Watykan najbardziej boi się... kobiet. "Policja pilnowała nas prawie jak terrorystek"
Na synodzie w Rzymie katolickie feministki walczą o to, by głos kobiet w Kościele był lepiej słyszalny. - Nie zgadzamy się na krzywdę, na dyskryminację, na wyłączenie kogoś z posługi tylko dlatego, że nie ma penisa - mówiła w tokfm.pl Maja Szwedzińska, jedna z protestujących.
"Puk, puk. Kto tam? Ponad połowa Kościoła" - z takim hasłem katolickie organizacje feministyczne przeszły kilkanaście dni temu przez Watykan, domagając się głosu kobiet w Kościele. Ma to związek z odbywającym się aktualnie w Rzymie synodem o synodalności. W zgromadzeniu bierze udział 368 uczestników i uczestniczek z prawem głosu, w tym 272 biskupów i 168 przedstawicieli konferencji episkopatów z różnych krajów, którzy dyskutują o przyszłości Kościoła.
"Już pierwsze dni synodu pokazały, że kobiety to trochę kwiatek do kożucha"
W 2018 roku, podczas synodu o rodzinie, kobiety także protestowały. Domagały się tego, by na synodzie mogło głosować chociaż pięć przedstawicielek zakonów żeńskich. - W tej chwili na synodzie są już obecne kobiety z prawem głosu, są delegatki, ale to nadal jest mniejszość. Papież Franciszek kiedyś powiedział, że "kobiety teolożki są jak truskaweczki na torcie". I trochę tak te kwestie kobiece są traktowane. OK, dopuściliśmy kobiety, ale już pierwsze dni synodu pokazały, że to kwiatek do kożucha. Kwestie posługi i roli kobiet w Kościele nadal są traktowane strasznie konserwatywnie. I chciałyśmy na to zwrócić uwagę - powiedziała w rozmowie z tokfm.pl jedna z uczestniczek protestu - Maja Szwedzińska ze stowarzyszenia Tekla.
Bo - jak dodała - "to miał być synod o słuchaniu, a kobiety nadal nie są wysłuchiwane". - Jedna z organizacji położyła nawet dywan z napisem: "Franciszku, słuchaj". A my - jako Tekla - bardzo aktywnie brałyśmy udział w czymś, co nazywało się sanktuarium słuchania. Czyli w tworzeniu takiej przestrzeni, gdzie osoby, które czują się niewysłuchane w Kościele, mogły opowiedzieć swoją historię. I to nie na zasadzie koncesjonowanej, że sami wybieramy delegatów i będziemy rozmawiać tylko z tymi, którym pozwolimy zabrać głos - opisywała Szwedzińska.
Polska delegacja na synod bez kobiet
Rozmówczyni tokfm.pl zwróciła przy tym uwagę, jak wygląda polska delegacja na synod. Przypomnijmy, że delegatami KEP na ostatnie zgromadzenie zostali: biskup gliwicki Sławomir Oder, metropolita warmiński abp Józef Górzyński i biskup pomocniczy diecezji warszawsko-praskiej Jacek Grzybowski. Ponadto z nominacji papieskiej w obradach bierze udział metropolita łódzki kard. Grzegorz Ryś, a jako prefekt Dykasterii ds. Miłosierdzia - kard. Konrad Krajewski. Świeckim reprezentantem na synod o synodalności został filozof prof. Aleksander Bańka.
Taki skład oburza katolickie feministki. - Z Polski na synod nie pojechała żadna kobieta. A wystarczy zajrzeć do pierwszego z brzegu kościoła, żeby zobaczyć, że większość wiernych stanowią właśnie kobiety. Świecka osoba, którą wybrano, to profesor filozofii. Średnio reprezentujący chyba ogół wiernych. A jedyna Polka, która pojechała na synod [Julia Osęka - red.], udała się tam jako przedstawicielka Ameryki Północnej - stwierdziła rozmówczyni tokfm.pl.
Diakonat kobiet. "Nadzieje rozbudzone i niezaspokojone"
Przedstawicielka Tekli wskazała, że bardzo bolesną informacją było to, że na synodzie ukrócono dyskusję nad diakonatem kobiet. - To nadzieje rozbudzone i niezaspokojone - mówiła Szwedzińska. Przypomnijmy, w Kościele katolickim diakonat to święcenia uprawniające do sprawowania niektórych czynności kapłańskich.
Jak opisywała w TOK FM inna ze współorganizatorek protestu - Zuzanna Radzik - ona oraz kobiety z Women's Ordination Worldwide postulowały o ordynację kobiet, diakonatu, ale też prezbiteratu (prezbiter to przede wszystkim współpracownik biskupa). - Nasz marsz odbył się pt. "Dlaczego nie ja", "Dlaczego nie ona", ponieważ nie możemy realizować naszych powołań w Kościele - powiedziała w rozmowie z Anną Piekutowską katolicka teolożka i publicystka ze stowarzyszenia Tekla.
Protest kobiet w Rzymie. "Biskupi udawali, że nas nie ma"
Marsz katolickich feministek wprawdzie nie dotarł do samego Watykanu, ale wygląda na to, że został tam w jakiś sposób zauważony. - Miałyśmy gigantyczną obstawę policji. To jest moment, w którym można poczuć swoją siłę. Bo jeśli 50 kobiet jest takim zagrożeniem dla instytucji watykańskich, że nie jesteśmy dopuszczane bliżej niż ileś tam wyznaczonych przez policję metrów, to może same siebie nie doceniamy - śmiała się Szwedzińska.
