,
Obserwuj
Gospodarka

Wisi nad nami widmo potężnego kryzysu. Zaczynają się regularne bitwy o gaz

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
24.03.2026 18:25

Jeśli na domowej kuchence gazowej gotujesz właśnie wodę na herbatę, ten odcinek jest dla Ciebie. Jeśli w zimie ogrzewasz dom gazowym piecem, a przez cały rok grzejesz nim wodę do mycia, kupujesz chleb albo nosisz dżinsy - także. W Twojej kuchni wodę podgrzewa surowiec, który niemal w całości przypłynął do Polski ze Stanów Zjednoczonych lub Kataru. Choć Polska zdecydowaną większość gazu kupuje od Amerykanów, to jedna dziesiąta pochodzi z Kataru. Czy raczej - pochodziła. Bo od czterech tygodni z katarskiego gazoportu w świat nie wyjechało nic. A to oznacza kolejny kryzys surowcowy, możliwe, że największy w historii wydobycia.

Światowy kryzys gazowy odczujemy w naszych kieszeniach
Światowy kryzys gazowy odczujemy w naszych kieszeniach
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego musimy trzymać się za kieszenie, niezależnie czy podgrzewamy obiad na kuchence, wodę do mycia czy kupujemy chleb?
  • Z jakiego powodu eksperci patrzący na Bliski Wschód kreślą na razie tylko czarne scenariusze?
  • Dlaczego brak gazu z Bliskiego Wschodu paraliżuje całe azjatyckie gospodarki?

Na pograniczu katarsko-irańskim znajduje się największe na świecie znane złoże gazu. Podzielone jest granicą, część katarska to North Field, część Irańska - South Pars. Katar jest jednym z największych producentów gazu i drugim co do wielkości jego eksporterem. By móc go wysyłać, zbudował największą na świecie instalację do skraplania surowca. Instalacja znajduje się nad Zatoką Perską w Ras Laffan. Tam gaz ładowany jest na super tankowce i wyrusza w podróż przez pół świata, przez Zatokę Perską i Cieśninę Ormuz i na zachód do Europy, albo na wschód do Azji: dla wielu państw azjatyckich Katar to największy dostawca. Wszczęta przez USA i Izrael wojna w Zatoce Perskiej, postawiła je w dramatycznym położeniu.

Co się dzieje?

Po pierwsze: katarskiego gazu nie ma na co załadować. Z powodu założonej przez Iran blokady cieśniny Ormuz, do Zatoki Perskiej nie wpływają statki po odbiór surowca. Nie wypływają też te załadowane. Więc po jednej i drugiej stronie przesmyku na jednej z najbardziej strategicznych tras morskich na świecie stoją kolejki tankowców. W tym tych, które wożą płynny gaz LNG.

Po drugie: katarskiego gazu nie ma jak wywieźć z Bliskiego Wschodu. Jedyna trasa "wylotowa" jest zamknięta. Nieliczne jednostki próbują z różnym skutkiem pokonać blokadę, niektórym się nawet udaje. Tego ryzyka nie podejmują właściciele super-gazowców. To specjalistyczne jednostki, z których każdy kosztuje fortunę. O fizycznym niebezpieczeństwie dla załogi nie wspominając.

Po trzecie: z dwóch powodów, o których czytaliście przed chwilą, Katar został zmuszony do ograniczenia wydobycia. Gazu na Bliskim Wschodzie nikt nie magazynuje. Wydobycie jest precyzyjnie zaplanowane, wielkość sprzedaży jest znana. Przed wojną gazowce przybijały regularnie jak w zegarku, by towar odebrać.

Brak dostaw z Kataru i pozostałych mniejszych producentów w Zatoce Perskiej wywrócił rynek surowcowy do góry nogami. Na najważniejszych europejskim rynku towarowym TTF cena wzrosła w ciągu kilku dni o 70 procent. Gwałtownie wzrosły koszty działania w branżach, w których gaz jest niezbędnym surowcem do produkcji, w tym w przemyśle nawozowym. I to u progu najważniejszych w roku, wiosennych prac rolnych, gdy chemia jest niezbędna do wydajnej produkcji. Gdy sytuacja zdawała się uspokajać, a rynek szacował zamieszanie z dostawami najwyżej na kilka miesięcy, w Ras Laffan doszło do dramatycznych wypadków, które z wielkim prawdopodobieństwem globalnie wydrenują domowe budżety.

