Tak tanio nie było od lat. Tylko czy tak już zostanie?
Ten odcinek będzie o dołku. Konkretnie o dołku inflacyjnym, który w marcu zaliczyła polska gospodarka. Ten rodzaj dołka jest dobry, bo ceny rosną najwolniej od lat. Odwrotnie niż wynagrodzenia, które z kolei rosną wyjątkowo szybko. Inflacja w marcu, choć na chwilę osiągnęła zdrowy dla gospodarki poziom. Czy miała z tym coś wspólnego wojna dyskontów? I czy jak coś spada, to potem musi rosnąć?
Tak dobrze nie było od lat. Czujemy ulgę w portfelach
Zaczynamy od liczb. Według wstępnych danych inflacja w marcu wyniosła 1.9 procent. To najmniej od pięciu lat i ponad osiem razy mniej niż rok temu, gdy wynosiła 16 procent. Z tej rekordowej wielkości w marcu 2023 roku wynika rekordowy dołek dzisiaj. Przez ostatnie 12 miesięcy ceny rosły dużo wolniej niż przez poprzednie dwanaście miesięcy. W ten sposób inflacja została sprowadzona do tak zwanego celu inflacyjnego, czyli tempa wzrostu cen uznawanego w gospodarce za zdrowy.
Co stało za marcowym hamowaniem? Po pierwsze potaniała energia, ceny były niższe niż rok temu o mniej więcej 2,5 procent. I po drugie tańsze były paliwa, i to aż o 4,5 procent. Nieznacznie podrożała żywność. I to właśnie tej kategorii zawdzięczamy hamowanie inflacji, bo stanowi największą - wraz z kosztami mieszkania - część inflacyjnych statystyk, to większość miesięcznych wydatków gospodarstw domowych. Nie licząc rat kredytów, w tym najwyższych, czyli hipotecznych. I teraz o cenach żywności właśnie. W tym wiedza anegdotyczna, czyli niestatystyczna. I oficjalne dane o tym, co dzieje się na świecie z cenami podstawowych towarów rolnych.
Na początek wiedza empiryczna i nieoczekiwane doświadczenia konsumenckie. Po pierwsze w jednym z dwóch największych dyskontów potaniało pieczywo. Cena jednego rodzajów bułek spadła niebagatelnie, bo o blisko 20 procent. Zaskoczeni? Na świecie zboża są o jedną czwartą tańsze niż rok temu. Świat ma bowiem za sobą rekordowy rok, gdy chodzi o zbiory, a przed sobą kolejny urodzaj. W tym w Rosji, która jest jednym z największych producentów zbóż, która wykorzystuje sytuację, eksportując gigantyczne ilości, celowo zaniżając cenę.
Na rynkach hurtowych potaniała też energia i paliwa. Wysokie pozostały koszty pracy, w kraju tym wyższe, że od stycznia w górę poszła płaca minimalna, a od lipca zostanie podniesiona znowu. Dzisiaj najniższe wynagrodzenie stanowi już więcej niż połowę średniego wynagrodzeni w gospodarce wyliczanego przez Główny Urząd Statystyczny dla firm z co najmniej dziesięcioma pracownikami.
Na sklepowych półkach spadają też ceny tłuszczy w tym masła i oleju na przykład rzepakowego. Za tym ostatnim spadkiem stoi ukraińska marynarka wojenna. Bo udało jej się przebić rosyjską blokadę na Morzu Czarnym. Dzięki temu z ukraińskich portów mogą swobodnie wypływać statki załadowane ziarnem. W tym z ziarnem słonecznikowym, bo Ukraina jest jego największym producentem na świecie. Zaś olej słonecznikowy jest ważnym produktem w kuchniach wielu krajów na Bliskim Wschodzie i części Azji. Jest tańszy od rzepakowego i łatwo dostępny dzięki ukraińskiemu eksportowi. Gdy go zabrakło, ceny innych olejów biły wszelkie rekordy, bo gigantycznych ilości ziaren słonecznika nie można skutecznie wywozić żadną inną drogą oprócz morskiej. Odblokowanie ukraińskiego eksportu przyniosło niższe ceny. W tym oleju rzepakowego, w którym specjalizuje się Polska. I przy okazji masła. A skoro o maśle mowa czas na opowieść o... wojnie. Ale nie o takiej jak zapewne myślicie.
