tym przedświątecznym czasie nikomu nie życzymy.