Inflacja chciwości ma się dobrze. Rozgościła się w czekoladzie i biletach na koncerty
To będzie opowieść o chciwości, a konkretnie o jednej z jej odmian, czyli chciwości w czasach inflacji. To szczególny rodzaj, w którym duży może więcej. Przynajmniej, gdy chodzi o ceny i zysk. Więc jeśli odnosicie wrażenie, że coś podrożało mocniej, niż wskazywałby na to zdrowy rozsądek, to możecie mieć rację. I są na to dowody.
Na początek o greedflacji. To zjawisko polegające na windowaniu cen dla większych zysków. Ochrzczone tak z angielskiego słowa od "greed" czyli chciwość. Jej mechanizm jest prosty, producenci podnoszą ceny, bo... mogą. W czasach upartej inflacji konsumenci spodziewają się, że ceny będą rosły, więc ze spokojem znoszą fakt, że rzeczywiście rosną. Greedflacja stała się więc zjawiskiem globalnym. Po raz pierwszy opisana zaledwie półtora roku temu szybko trafiła na czołówki mediów w Europie. I to z hukiem, bo za sprawą szefowej Europejskiego Banku Centralnego.
Christine Lagarde oceniła w publicznej wypowiedzi, że są firmy, które zwiększają swoje zysk, korzystając z "niedopasowania podaży i popytu", bo konsumenci mimo zawyżonych cen nadal robią zakupy. Płaczą i płacą, zwłaszcza gdy chodzi o produkty, z których nie mogą zrezygnować, czyli np. żywność, środki czystości.
Na tym zjawisku mają korzystać głównie producenci żywności. I ma to być jedna z przyczyn, dla których ceny na półkach nie spadają, pomimo tego, że tanieją najbardziej podstawowe produkty, może oprócz kawy i kakao. Coraz tańsza jest energia zużywana do produkcji i przestały gwałtownie rosnąć koszty pracy. Puchną za to zyski firm, bo przy stałych kosztach producenci wykorzystują sytuację i podnoszą ceny. Tak zrobiły największe na świecie koncerny spożywcze od Nestle, Coca-Coli i Heinza zaczynając, na Unileverze oraz Colgate kończąc. Są też bardziej przebiegłe metody zawyżania cen. Używał ich na przykład Mondelez, czyli producent czekolad Milka, ciastek Oreo czy batonów Toblerone.
Inflacja chciwości. Czy można podnosić ceny w nieskończoność?
I teraz będzie o tym, jak wielki koncern spożywczy wykorzystywał swoją potęgę i czym się to - na razie - dla niego skończyło.
Producent słodyczy i ciastek na celowniku wielkich europejskich sieci handlowych znalazł się już jakiś czas temu. Handlowcom nie podobało się ciągłe podnoszenie cen, które kończyło się dla handlowców zapchanymi magazynami. Bo konsumenci przestali tolerować astronomiczne ceny dyktowane przez tę firmę koncern i zwracali się ku tańszym markom. A czekolady Milka tylko zajmowały miejsce na półkach. Znalazły się więc takie sieci, które wprowadziły dla produktów Mondelez zakaz wjazdu. Nie wszyscy handlowcy podejmowali takie radykalne decyzje, a firma podeszła kreatywnie do zasad wolnego europejskiego rynku. Zabroniła sprzedawać swoje produkty za granicę, pomimo że Europa to jedna wielka, wspólna przestrzeń gospodarcza.
Strategia szwajcarskiego koncernu oznaczała straty dla kupujących i dodatkowe zyski dla producenta. I dlatego firma znalazła się na celowniku Komisji Europejskiej, a w końcu w pierwszej dziesiątce firm ukaranych za działania antykonsumenckie. Tłumaczyła się z tego krótko: strategii drenowania kieszeni klientów nie było, były pojedyncze przypadki. Firma zarobiła w ubiegłym roku rekordowe ponad 13 miliardów dolarów i zapowiada, że nadal będzie podnosić ceny wyrobów czekoladowych. Bo ceny kakao są najwyższe w historii.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Ale na jednym koncernie sprawa się nie kończy, bo rządy ośmiu państw domagają się od władz Unii Europejskiej, ogarnięcia sprawy raz na zawsze. I ukrócenia praktyk, gdy handel w jednym kraju nie może sprowadzić konkretnych produktów z miejsca, gdzie produkowane są taniej i kosztują w hurcie mniej. Z tego powodu różnice w cenach tego samego artykułu, sięgają 10 proc., a wszystko to kosztuje konsumentów w Europie prawie 15 miliardów euro rocznie.
Ile za paliwo na długi weekend? Kierowcy mogą się zdziwić
Koncerty jak dobra luksusowe. Kto na tym zarabia?
Tyle Europa. Teraz będzie o walce z chciwością po drugiej stronie oceanu. I o monopoliście, który doprowadził Amerykanów najpierw do szewskiej pasji, a potem załamania nerwowego, gdy niecałe dwa lata temu nie podołał ich miłości do Taylor Swift.
Serwery serwisu kontrolującego niemal cały amerykański rynek rozrywki padły pod naporem milionów chętnych do zakupu biletów na pierwszą po latach pandemii trasę gwiazdy. Historie rozpaczających nastolatek obiegły wtedy największe media, ale firma chwaliła się tymczasem rynkowymi rekordami. Sprzedała w ciągu jednej doby najwięcej biletów w historii światowej rozrywki. W sumie rozprowadziła prawie 2,5 miliona wejściówek i stała się przedmiotem powszechnej krytyki, bo za swoje usługi pobierała sutą prowizję.
Nic dziwnego skoro jest monopolistą, a do korzystania z tego serwisu zmuszone są obie strony: artyści i publiczność. Ticketmaster wraz ze swoim właścicielem Live Nation jest największym na świecie sprzedawcą biletów na muzykę na żywo, wydarzenia sportowe czy spektakle teatralne. W ubiegłym roku firma rozprowadziła za pośrednictwem swoich systemów ponad 620 milionów biletów. Kontrolowała ponad dwie trzecie rynku biletów na wydarzenia muzyczne w USA, ma podpisane kontrakty na wyłączność z setkami największych amerykańskich scen i obiektów rozrywkowych. Grozi dotkliwym odwetem za każdą próbę przeniesienia się do konkurencyjnych agencji biletowych. Zresztą na rynku przetrwało ich tak niewiele, że praktycznie nie ma wyboru.
Ceny wejściówek rosną bez umiaru i sięgają ponad tysiąca dolarów za sztukę. Ale to ma się wkrótce skończyć, bo amerykański rząd uważa, że prawo do muzyki na żywo powinni mieć wszyscy, a nie tylko ci, których stać na opłacenie haraczu dla Ticketmaster. Do sądu trafił wniosek o nakaz sprzedaży części biletowego biznesu. W ten sposób administracja federalna zamierza rozbić nielegalny monopol i skończyć ze sztucznym zawyżaniem cen.
I na koniec niezbyt optymistyczne podsumowanie, dotyczące kreatywności, służącej niecnym celom. Potrzeba matką wynalazków, więc nie trzeba będzie czekać długo na nowe metody wyciskania z konsumentów ostatniego grosza. Aż znów cierpliwość stracą łowcy cenowych wampirów.