advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Kultura

"Malowali pingwiny, czytali policjantom poezję", gdy "kraj niknął w chmurach gazu". Obrona parku Gezi [FRAGMENT KSIĄŻKI]

tokfm.pl
8 min. czytania
03.12.2023 13:58
"W czasie Gezi nakładające się i przecinające wzajemnie linie podziałów nagle się spłyciły, przygasły, straciły swą moc. Ramię w ramię protestowali ludzie o skrajnie odmiennych poglądach, z różnych grup społecznych, pokoleń, środowisk. Łączył ich sprzeciw wobec autorytaryzmu, dzieliło wszystko inne. To dlatego Gezi nie przekuło się potem w żadną partię. Ale, jak się okaże, pozostawiło po sobie coś znacznie trwalszego" - pisze Agnieszka Rostkowska w swojej książce "Wojownicy o szklanych oczach. W poszukiwaniu Nowej Turcji".

Poniższy fragment pochodzi z książki Agnieszki Rostkowskiej 'Wojownicy o szklanych oczach. W poszukiwaniu Nowej Turcji', która ukazała się 28 października 2020 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

- W Turcji powiał piękny, ożywczy wiatr. Najpierw w Stambule, a potem powędrował po całym kraju. - Cem Yakiskan, już siwiuteńki, nosi w sobie ciepło typowe dla poety. Wierszy jednak nie pisze. Jest byłym liderem ultrasów Besiktasu, jednej z tureckich drużyn piłkarskich. Zrzeszeni w założonej przez niego nieformalnej grupie Çarsi, już kilka razy pobili rekord świata w głośności stadionowego dopingu, wydając z gardeł ponad sto czterdzieści decybeli. To tyle, co startujący odrzutowiec. - Ten wiatr pachniał romantyzmem, braterstwem. Ludzie wzajemnie się przepraszali, gdy uciekając, jeden drugiego potrącił, podawali sobie ręce, podnosili. A my stworzyliśmy wspólny front z kibicami innych klubów, z którymi kiedyś spotykaliśmy się na ustawkach. - W głosie Cema jest ta sama tęsknota, z którą Ahmet opowiadał o 15 lipca 2016 roku. Tyle że Cem wspomina wydarzenia o ponad trzy lata wcześniejsze. Według prokuratury próbował wtedy obalić rząd.

Zaczęło się niewinnie. Od parku, który miał paść ofiarą przebudowy placu Taksim.

Władze decydują, że w miejscu parku wybudują replikę osmańskich koszar wojskowych z dziewiętnastego wieku. Koszary mają powrócić przystosowane do nowych czasów, jako centrum handlowe. Stambulczycy nie przyjmują tego dobrze. Galerii handlowych mają aż nadto, a usytuowany na przylegającym do Taksimu łagodnym wzniesieniu park Gezi to jedyna wysepka zieleni w okolicy.

Buldożery wjeżdżają do parku 27 maja 2013 roku, po jedenastej wieczorem. Na drodze staje im grupa aktywistów. Blokują wjazd i zostają w parku na noc. Buldożery wracają następnego dnia, wraz z policjantami. Zamierzają załatwić sprawę szybko. Działaczy w parku przybyło, więc nie ma na co czekać. Jeden z policjantów, w rynsztunku jak na starcie z terrorystami, przyjmuje pozycję bojową. Na ugiętych no-gach odpala gaz łzawiący, wprost w twarz młodej kobiety w czerwonej sukience. Nie zdążyła się nawet zasłonić, stoi na trawie z opuszczonymi rękoma. Odwraca głowę, zaciska piekące oczy, jakby jeszcze nie docierało do niej, co się wydarzyło. Tak to wygląda na zdjęciu, które momentalnie rozchodzi się po sieci. Fotografia działa jak zapalnik. W akcie solidarności do parku zjeżdża się tłum .

Co po Erdoganie? Dla 'Sułtana z Turcji' 'nie ma alternatywy'. 'Bez niego pozostaje czarna dziura'

Przyjeżdża i Cem. Kibice Besiktasu słyną ze swojego zaangażowania politycznego. Kiedy tylko uznają coś za dyskryminację bądź niesprawiedliwość, przygotowują specjalne zaśpiewki i transparenty. Zabójstwo dziennikarza Hranta Dinka, rasistowskie wyzwiska wobec kameruńskiego piłkarza Samuela Eto’o czy budowa elektrowni atomowych na północy Turcji - wszystko, na co nie wyrażają zgody, trafia na trybuny, wysprejowane na prześcieradłach. Jeśli te hasła znajdą się na zdjęciach Reutersa lub innej światowej agencji, docierają w ten sposób do milionów ludzi. Çarsi wystąpili nawet w obronie Plutona, kiedy odebrano mu status planety. Jak mogliby nie bronić parku w sąsiedztwie ich dzielnicy?