Będzie o wojnie dyskontowej, w której żadna ze stron jeńców nie bierze. Do walki stanęły dwie największe sieci dyskontowe, orężem są ceny, a konkretnie rabaty i promocje. Ale też ceny, nazwijmy je, 'rejsowymi'. Bo na przykład w jednej z sieci kostka masła kosztuje niecałe 4 zł, niezależnie od tego, ile kostek kupujemy. W tej samej sieci potaniał na przykład przecier pomidorowy i wspomniane już bułki. W przedświątecznych promocjach niektóre artykuły spożywcze miały ceny niższe więcej niż o połowę. Ekonomiści uważają, że starcie handlowych gigantów miało i będzie mieć wpływ na wielkość inflacji. Bo po Wielkiejnocy wraca VAT na żywność, zwijana się też tzw. tarcza antyinflacyjna, wprowadzona po wybuchu wojny w Ukrainie w czasie rekordowej, jak dotąd, w tym stuleciu inflacji.
Łyżka dziegciu w beczce miodu
Tarcza została wprowadzona dwa lata temu, gdy ceny znacząco przyspieszyły z powodu rekordowo drogiej energii. Energia podrożała, bo Rosja wypowiedziała Europie wojnę surowcową. Odcięła ją od dostaw taniego gazu, z którego w największej europejskiej gospodarce produkowano prąd. Tarczę wielokrotnie przedłużano, ostatni raz ustępująca władza zdecydowała o tym jesienią. Od teraz tarcza się zwija, wraca pięcioprocentowy VAT na zakupy spożywcze. Teoretycznie więc ceny powinny wzrosnąć, ale tylko teoretycznie. Bo z odsieczą klientom nadciągnęły dyskonty. Obie największe sieci obiecały wziąć VAT na siebie i utrzymać ceny bez zmian, co najmniej przez miesiąc. Do dwóch największych dyskontów z podobnymi deklaracjami dołączyły inne. Bo w kryzysie kosztów życia wygrywa się cenami. Konkretnie najniższymi cenami. Jakość schodzi na drugi plan.
Było (stosunkowo) optymistycznie. Teraz nieco mniej radosne wiadomości. Bo od połowy roku zniknie ochrona dotycząca cen energii: za prąd będziemy płacić tyle, ile wynoszą ceny w taryfach. Przez ostatnie dwa lata do prądu dopłacało państwo ze specjalnego funduszu. Na fundusz składały się firmy, które w kryzysie osiągały fantastyczne zyski, nieco niezasłużenie. Na przykład produkujące prąd z wiatru. Wytwarzanie bowiem nie kosztowało więcej, za to cena prądu wzrosła astronomicznie. Od lipca dopłaty znikną. Ministerstwo Klimatu szacuje, że rachunki wzrosną o 20-30 złotych miesięcznie. Podobnie czynsze w miastach, bo rachunki wzrosną też dla wspólnot i spółdzielni. Jedno z drugim oznacza ponowny wzrost inflacji. Ekonomiści uważają, że o około punktu procentowego. I tak już prawdopodobnie zostanie do końca roku.
I na koniec o różnicy. Pomiędzy tym jak szybko rosną ceny a podwyżkami pensji. Bo tutaj mamy rekord: realna skala wzrostu płac sięga 10 procent. To najwięcej od ponad 20 lat! Co znaczy ten rekord? Znaczy - przynajmniej teoretycznie, że konsumenci odzyskują finansową sterowność. Pytanie brzmi, jak tę sterowność wykorzystają. Dzisiaj wiadomo na pewno, że nie będą oszczędzać na wakacjach. Wygląda też na to, że zaczną oszczędzać na 'czarną godzinę', która w ostatnich latach przyszła już przecież nie jeden raz. To nie byłaby najlepsza wiadomość dla gospodarki, bo jej głównemu motorowi, a więc konsumpcji, wciąż brakowałoby paliwa.