Bo - w jej ocenie - było to absurdalne. - Pielgrzymów na placu Świętego Piotra jest kilka tysięcy, nas było kilkadziesiąt i nie mogłyśmy tam wejść, pilnowała nas policja, prawie jak terrorystki. Przy czym naszą jedyną bronią były wachlarze - opisywała. Jak wskazała, każda z kobiet mogła wybrać ten [tj. z takim hasłem - red.], z którym czuła się najlepiej. - Ja szłam z napisem "Why not her" ("Dlaczego nie ona"), bo osobiście nie czuję, że mam powołanie do kapłaństwa czy do diakonatu. Natomiast znam kobiety, które takie powołanie mają i bardzo się zmagają z niemożnością jego realizacji - wyznała katolicka feministka.
Szwedzińska opisywała, że w Rzymie spotkały się z bardzo życzliwym przyjęciem przechodniów. - Zdarzały się osoby, które skandowały z nami nasze hasła, szły z nami. Natomiast biskupi udawali, że nas nie widzą. Przechodzili koło nas i udawali, że nas nie ma - opowiadała.
"Katolicki feminizm, czyli łaska wk**rwu"
Z kolei Zuzanna Radzik wskazała, że podczas relacjonowania pobytu w Rzymie spotykała się z reakcjami, które można podzielić na dwie grupy. - Pierwsza: "Jesteście tam w moim imieniu - bardziej wy niż reprezentacja polskiego episkopatu, w której są sami mężczyźni". A drugi: "To bez sensu. To jest przemocowa, patriarchalna instytucja, wyjdźcie stamtąd, to zawracanie głowy". Przyznam, że pierwszy raz chyba mi puściły nerwy i zaczęłam odpowiadać na te drugie. Że taka reakcja chyba nie jest feministyczna, a bardzo protekcjonalna - oburzyła się teolożka.
I tłumaczyła, że bycie katolicką feministką to dla niej sposób na pozostanie w Kościele. - Z całą świadomością, jaki on jest. Ale bez wymuszenia jakichś mechanizmów będzie to potencjalnie struktura dalej krzywdząca. Wydaje mi się pewnym luksusem dla mnie - jako katoliczki - zostawienie tej sprawy i znalezienie sobie fajniejszego miejsca, bez próby naprawienia tego. Nawet jeśli jest to skazane na wiele niepowodzeń. Bo Kościół katolicki dotyczy miliarda trzystu milionów ludzi na świecie. Ponad połowa z nich to kobiety. To jest duży cel feministyczny, to nie jest błahe - przekonywała Radzik.
Dlatego, jak mówiła, bardzo zależało jej, żeby pojechać do Rzymu i zabrać tam delegację z Polski. - Było nas 11, więc to całkiem nieźle. Dużo osób pojechało na własny koszt. Żeby poczuć się na chwilę wspólnotą z dziewczynami z innych części świata, poznać je i zrozumieć, z czym przyjeżdżają - wyjaśniła członkini stowarzyszenia Tekla i publicystka katolicka.
Choć każda ze zbuntowanych kobiet ma własną motywację, to poczucie odpowiedzialności za wspólnotę łączy Zuzannę Radzik z Mają Szwedzińską. Szwedzińska ma także swoją osobistą, trudną historię walki z katolickim patriarchatem, którą opisywaliśmy na tokfm.pl. - Osobiście mam takie poczucie, że jestem już na tyle silna, że jestem w stanie się tą siłą dzielić z innymi kobietami, którym dzieje się krzywda. Dzielić się swoimi doświadczeniami, że nauka Kościoła bardzo nas socjalizuje do pewnych ról społecznych, że bycie wychowywanym w polskim, kulturowym katolicyzmie czasem powoduje traumy. Myślę, że oddzielenie się teraz od tego Kościoła, byłoby jak pozostawienie moich sióstr - wskazała.
Według niej "to trochę tak, jakby udawać, że nie wiemy, co się dzieje u sąsiada, który biję żonę albo krzyczy na dzieci". - Wolę zostać w tym bloku i od czasu do czasu do tego sąsiada zapukać, i powiedzieć: "Słuchaj, możemy razem walczyć, a nawet jeśli nie przewalczymy, to możemy głośno mówić, że tak nie wolno" - opisywała rozmówczyni tokfm.pl.
I dodała: "Pojechałyśmy do Rzymu, bo mogłyśmy". - Nie dlatego, że ktoś nas tam zapraszał, ale dzięki wsparciu różnych osób, które zrzuciły się, żeby część z nas miała tam zapłacony nocleg. Dlatego mogłyśmy pokazać, że obok tego wielkiego blichtru jest duża część Kościoła, która nie do końca jest w tej bajce, którą narzuca hierarchia - podkreśliła.
Szwedzińska przyznała, że nie ma jednak wielkiej nadziei na zmianę. - Jakieś resztki tej nadziei jeszcze we mnie są, choć nie wierzę, że to się stanie za mojego życia i pewnie nie za życia mojej córki. Ale protestujemy, bo mamy coś, co czasem nazywamy "łaską wk***u", czyli niezgody na krzywdę, na dyskryminację, na wyłączenie kogoś z posługi tylko dlatego, że nie ma penisa albo zakochał się w osobie nie takiej płci, którą Kościół by chciał. Na to wszystko nie ma we mnie zgody - podsumowała katolicka feministka.
Przypomnijmy - to druga sesja XVI Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów, które odbywa się pod hasłem "Ku Kościołowi synodalnemu: komunia, uczestnictwo i misja". Proces synodalny rozpoczął się w 2021 roku i był kilkuetapowy. Po raz pierwszy w historii objął on w Kościele trzy fazy: lokalną, kontynentalną i powszechną. Pierwsza część synodu w Watykanie odbyła się przed rokiem. Obecna zakończy się 27 października przyjęciem dokumentu podsumowującego obrady.