Następnego dnia głos zabiera Erdogan. "Róbcie, co chcecie, my decyzję już podjęliśmy" - zwraca się do protestujących, przemawiając w czasie ceremonii mocowania kamienia węgielnego pod konstruowany w Stambule trzeci już most na Bosforze. Okoliczności znamienne, bo i ten most stawiany jest arbitralnie, mimo protestów przeciwko wycince połaci lasów pod jego budowę. Jego słowa rozpalają pokłady od dawna narastającej frustracji i gniewu na premiera, który nie tylko nie słucha obywateli, ale coraz częściej wydaje im instrukcje, jak mają żyć. Mówi, ile mają mieć dzieci (minimum troje, najlepiej pięcioro), kiedy mogą pić alkohol (jeśli w ogóle, to nie między dziesiątą wieczorem a szóstą rano) i jak spędzać czas wolny (napędzając gospodarkę zakupami w centrach handlowych). A tych, którzy mają inne zdanie, traktuje tak, jak kobietę w czerwonej sukience. Wielu Turków w jej zdjęciu zobaczyło metaforę swojego własnego życia.

Między drzewami wyrasta namiotowe miasteczko. Policjanci znowu wchodzą, tym razem o piątej rano, kiedy okupujący działacze jeszcze śpią. Rozpoczynają brutalną interwencję, usuwają i palą namioty. Od ognia zajmuje się cała Turcja. Ulice miast zapełniają się protestującymi. Skandują: Her yer Taksim, her yer direnis - Taksim jest wszędzie, opór jest wszędzie. Już nie chodzi tylko o park. Światowe media umieszczają Turcję na swoich czołówkach. W tureckich cenzura, CNN Türk emituje dokument o pingwinach.

Konkurencja i współpraca. Co łączy Turcję i Rosję?

Ze sklepów znikają cytryny i mleko. Pomagają na oczy, choć to nie oczy cierpią najbardziej w kontakcie z gazem łzawiącym. Najpierw czuje się potworne drapanie w gardle. Szybko przybiera na sile i uniemożliwia zaczerpnięcie oddechu. Człowiek dławi się i kaszle, rzuca się jak wyrzucona na brzeg ryba, ciało naśladuje jej spazmy, czasem traci przytomność. Turcy szybko uczą się reakcji swoich ciał, bo kraj dosłownie niknie w chmurach gazu. Do tego TOM-y, czyli armatki wodne. Strumień może odrzucić człowieka na kilka metrów, a dodawane do wody chemikalia sprawiają, że piecze na skórze jak kwas. I najgorsze - gumowe kule. Jeśli trafią w oko, można stracić wzrok. A w czasie Gezi kule trafiają również i w oczy.

- Ja dostałem w ramię. Szybko się zagoiło. Ale żołądek już nie - mówi Cem. - Na pojemnikach z gazem powinno być wypisane, co zawiera, ale nie było. Bywało, że całymi godzinami nie mogłem otworzyć oczu, a żołądek zmieniał mi się wtedy w ogień, biegnący zgagą przez cały przełyk. Do dziś się odzywa.

Z kasków policji w Ankarze znikają numery. Funkcjonariusze mogą jeszcze sprawniej tłumić demonstracje, nie będzie jak ustalić ich tożsamości, pociągnąć do odpowiedzialności. Mimo ryzyka Turcy protestów nie przerywają. Demonstrują dzień w dzień, od rana do nocy, a po zmierzchu walą w gary i patelnie, na zmianę gasząc i zapalając przy tym światła w mieszkaniach. Zbuntowane bloki wygrywają wściekłą symfonię.

Z samego parku Gezi policja robi odwrót . Pomiędzy namiotami wyrastają biblioteki, bezgotówkowe sklepy, punkty pierwszej pomocy, powstają miejsca na koncerty, a na Taksimie staje nawet fortepian. - Inna galaktyka, w której robotnik na co dzień stojący przy taśmie produkcyjnej siedzi teraz w jednym namiocie z biznesmenem. Szok! - wspomina Cem. Nie tylko on był oszołomiony rozwojem wydarzeń.

Tureckie społeczeństwo od dekad jest podzielone. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych rozłamało się na lewicę i prawicę, w dziewięćdziesiątych spolaryzowało za sprawą kurdyjską, a od kiedy władzę przejęła AKP, coraz silniej dzieli się na islamistów i sekularystów. W czasie Gezi nakładające się i przecinające wzajemnie linie podziałów nagle się spłyciły, przygasły, straciły swą moc. Ramię w ramię protestowali ludzie o skrajnie odmiennych poglądach, z różnych grup społecznych, pokoleń, środowisk. Łączył ich sprzeciw wobec autorytaryzmu, dzieliło wszystko inne. To dlatego Gezi nie przekuło się potem w żadną partię. Ale, jak się okaże, pozostawiło po sobie coś znacznie trwalszego.

