Izraelskie wycieczki do Polski. "Jedziemy zobaczyć, co zrobili nam Europejczycy"
"Izraelczycy po ukończeniu szkoły odbywają służbę w charakterze żołnierzy okupacyjnych. Wygląda to tak, że np. włamują się do domów Palestyńczyków o czwartej nad ranem, niszczą dziecięce zabawki, terroryzują starszych ludzi i upokarzają resztę. Prowadzi to do dehumanizowania Palestyńczyków, ale w efekcie odczłowiecza też ich samych" - mówił izraelski badacz profesor Omer Bartov w rozmowie z Karoliną Wójcicką, autorką książki "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy" autorstwa Karoliny Wójcickiej, która ukazała się 14 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa MANDO.
Izraelczycy nie uczą się w szkołach o Palestyńczykach, ich historii i kulturze. Podczas lekcji spoglądają za to na wiszącą w każdej klasie mapę, na której brakuje Zielonej Linii, wyznaczającej granicę między Izraelem a Palestyną. Dorastają w przekonaniu, że Zachodni Brzeg stanowi nierozerwalną część ich państwa. W środowisku izraelskich nacjonalistów za taką uznawana jest również Strefa Gazy. Palestyńczyków mieszkających na tych terytoriach nie znają i nie rozumieją. Czasami słyszą o nich w mediach, głównie w kontekście ataków terrorystycznych. Dla wielu pierwszy realny kontakt z sąsiadami następuje dopiero wtedy, gdy zakładają mundur i łapią za broń - na checkpoincie lub podczas wojny. Tak o bliskowschodnich realiach opowiadał mi Joel Carmel z organizacji Breaking the Silence, zrzeszającej weteranów, którym służba w Siłach Obronnych Izraela uświadomiła, że polityka ich państwa nie jest ani moralna, ani do utrzymania na dłuższą metę. Prowadzi za to do dehumanizacji Palestyńczyków, co Joel w rozmowie przyznał ze wstydem. - Jesteśmy uczeni, by postrzegać ich jako zagrożenie, jako tykające bomby - mówił w biurze organizacji w Tel Awiwie. (...)
Dla Gabrielli pobyt w Aravie okazał się przełomowy. Nie dość, że spotkała się tam po raz pierwszy z Palestyńczykami, to jeszcze przedstawili jej zupełnie inną perspektywę na sytuację, w której żyli. - Opowiedzieli mi o okupacji, o której wcześniej nie miałam pojęcia. Na początku mocno broniłam swojej narracji. Ale coś we mnie pękło - tłumaczyła. - Tak właśnie zaczął się proces dekonstrukcji i odbudowy moich przekonań - wyjaśniła. Gabriella do dziś nie rozumie, dlaczego była aż tak nieświadoma otaczającej ją rzeczywistości. Mieszkała w nielegalnym osiedlu, codziennie jeździła do szkoły opancerzonym autobusem, mijała mur i palestyńskie wioski. A jednak nigdy nie zadała sobie podstawowych, zdawałoby się, pytań: czym są te miejsca? Kto tam mieszka? I dlaczego właściwie nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, by się nad tym zastanowić? Odpowiedzi najczęściej znajduje w izraelskim systemie edukacji. Palestyńczycy jako tacy w nim nie istnieją - w podręcznikach funkcjonują jako Arabowie. Przedstawiani są jako ludzie prymitywni, parający się rolnictwem lub terroryzmem. Wieśniaki, które boją się wszelkiego postępu. Na lekcjach nie ma miejsca na niuanse, na drobną wzmiankę o tym, że Państwo Izrael powstało w 1948 roku, ale w tym samym czasie doszło do czystki etnicznej na narodzie palestyńskim. Teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego - wiele państw wykorzystuje edukację do forsowania określonej narracji. Tylko że program nauczania w Izraelu od lat ewoluuje w coraz bardziej radykalnym kierunku. Obecny rząd, zdaniem Gabrielli, promuje treści o wyraźnie nacjonalistycznym charakterze. Przy okazji przeznacza coraz więcej środków na szkolne wycieczki do osiedli na Zachodnim Brzegu lub innych miejsc związanych z jedną, określoną wizją rzeczywistości. - Równocześnie nauczycielom coraz trudniej wypowiadać się w sposób, który wykracza poza oficjalną linię przekazu - opowiadała.