Iran zaatakował katarską instalację LNG rakietami balistycznymi. Cztery zostały zestrzelone, piąta uderzyła w wielki kompleks przemysłowy, spowodowała tam pożar i "istotne zniszczenia". Od ich rozmiaru zależy gospodarczy los państw azjatyckich, dla których Katar był jedynym dostawcą gazu. Bo w najczarniejszym scenariuszu Ras Laffan nie będzie dostarczać gazu nie przez kilka miesięcy, jak oceniano po starcie wojny, ale przez... kilka lat!

Katar ocenił, że odbudowa zniszczonej instalacji potrwa od 3 do 5 lat. W tym czasie z pracy będzie wyłączona część zakładu odpowiadająca za 17 procent produkcji. Wstrzymana zostanie też rozbudowa Ras Laffan, która miała zwiększyć sprzedaż do jednej trzeciej światowego zapotrzebowania i umocnić pozycję Kataru jako zaufanego partnera na Bliskim Wschodzie. Zamiast tego Katar na lata odwołał się do tak zwanej siły wyższej, biznesowej bomby atomowej, która usprawiedliwia niewykonanie kontraktów i pozwala uniknąć słonych kar. Świat zmusił do szukania alternatywnych innych dostawców. I - dosłownego - polowania na fizyczne transporty surowca.

Alternatywy dla gazu

Do boju o dostawy ruszyły Europa i Azja. W tej pierwszej po zimie magazyny surowca świecą pustkami. Ta druga nie ma wyboru - Bliski Wschód to dla większość państw największy dostawca. Regularne bitwy o gaz toczą się na otwartym morzu. Gazowce zawracają z wyznaczonych tras i płyną do tego, kto da więcej. Unia Europejska wskazała obowiązkowy kierunek - nie marudzić, już kupować gaz na zimę, bo może być gorzej. Inną drogę wybrała Azja, która stanęła w kolejce po węgiel. Zużycie tego paliwa wzrosło już w Bangladeszu. Podobne plany mają Filipiny i Wietnam, które właśnie zwiększają swoje zakupy. W Tajlandii produkcję prądu podniosła elektrownia węglowa. Podobne taktyki przyjmują Korea Południowa i Japonia.

Te plany potrzebują jednak czasu. Są też urządzenia, które "nie chodzą" na węgiel. Dlatego w Indiach toczą się regularne bitwy o gaz w butlach do gotowania, z powodu braków zamyka się gastronomia. Obowiązuje reglamentacja w korzystaniu z klimatyzacji, bo elektrownie produkują mniej prądu z deficytowego gazu. Rządy zalecają urzędnikom pracę w t-shirtach zamiast koszul, skracają tydzień pracy do czterech dni i zawieszają zajęcia na uczelniach. W Pakistanie staje przemysł tekstylny, który potrzebuje gorącej wody do tkania i farbowania tkanin. Pod znakiem zapytania staje działalność hut szkła, fabryk chemicznych, a nawet miejskich gazowych krematoriów, których działalność w buddystycznych i hinduistycznych Indiach jest niezbędna.

Dla rozwijających się azjatyckich gospodarek to już druga taka katastrofa surowcowa w ciągu ostatnich czterech lat. Poprzednia spadła na świat po agresji Rosji na Ukrainę. W Europie rzuciła na kolana Niemcy - największą unijną gospodarkę - i spowodowała katastrofalną inflację na całym kontynencie. Tym razem jeśli przerwa w dostawach z Bliskiego Wschodu przedłuży się do pół roku - katastrofa będzie murowana. Ceny surowca wzrosną wtedy powyżej poziomu z czasów poprzedniego kryzysu. To będzie znaczyło cięcie zakupów w szczycie uzupełniania zapasów na kolejną zimę i trudnie do wyobrażenia globalne konsekwencje.

źródło: TOK FM