Przez dwa tygodnie park wypełniony był kolorowym tłumem çapulcu, szabrowników. Mianem tym określił protestujących sam prezydent Erdogan , a ci określenie to przejęli. Przejmowali tak wszystko, co było w nich wymierzone. Wypisywali na transparentach, że gaz upiększa skórę, malowali pingwiny, czytali policjantom poezję. - Policja używała wobec nas nieproporcjonalnej siły, więc my odpowiadaliśmy nieproporcjonalnym poczuciem humoru - mówi Cem. Humor stał się wizytówką Çarsi. Ogłaszali w mediach społecznościowych, że przejęli policyjny helikopter i szukają pilota, albo że przydałby się operator buldożera. Choć z tym buldożerem to akurat nie żart, maszynę przejęli naprawdę. Jeden z kibiców użył go, by odciągnąć policję i dać im czas na zbudowanie barykad. Bo poza barwną parkową galaktyką, wokół rozgrywały się sceny jak z frontu. Latające płyty chodnikowe, płonące barykady, rzucane w policjantów ka- mienie i fajerwerki. Cem mówi wprost: szli tam, by walczyć.

Aresztowania po trzęsieniu ziemi w Turcji. 'Erdogan zrobi wszystko, by wygrać wybory'

On i jego przyjaciele już jako nastolatkowie z zamieszkami byli za pan brat. Cem miał trzynaście lat, kiedy stracił matkę i zaczął unikać domu. Z ojcem było mu nie po drodze. Na dodatek rodzina nalegała, by ojciec ożenił się ponownie, ten nie bardzo chciał, a Cem nie chciał tego wszystkiego oglądać. Coraz więcej czasu spędzał z kolegami z ulicy. Z czasem przestał już nawet wracać do domu, pomieszkiwał po pustostanach. We wszystkim wspierali go Optik, Dewe, Çene i Tarkan. Od lat tworzyli zgraną paczkę. Z nimi chodził na mecze. W tym czasie w Stambule był tylko jeden stadion, w dzielnicy Besiktas. - Tu wszyscy żyli futbolem. My też. Żaden z nas nie miał w domu telewizora, a bilety na mecze wtedy jeszcze kosztowały grosze. Mój ojciec był bardzo przeciwny tej naszej pasji, ojciec Optika również. Bali się, że wylądujemy na posterunku lub zarobimy kosę pod żebro. W latach siedemdziesiątych, żeby dostać bilet na zadaszone trybuny, trzeba było ustawiać się w kolejce do kas na dzień wcześniej i to grubo przed świtem. Tak się zorganizowaliśmy, że przez pięć lat na żyletę wchodzili tylko kibicie Besiktasu, wykupowaliśmy wszystkie bilety! Wynikało z tego trochę kłopotów. - Cem przebiera z uciechą palcami po stole. Żeby się przed tymi kłopotami bronić, postanowili się zrzeszyć. I tak powstało Çarsi. Nazwę wzięli od okolicy w centrum Besiktas, gdzie cała paczka mieszkała. W logo wpisali anarchistyczne "A". Gezi musiało przypomnieć Cemowi czasy młodości.

To w Besiktas, niedaleko pałacu Dolmabahçè, dochodzi do tak poważnych starć pomiędzy policją a protestującymi, że demonstrujący muszą zorganizować w pobliskim meczecie szpital polowy. Cem nosi do niego rannych. Tylko tych najciężej, wprowadzili selekcję. - Pamiętam tę dziewczynę, jakbym ją widział dziś. Nie miała oka i połowy twarzy. Tak się kończy wystrzelenie gazu łzawiącego z bliskiej odległości. - Cem przestaje przebierać palcami.

O ich szpitalu polowym było głośno w całym kraju. Erdogan oskarżył protestujących, że wchodząc do meczetu, nie zdjęli butów i pili alkohol, zbezcześcili świątynię. Oni zarzuty te odpierali z całą mocą. Oświadczenie w tej sprawie wydał nawet muezin meczetu, który tej nocy sam pomagał opatrywać rannych. Zaprzeczył twierdzeniom ówczesnego premiera, podkreślając, że wszystko odbyło się z zachowaniem szacunku należnego świątyni.

- Ten muezin oraz imam meczetu udali się potem w podróż, która trwa do dziś. Najpierw przeniesiono ich bodajże na obrzeża Stambułu, a potem już z miejsca na miejsce, nikt nawet nie wie, gdzie teraz są. - Palce Cema nadal pozostają nieruchome.

W czasie protestów zginęły dwadzieścia dwie osoby. Od gumowych kul, spadających z wysokości pojemników po gazie łzawiącym, zawałów serca. Życie stracił także jeden z policjantów, Mustafa Sari, który w pogoni za protestującymi spadł z mostu w Adanie. Łącznie w czasie protestów rannych zostało około ośmiu tysięcy osób.

Demonstracje stłumiono. 16 czerwca policja odbiła park Gezi.

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>