Wystarczy otworzyć media społecznościowe, by zobaczyć, jakie są tego konsekwencje. Po wybuchu wojny w Strefie Gazy młodzi Izraelczycy zaczęli masowo publikować na TikToku nagrania, na których szydzą z pozbawionych dostępu do wody i prądu Palestyńczyków - demonstracyjnie odkręcają krany, włączają i wyłączają światło. Na innych filmach przebierają się za Palestyńczyków, a raczej za ich karykaturalny obraz - dorysowują sobie monobrew i malują zęby na czarno. Pracownicy Breaking the Silence, którzy regularnie organizują wykłady dla absolwentów liceów, opowiadali mi o postępującej radykalizacji młodzieży. - Pracuję w tym od sześciu lat, ale mam wrażenie, że sytuacja się pogarsza. Poziom, od którego trzeba zaczynać, z roku na rok jest coraz niższy - mówił Joel. Gdy ich organizacja zabiera nastolatków na wycieczki do Hebronu i pokazuje namacalne przykłady izraelskiego apartheidu, jak zamknięte dla Palestyńczyków ulice w ich własnym mieście, młodzi Izraelczycy nie tylko przekonują, że taka polityka jest w pełni uzasadniona, ale coraz częściej zaczynają podważać, czy naród palestyński w ogóle ma prawo istnieć. Gabriella spotkała się z jeszcze bardziej brutalnymi komentarzami. Podczas spotkania z młodzieżą wspomniała, że Strefa Gazy jest jednym z najgęściej zaludnionych miejsc na świecie. Jeden z uczestników odpowiedział jej wtedy, że dwa miliony Palestyńczyków "zmieściłoby się w popielniczce, gdyby ich spalić".
Zapytałam z niedowierzaniem, czy młodzi ludzie nie znają historii swoich przodków, historii Holokaustu. Myślałam, że odwoływanie się do takiej retoryki jest czerwoną linią, której się w Izraelu nie przekracza. - Rzecz w tym, że w szkołach poznają bardzo specyficzną wersję historii - odpowiedział mi Joel. - Bardzo wybiórczo podchodzi się do tego, czego uczy się na lekcjach. Tak, by wspierało to określoną narrację i postrzeganie siebie jako ofiary - dodała Gabriella.
To wrażenie dodatkowo potęgują szkolne wycieczki do Polski. - Uczniom towarzyszy poczucie, że jedziemy do obozów koncentracyjnych, a nie do Polski jako takiej. Jedziemy zobaczyć, co zrobili nam Europejczycy - wskazywała Gabriella.
Temat izraelskich wycieczek nad Wisłę nie był mi obcy. Wiosną 2023 roku na łamach "Dziennika Gazety Prawnej" opisaliśmy ze Zbigniewem Parafianowiczem spór między rządami Polski i Izraela w tej sprawie. Polska, którą rządziło wówczas Prawo i Sprawiedliwość, dążyła do renegocjacji umowy z Izraelem. "Skoro to się odbywa na podstawie współpracy międzyrządowej, to my chcemy, żeby tamtejsi uczniowie poznali też Polskę od nieco innej strony niż tylko przez pryzmat zbrodni niemieckich na naszym terytorium" - mówił mi wtedy ważny polityk PiS, uczestnik negocjacji. Strona polska nalegała, by izraelscy uczniowie nie przyjeżdżali z uzbrojoną ochroną - jej obecność postrzegano jako sugestię, że młodzież z Izraela nie jest w Polsce bezpieczna. Według logiki PiS, jeśli młodzi Izraelczycy będą czuć się w Polsce zagrożeni, trudniej będzie budować relacje polsko‑żydowskie. Moje źródło tłumaczyło: "Powinno być tak, że za bezpieczeństwo w Polsce odpowiada polska policja, a w Izraelu - izraelska". Drugą sugestią Polaków było wzbogacenie programu wizyt o elementy związane z polską historią i kulturą. Takie, które pokazują coś więcej niż tylko historię Holokaustu. Ówczesne władze przygotowały listę rekomendowanych placówek. Wśród nich znalazły się Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów, ale również miejsca typowo turystyczne: muzea narodowe w Warszawie czy Gdańsku, Łazienki Królewskie i zamki królewskie. Zgodnie z propozycją każda izraelska wycieczka miała obejmować wizytę w co najmniej jednym z nich. Trudno powiedzieć, żeby negocjacje zakończyły się sukcesem. Izraelskie służby nie utraciły prawa wjazdu do Polski z bronią. W ramach kompromisu postanowiono jedynie, że każdorazowo będą musiały uzyskiwać zgodę na jej przywóz. Pozostałe ustalenia każda ze stron zinterpretowała na swój sposób. Podczas gdy rząd PiS odtrąbił sukces, Izraelczycy za pośrednictwem swoich mediów informowali, że wizyty w miejscach rekomendowanych przez stronę polską będą miały charakter dobrowolny - co w praktyce oznaczało, że wcale nie będą musiały się odbywać.
Od przedstawicieli Breaking the Silence, jak również od innych rozmówców w Izraelu, usłyszałam, że ich rząd nie chciał przystać na propozycje Warszawy, ponieważ uważał, że Polska próbuje ingerować w sposób nauczania o Holokauście. - Wielu Izraelczyków i Żydów wychodziło z założenia, że Polacy chcieli w ten sposób wybielić swój wizerunek jako antysemitów i tych, którzy kolaborowali z nazistami - powiedział Joel. W rzeczywistości jednak opór tamtejszego rządu wobec propozycji PiS nie wynikał wyłącznie z ich specyficznego spojrzenia na historię Polski. W wycieczkach tych kwestia relacji międzypaństwowych jest nieistotna. Dla władz państwa żydowskiego te wyjazdy mają przede wszystkim wymiar ideologiczny - służą temu, by umacniać wśród młodych obywateli przekonanie o konieczności istnienia Izraela jako bezpiecznego schronienia dla Żydów oraz o potrzebie jego siły - a więc także o znaczeniu posiadania potężnych sił zbrojnych. Mają wzbudzać poczucie, tłumaczyła Gabriella, że jesteśmy w ciągłym niebezpieczeństwie, że musimy zrobić wszystko, by Holokaust nigdy się nie powtórzył. - Nie bez powodu organizuje się je w ostatnim roku szkoły, tuż przed rozpoczęciem obowiązkowej służby wojskowej - wyjaśniła.
W podobny sposób o izraelskim systemie edukacji opowiadał mi profesor Omer Bartov, izraelski badacz ludobójstwa związany z Uniwersytetem Browna. W wywiadzie opublikowanym w magazynie "DGP" mówił:
Pokolenia Izraelczyków uczy się, aby bali się kolejnego ludobójstwa. Oni nie widzą świata takim, jaki jest. Patrzą przez pryzmat Auschwitz. I uważają, że jedynym sposobem na zwalczanie zagrożeń - wyobrażonych lub prawdziwych - jest wykluczanie innych ludobójców. To okropny model edukacji. Tuż po utworzeniu Państwa Izrael wyglądało to inaczej. Odczuwano wstyd, że nasi ludzie poszli na rzeź jak owce, a bronili się tylko nieliczni. Mniej więcej w latach 80. stało się to swego rodzaju narzędziem edukacyjnym. Dodajmy, że Izraelczycy po ukończeniu szkoły odbywają służbę w charakterze żołnierzy okupacyjnych. Wygląda to tak, że np. włamują się do domów Palestyńczyków o czwartej nad ranem, niszczą dziecięce zabawki, terroryzują starszych ludzi i upokarzają resztę. Prowadzi to do dehumanizowania Palestyńczyków, ale w efekcie odczłowiecza też ich samych. Oczywiście nie jestem przeciwny studiowaniu Holokaustu. Sam uczyłem o nim przez większość życia.
Bartov wskazywał też, czym różni się nauka o Holokauście w Izraelu od tej w Stanach Zjednoczonych:
W USA uczy się o Holokauście, aby wspierać różnorodność i tolerancję, budować zrozumienie dla innych grup. W Izraelu panuje przekonanie, że musimy się trzymać wyłącznie w gronie Żydów, otoczyć się drutem kolczastym i wyposażyć w broń, aby chronić się przed powtórką z historii, która może się zdarzyć w każdej chwili. Właśnie dlatego mówi się, że 7 października był najgorszą rzeczą, jaka przydarzyła się Żydom od Holokaustu. Taka narracja dowodzi jednak, że jej zwolennicy nie mają empatii wobec innych. W wojnie w Gazie nie ma dla Izraelczyków żadnej granicy. Żyją w poczuciu, że ich działania są całkowicie usprawiedliwione. Mają w sobie wiele gniewu. Chcą zniszczyć eksklawę niezależnie od tego, że uważają rząd Izraela za skorumpowany i niekompetentny. Nie przejmują się losem niewinnych ludzi. To rezultat indoktrynacji związanej z okupacją i fiksacją na punkcie Holokaustu.
Z perspektywy rządu system nauczania jest jednak niezwykle skuteczny. Szkoły wypuszczają w świat przestraszonych obywateli, skłonnych wiernie wspierać nawet najbardziej wątpliwe moralnie działania państwa. Ludzi, którzy nie widzą w Palestyńczyku drugiego człowieka. (...)
Posłuchaj: