Ratował życia, a nie potrafił zadbać o siebie. "Powiedziałem mu, że się wykończy"
"Patrzyłam na tę zmianę zachowania u profesora. Nie panował nad ciałem, to musiało być dla niego trudne, ale miałam wrażenie, że przepracował żal o to, co go spotkało, jakby pogodził się z chorobą, ale postanowił się nie poddać. Praca go trzymała. Może zdrowiałby szybciej, gdyby się skupił na rehabilitacji, szpital był jednak ważniejszy". Prezentujemy fragment książki pt. "Zembala. Szpital to ja. Historia słynnego kardiochirurga" autorstwa Dariusza Kortki i Judyty Watoły.
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Zembala. Szpital to ja. Historia słynnego kardiochirurga" autorstwa Dariusza Kortki i Judyty Watoły wydanej 15 października 2025 roku nakładem Wydawnictwa Agora. Książkę możesz kupić tutaj.
Ja jestem lekarzem!
- Miał problemy z nadciśnieniem, brał leki. W jego wieku każdy już się z czymś zmaga, ale on nie pozwalał sobie na luz. Wszędzie chciał być, wszystkiego musiał dopilnować - mówi profesor Andrzej Bochenek. - Siedzieliśmy razem na jakiejś habilitacji. Było gorąco, nieprzyjemnie. "Chodźmy już stąd", zaproponowałem. Odmówił. "Nie wypada, zostańmy". Powiedziałem mu, że jak o siebie nie zadba, to się wykończy. Człowiek to nie jest sprężyna, nie może się naciągać w nieskończoność.
W maju, podczas wesela córki Małgosi, profesor Zembala zaczyna niewyraźnie mówić. "To nic, muszę odpocząć, zdrzemnąć się", uspokaja rodzinę.
Michał, jego syn, w reportażu radiowym Wojciecha Skowrońskiego: "Pół wesela go nie było. Może powinno to wzbudzić wówczas nasz niepokój".
Na lotnisku, podczas odprawy na lot do Paryża boli go głowa. Nie wie, gdzie ma bilet, musi szukać w walizkach, kieszeniach. Jest. Profesor zawsze był roztrzepany.
Ile było takich historii. W szpitalu krążą legendy. Marian obiecuje żonie, że ją w końcu zabierze na wakacje. Wynajmuje przyczepę kempingową. Mówi, że po drodze na chwilę, dosłownie na moment zahaczą o Warszawę, bo ma sprawę do załatwienia w ministerstwie zdrowia na Miodowej. Samochód z przyczepą zostawia na parkingu i znika za drzwiami ministerstwa. Żona długo czeka, w końcu zniecierpliwiona wraca do Tarnowskich Gór pociągiem.
Albo gdy wracają nocą samochodem i zatrzymują się w lesie na siku, Zembala wraca do auta i odjeżdża. Dopiero po kilku kilometrach orientuje się, że Hanny nie ma w aucie.
Profesor Łazarkiewicz z Wrocławia opowiada o kurtce: - Marian miał wykład inauguracyjny na naszej uczelni. Przebieraliśmy się w togi w specjalnie wydzielonej szatni. Kilka dni później moja żona pyta, czy kurtka, w której chodzę, na pewno jest moja. Gdy zwróciła mi na nią uwagę, zauważyłem, że jest jakaś duża, luźna. Jednak nie moja. Obdzwoniłem wszystkich profesorów, którzy korzystali wtedy z szatni. W końcu zadzwoniłem do Mariana i zapytałem, jak mu się chodzi w kurtce.
"Od jakiegoś czasu wydaje mi się trochę za ciasna", przyznał. Łazarkiewicz: "Bo to moja kurtka".
*
W samolocie do Paryża profesor czuje się gorzej. Ból głowy nie do zniesienia. "Działo się coś niedobrego", będzie potem opowiadał znajomym.
W punkcie informacji na paryskim lotnisku prosi o pomoc. Splątany. Nie wie, co ma zrobić, dokąd ma jechać. Pokazuje notes z zapisanym adresem i numerami telefonów do współpracowników. Pracownica informacji dzwoni do zamku Meaux. Obiecują odebrać profesora z lotniska.
"Wezwać lekarza?", upewnia się kobieta.
"Ja jestem lekarzem", odpowiada profesor.
Na miejsce dociera późno, wszyscy już po śniadaniu. Nie chce tracić czasu, nie będzie jadł. Zwołuje obrady. Mnóstwo roboty, do wieczora trzeba uzgodnić i przyjąć wstępny plan kongresu w Mediolanie. Późnym wieczorem ledwo żywy wraca do pokoju. Nie chce już brać udziału w degustacji serów i win. Rano musi być wypoczęty, bo trzeba podsumować ustalenia i rozdzielić zadania do wykonania przed kongresem.
W drodze na piętro potyka się na schodach, mocno trzyma się poręczy. Z trudem dociera do pokoju. Duszno, szeroko otwiera okno, zamyka od środka drzwi na klucz, pada na łóżko w garniturze. Budzi się około trzeciej w nocy, samopoczucie pod psem. Rozbiera się, wchodzi pod prysznic. Odkręca wodę, czuje, że robi mu się gorąco, upada do wanny.
Przytomny, ale nie może się podnieść, ciało odmawia posłuszeństwa. Nie może krzyczeć, nie wezwie pomocy, nie ma szans. Na twarz leje się woda. Może ktoś przyjdzie, zanim się utopi.
Nie ma go ani na śniadaniu, ani na spotkaniu o dziewiątej, telefon nie odpowiada. Obsługa hotelu puka do drzwi pokoju. Cisza. Próbują otworzyć drzwi, ale są zamknięte od środka. W zamku są klucze. Okno otwarte, więc może przez to okno?
Krzyki, poruszenie. Profesor jest w łazience, nieprzytomny. Świadomość odzyskuje następnego dnia rano, na intensywnej terapii szpitala w Meaux. Jakiś lekarz pyta łamanym angielskim: "Rusza ręką, rusza nogą?".
Kiedyś stanę na nogi
Lewa noga ani drgnie, lewa ręka niemal nie przewodzi impulsów nerwowych. Trudno mu mówić i połykać. Wieść o udarze dociera do Polski, zaraz potem do Francji przylatują żona i dzieci. Oświadczenie w mediach społecznościowych: "Doceniamy, że w tych trudnych chwilach jesteście z nami myślą i modlitwą. Dziękujemy".
W zabrzańskim szpitalu poruszenie. Wiele osób płacze. Cieszą się, że profesor przeżył, i martwią, czy wróci: - Jak jeszcze tam leżał we Francji, nagraliśmy dla niego krótki film z życzeniami powrotu do zdrowia. Nie wyobrażaliśmy sobie wtedy innego dyrektora - mówi jedna z pielęgniarek.
Po trzech tygodniach syn Michał ogłasza: "Moi Drodzy Przyjaciele! Nasz Tato powoli wraca do zdrowia, a jego stan z dnia na dzień ulega poprawie. Dziękując francuskim specjalistom, pragniemy poinformować, że od dziś nad jego dalszym leczeniem czuwać będzie zaufany zespół lekarzy, pielęgniarek i rehabilitantów w kraju".
Agata Pustułka, reporterka "Dziennika Zachodniego": "Chwała rodzinie, że nie zdradziła miejsca pobytu. Miejmy nadzieję, że wszystkie media uszanują prawo profesora do prywatności w tak istotnym dla niego momencie życia".
Wszyscy i tak wiedzą, że to nie może być inny szpital niż Śląskie Centrum Chorób Serca. Czeka tam już specjalny pokój na oddziale pulmonologii, w którym profesor ma zdrowieć.
Dziewczyny z sekretariatu robią powitalne transparenty. Razem z pielęgniarkami czekają przy wejściu na oddział, chcą jak najcieplej go przyjąć. Żona profesora lekko przerażona. Dla osoby po tak ciężkim udarze taki komitet powitalny to może być za duże wzruszenie. Dziewczyny rozumieją, rozchodzą się, ale transparenty zostawiają.
Pierwsze dni są trudne. "Nie potrafiłem sobie przypomnieć, jaki mamy dzień tygodnia. Kalendarz mi się porwał kompletnie, ale powoli dochodziłem do siebie. I postanowiłem, że kiedyś stanę na nogi", wspomina Zembala.
- Jak go do nas przywieźli, był bardzo przestraszony - mówi Judyta Solorz. Doświadczona pielęgniarka, jedna z najdłuższym stażem, od 1985 roku na oddziale kardiochirurgii. Może dlatego oddziałowa posyła ją do opieki nad profesorem.
Zembala opowiada jej, że we Francji czuł się źle, z tamtego szpitala pamięta hałas, rozkrzyczane, rozgadane pielęgniarki. - A on cenił ciszę - mówi Solorz. - W pokoju nie miał radia, telewizor włączał tylko na wiadomości, żadnego oglądania filmów i seriali. Niczego nie chciał, tylko ciszy. I choć był jak rozpędzone pendolino, które nagle musiało się zatrzymać, okazywał pokorę, cierpliwość i wdzięczność za opiekę.
Pielęgniarki pilnują, żeby profesora Zembali nie odwiedzało za dużo ludzi. Codziennie jest żona, ale gdy wychodzi, on sam zaprasza kierowników oddziałów, profesorów, księgową. Musi się zajmować swoim szpitalem, bo kto inny?
Judyta Solorz z rozbawieniem obserwuje te wizyty. Ktoś podczas spotkania zaczyna opowiadać coś, o czym profesor nie chce słyszeć, albo nie w tym momencie. A rozmówca dalej drąży. "No, to zaraz się zacznie", spodziewa się pielęgniarka.
Zdziwiona, bo jest inaczej. Wcześniej byłby wybuch, krzyk. Teraz profesor mówi tylko, że jest zmęczony. Dla pielęgniarek to znak, że mają gościa wyprosić.
Solorz: - Patrzyłam na tę zmianę zachowania u profesora. Nie panował nad ciałem, to musiało być dla niego trudne, ale miałam wrażenie, że przepracował żal o to, co go spotkało, jakby pogodził się z chorobą, ale postanowił się nie poddać. Praca go trzymała. Może zdrowiałby szybciej, gdyby się skupił na rehabilitacji, szpital był jednak ważniejszy, więc odpuszczał ćwiczenia. Z drugiej strony, gdyby nie miał celu, czyli powrotu do gabinetu dyrektora, pewnie by się załamał.
Dziurka w pościeli
Pielęgniarki traktują go z czułością. Wspominają, jaki był. Najlepszy na początku, w latach 80. Pracował w Zabrzu przez cały tydzień, do domu, do Wrocławia wyjeżdżał na weekendy. Już ubrany, w płaszczu i z torbą wchodził do dyżurki pielęgniarek, zostawiał rzeczy i jeszcze odwiedzał każdą salę chorych. Badał pacjentów, osłuchiwał, dotykał. Wszyscy wiedzieli, że nie wyjdzie ze szpitala, dopóki osobiście wszystkiego nie sprawdzi.
Pielęgniarki wolą pamiętać tylko miłe chwile, więc mu teraz odpłacają dobrocią. Pamiętają, ile czasu spędzał z nimi w dyżurce. - Byłyśmy młodymi panienkami, więc pytał nas o sprawy sercowe. Która ma już narzeczonego i kiedy ślub, a mężatki, czy w domu wszystko w porządku - mówi Solorz.
Uważny i empatyczny, bo na przykład idzie korytarzem, mija laborantkę. Po chwili zatrzymuje się i wraca do niej. Wyczuwa, że coś jest nie tak, pyta, o co chodzi. - Nie znał jej, może jej nawet wcześniej nie spotkał, bo pracowała dwa piętra niżej, ale się zainteresował, dostrzegł, przejął się. Pokazał, że ona jest dla niego ważna, że go obchodzi - mówi Solorz. - Potem, jak już był dyrektorem, bywało nerwowo, ale wciąż znajdował czas, żeby z nami pogadać, jakby chciał rozładować napięcia, które sam wcześniej wywoływał. A teraz? Pielęgniarki starają się mu pomagać w zabiegach pielęgnacyjnych, choć profesor wszystko chce koło siebie robić sam. Często nie daje rady, więc trzeba mu pokroić to, co na talerzu, ale jada w odosobnieniu. Nie chce, żeby go ktoś przy tym oglądał.
Czasem zniecierpliwiony, nie pozwala się ogolić. Wtedy mu przypominają, jak wchodził na salę chorych i co się działo, gdy z kranu ciekła woda albo kosz na śmieci nie chciał się otwierać. Jaka to była niezgoda, jaka awantura. Albo jak znalazł dziurkę w pościeli. Darł poszwę na strzępy na oczach pacjentów, żeby już nigdy więcej nie została użyta. Dziura w pościeli? Nie w jego szpitalu. Estetyka miała być zachowana.
Więc gdy profesor nie chce się teraz golić, Solorz ma prawo powiedzieć: - No jak to? Na pana oddziale chorzy musieli być zawsze ładnie ogoleni, a sam pan nie chce dawać przykładu? I już go ma, profesor obezwładniony. Już się uśmiecha, już się poddaje: - No nie mam wyjścia, nie mam wyjścia… - mruczy niezadowolony pod nosem, że dał się tak podejść.
Nie złości się. Czuje, że pracownicy szpitala go wspierają. Wszyscy! Jakby zapomnieli o tym, co było złe. Pragną tylko, żeby wrócił do zdrowia. (...)
Posłuchaj: