Dwa lata więził żonę w piwnicy. Dlaczego kaszubska wieś odwróciła wzrok? "Korzenie zapuszczone 50 lat w dół"
"Polski Jozef Fritzl" - taki przydomek zyskał Mariusz S., którego w 2017 roku sąd prawomocnie skazał na 25 lat więzienia. Mężczyzna przez cztery lata znęcał się nad swoją żoną - Ewą, z których dwa kobieta spędziła więziona w piwnicy ich domu w liczącej zaledwie 180 mieszkańców wsi na Kaszubach.
W piwnicy ofiara była gwałcona - zarówno przez swojego męża, jak i m.in. jego braci (którzy również zostali skazani). Na czas gwałtów wiązano ją i zakładano jej na głowę worek . Podczas procesu wyszło na jaw, że kobietę zmuszano do jedzenia chleba zmieszanego z wodą i nasieniem oskarżonego, podawanego jej w metalowej misce, a także fakt, że Mariusz S. molestował seksualnie ich wspólne dzieci. Koszmar dobiegł końca pod koniec 2010 roku, gdy Ewa S. zdecydowała się poprosić o pomoc swoją matkę. Zgłosiła się do służb, ale te trzy razy jej nie uwierzyły.
Reporterka Katarzyna Włodkowska opisała sprawę "polskiego Fritzla" w książce "Na oczach wszystkich". We wstrząsającym reportażu, który miał swoją premierę we wrześniu ubiegłego roku, autorka, zamiast skupiać się na drastycznych szczegółach, poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego mieszkańcy wsi, świadomi tego, co dzieje się u ich sąsiadów, odwracali wzrok.
Kaszubi "ciągle uciekali od pałki"
Jak wyjaśniała w audycji "A teraz na poważnie" reporterka, źródła "znieczulicy" panującej w kaszubskiej należy upatrywać m.in. w "uciemiężającej" historii północnych Kaszub. - Najpierw były zabory pruskie, a potem pierwsza wojna światowa, kiedy to Kaszubi zakładają mundur pruski. Po tym przyszedł okres międzywojenny i oni za to, że założyli ten mundur, byli tępieni. Potem przyszła druga wojna światowa. Na tereny kaszubskie przyszli Niemcy, które potraktowali je jak swoje i zaciągnęli Kaszubów do Wehrmachtu. W centralnej Polsce nie wszyscy to rozumieją, ale tam wielokrotnie zgoda na zapisanie się na listy narodowościowe i wejście do armii, była szansą na ocalenie rodziny. A potem skończyła się wojna i mieliśmy PRL, którego władze pauperyzowały Kaszubów za te listy - opisywała Katarzyna Włodkowska w rozmowie z Mikołajem Lizutem.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
W rezultacie fakt, że Kaszubi - jak ujęła to reporterka - "ciągle uciekali od pałki" i "zawsze byli na nie do końca swoich terenach" poskutkowało ogromną zamkniętością i nieufnością wobec obcych. Katarzyna Włodkowska przekonała się o tych cechach na własnej skórze podczas pracy nad książką. - Gdy do kogoś przyjeżdżałam, bywało tak, że brat rozmówcy podawał mi swój telefon, bo dzwonił ktoś, kto mieszkał 15 metrów dalej i zobaczył samochód, który nie był rozpoznawany - wspominała gościni TOK FM.
Jak podkreśliła gościni TOK FM, naleciałości historyczne to nie jedyne źródło obojętności mieszkańców. - To są tereny, gdzie ludzie się raczej nie wyprowadzają. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą, mają korzenie zapuszczone 50 lat w dół. W tamtejszym ośrodku pomocy społecznej od 30 lat pracują te same osoby. Brat Mariusza S. wraz z żoną dorobili się szesnastki dzieci. Nie jest żadną tajemnicą, że pili alkohol. Przynajmniej raz jest odnotowane, że jego żona przyjechała na poród pijana. A tam nie było nigdy nawet kuratora. Jeżeli przez 30 lat pracujesz na jednym stanowisku, zajmujesz się swoim otoczeniem i swoimi znajomymi, bardzo trudno jest z chłodem ingerować w ich sprawy, a potem stać obok nich w sklepie - wyjaśniała Katarzyna Włodkowska w rozmowie w TOK FM.