Piła "dziesięciodniowymi ciągami". Po tym pytaniu "zapaliła jej się czerwona lampka"
"Pod koniec miałam już tak rozregulowany organizm, że czasami nie zdążyłam na czas do toalety, więc już spałam bez ubrania. Piłam ten alkohol i wymiotowałam nim do kubka, a później piłam z powrotem to, co zwymiotowałam. Czułam się już tak potwornie źle, że nic mnie nie obchodziło, po prostu musiałam sobie dostarczyć jakąkolwiek dawkę alkoholu, żeby wytrzymać kolejne sekundy" - opowiada Marta Penny, jedna z bohaterek książki "Polka na odwyku" Marka Sekielskiego.
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Polka na odwyku" autorstwa Marka Sekielskiego wydanej 6 listopada 2025 roku nakładem Prószyński i S-ka.
Marek Sekielski: Marto, zaczęłaś pić jako nastolatka, w szkole podstawowej, tak?
Marta Penny: Tak, taka wczesna nastolatka. Nie pamiętam dokładnie, ile miałam lat, ale pamiętam, że po tym, jak pierwszy raz się upiłam, a do wódki wtedy zapaliłam też papierosa, chorowałam przez tydzień. Zatrułam się strasznie. Ale już niedługo później regularnie piliśmy ze znajomymi wino na długiej przerwie, na trawniku za szkołą.
Uzależnienie rozkręciło się u ciebie już po wyjeździe do Anglii czy wcześniej?
Jak wyjechałam do Anglii, zaczęło się robić naprawdę nieprzyjemnie. To był 2004 rok, wakacje studenckie. Pojechałam, żeby zarobić i wrócić. Ale że nie udało nam się znaleźć od razu pracy, wzięłam urlop dziekański i zostałam na rok. Później jeszcze wróciłam, dokończyłam studia i w 2007 roku wyemigrowałam do Anglii już świadomie. To były trzy lata dramatycznego picia.
I co, wróciłaś do Polski?
Wróciłam do Polski na chwilę, chociaż "wróciłam" to za dużo powiedziane. Musiała po mnie przylecieć moja siostra, bo samodzielnie właściwie wtedy nie funkcjonowałam. Byłam w swoim pierwszym ciągu alkoholowym, jednym z najgorszych w życiu, i nie wiedziałam, co to jest, co się ze mną dzieje. Wiedziałam, że piję, ale nie wiedziałam, jak bardzo jest źle.
Spróbujesz to opisać? Bo ciągi mają różny przebieg.
U mnie schemat wyglądał tak, że zamykałam się w domu i piłam dziesięciodniowymi ciągami. Zwykle był jakiś powód, chociaż nie pamiętam, od czego zaczął się ten pierwszy, najgorszy ciąg. Ale przez dziesięć dni wychodziłam z domu tylko po alkohol, poza tym piłam i spałam.
Ile miałaś wtedy lat?
Dwadzieścia siedem. Wtedy miałam jeszcze partnera, pracowałam na lotnisku jako barmanka i potrafiłam pić w pracy wino ze schowanego pod barem kubka. Potem zaczęłam pracować jako nauczycielka - uczyłam angielskiego obcokrajowców, to były takie zajęcia dla dorosłych. W tamtym czasie już zaczęło się takie ostre picie. Moja siostra, która wcześniej też była w Londynie, zjechała do Polski, i zostałam sama z partnerem - a później z kolejnymi facetami. Czułam się bardzo samotna. Pamiętam, jak rano, przed pracą, musiałam pójść do sklepu kupić sobie na przykład butelkę amaretto, bo wydawało mi się, że amaretto to nie jest alkohol. Miałam makijaż, porządne ciuchy, skórzane rękawiczki - i siadałam z tyłu w autobusie, i musiałam wypić tę flaszkę, żeby bez trzęsawki wejść do tej szkoły. Chociaż zdarzało się, że mówiłam: "Przepraszam, dziś nie dam rady" i wracam do domu. Czasami prowadziłam zajęcia, ale w torbie miałam trzy albo cztery małe buteleczki Jacka Danielsa. Piłam je w przerwie, żeby się nie rozlecieć.
I byłaś w stanie prowadzić zajęcia?
Tak, co więcej - według mnie nikt tego nie widział. Chociaż raz jedna z moich uczennic - to była akurat Hinduska, a oni nie piją alkoholu - zapytała mnie, co jadłam. Wiem, że po prostu czuła ode mnie przetrawioną wódkę. Wtedy pierwszy raz zapaliła mi się czerwona lampka, że coś chyba nie gra. Zadziwia mnie to do tej pory, bo ja piłam tak, że po prostu mogłam zejść - i nie wiedziałam dlaczego. Bo nie chciałam umrzeć, po prostu nie mogłam przestać pić.
Siostra przyleciała po ciebie wtedy, żeby zabrać cię do Polski, bo nie byłaś w stanie przestać pić?
Tak, nie byłam w stanie przestać pić. Z tego co pamiętam, ale też z tego, co słyszałam, któregoś dnia po prostu zadzwoniłam do mojej mamy i powiedziałam, że potrzebuję pomocy. Ale tak bełkotałam, że mama nie do końca mnie rozumiała. Później już nie miałam telefonu, bo zapłaciłam nim za taksówkę, którą wracałam ze szpitala. Bo ja w tych moich ciągach, jak nie mogłam przestać pić, dzwoniłam po karetkę, żeby ktoś mnie zabrał. A że karetka nie przyjeżdża po pijanych, zawsze mówiłam, że mam problemy z oddychaniem. Przyjeżdżali i zabierali mnie do szpitala. Tam dostawałam jakieś kroplówki, pamiętam też, że prosiłam, żeby mnie przypinali pasami, żebym nie mogła uciec. Rano wypuszczali mnie w kapciach, a ja wsiadałam w taksówkę i jechałam prosto do sklepu, żeby się nie rozpaść. Ja w ciągu odwróciłam sobie dzień i noc. Wstawałam o piątej i jak w amoku, z naciągniętym na twarz kapturem, chodziłam dookoła osiedla, czekając, aż otworzą sklep. Później trzęsącą się ręką odliczałam pieniądze za piwo i wracałam do domu pić. W nocy się budziłam i żeby nie oszaleć, co pół godziny się kąpałam, bo to mnie rozluźniało. Pod koniec miałam już tak rozregulowany organizm, że czasami nie zdążyłam na czas do toalety, więc już spałam bez ubrania. Piłam ten alkohol i wymiotowałam nim do kubka, a później piłam z powrotem to, co zwymiotowałam. Czułam się już tak potwornie źle, że nic mnie nie obchodziło, po prostu musiałam sobie dostarczyć jakąkolwiek dawkę alkoholu, żeby wytrzymać kolejne sekundy. Ale zazwyczaj po takich dziesięciodniowych ciągach po prostu się ogarniałam, wracałam do pracy i jakoś funkcjonowałam - aż do następnego ciągu.
I nie miałaś żadnych konsekwencji w pracy? Bo jednak znikałaś na parę dni.
Zawsze coś wymyślałam, żeby uniknąć konsekwencji. Miałam na tyle przytomności umysłu, żeby na przykład zadzwonić i powiedzieć, że mam problemy rodzinne albo że jestem w szpitalu. Byłam chyba na tyle lubiana, że - czy mi wierzono, czy nie - przymykano na to oko.
Co się działo po tym pierwszym ciągu, jak już siostra zabrała cię do Polski?
Jeszcze w Anglii pojechałyśmy do szpitala. Byłam już wtedy wychudzona, cała się trzęsłam. Pielęgniarka dała mi jakieś niebieskie tabletki, żebym mogła wsiąść do samolotu, i zaleciła dwie puszki piwa. A potem pojechałyśmy na lotnisko. Przy przechodzeniu przez bramkę tak potwornie się telepałam, że aż ktoś z obsługi zwrócił na mnie uwagę - powiedział, żebym się nie bała, że samolot jest bezpieczny, a ja się nie bałam, po prostu miałam takie drgawki, że nie byłam w stanie sobie butów rozwiązać. Pamiętam, jak usiadłyśmy w pubie, czekając na lot, zamówiłyśmy po burgerze i siostra kupiła mi piwo, bo wiedziała, że muszę się czegoś napić. Wypiłam kilka łyków przez słomkę, bo nie byłam w stanie utrzymać puszki, i wszelkie symptomy ustały jak ręką odjął. Przestało mnie trząść, mogłam spokojnie zjeść burgera. I wtedy zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak.
Piwo zadziałało jak lekarstwo.
Dokładnie tak.
Wiesz, po co piłaś?
Żeby chociaż przez chwilę poczuć ulgę, zanim znów zacznie się piekło. I jeżeli ktoś by mnie zapytał, jak wygląda piekło, to właśnie tak - nie mogę żyć, nie mogę umrzeć, nie mogę być, nie mogę wyjść, nie mogę wstać, nie mogę zasnąć, nie mogę być obecna.
A dlaczego po takich potwornie eksploatujących ciągach znowu zaczynałaś pić?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Wtedy robiłam to zupełnie nieświadomie. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, że to była samotność. Rodzina była tutaj, ja tam… Wtedy myślałam, że poradzę sobie bez nich, odetnę się od korzeni, zbuduję sobie nowe życie. Miałam poczucie, że oni mnie nie chcą, a ja ich nie chcę jeszcze bardziej. Zazwyczaj zaczynało się od tego, że poszłam z kimś na imprezę, za dużo wypiłam, rano czułam się bardzo źle, więc kupowałam kolejne piwo, a potem kolejne. I po prostu nie byłam w stanie wytrzeźwieć.
Ile lat już nie pijesz?
Jedenaście.
I nie próbowałaś nigdy dojść do tego, co tobą kierowało? Co się kryło za tym piciem? Bo to chyba dość istotne, żeby rozpracować te schematy, wejrzeć w siebie.
Tak naprawdę myśl, żeby wejrzeć w siebie, pojawiła się dopiero przy trzecim ciągu. Wtedy byłam już w Anglii na stałe. Po tym pierwszym zapiciu poszłam na terapię uzależnień, taką indywidualną, do doktora Tomasza Wolferta w Łodzi. Później myślałam, że już jest okej - wyjechałam z powrotem do Anglii. No, ale nie było okej. To był dopiero wierzchołek góry lodowej. (...)
To po co ten alkohol był w sumie?
Po to, żebym mogła być w towarzystwie.
No tak, tylko o ile za młodu byłaś w towarzystwie, o tyle później piłaś już tylko w swoim barłogu…
Tak. Ale to już było dużo później. Wtedy już nie wiedziałam, dlaczego piję. Po prostu piłam.
Kiedy wzięłaś się w garść?
Po ostatnim dziesięciodniowym ciągu. Wtedy, kiedy się wystraszyłam, że się do tego przyzwyczajam, że moje życie będzie już tak wyglądać do końca - do niedalekiego końca. Poszłam do przychodni, zapisałam się na wizytę. Musiałam być trzeźwa chyba miesiąc, a potem zaczęłam chodzić na mitingi.
Jak to wygląda w Anglii? Bo rozumiem, że to tam trzeźwiałaś?
Tak. W Anglii działa Recovery Service, czyli instytucja zajmująca się pomocą uzależnionym, osobom w kryzysie bezdomności i tak dalej. Zaczęłam chodzić do nich na warsztaty. Byli tam ludzie z różnych środowisk - od mam, które popijały wino po szkole, przez biznesmenów, po panów pracujących na budowie. I ja po prostu się tam odnalazłam. Zrozumiałam, że nie ja jedna mam problem - że jest mnóstwo takich ludzi. I że to są zwyczajni ludzie, nie bezdomni, którzy śpią na ulicy. Poczułam się częścią czegoś i chyba to mnie uratowało.
Mówiąc o warsztatach, masz na myśli zajęcia, na których uczysz się o teorii uzależnień, o różnych mechanizmach, czy to jest grupa, społeczność, gdzie ludzie mówią o swoich problemach?
I to, i to. To takie połączenie wiedzy teoretycznej na temat uzależnień, choć raczej ogólnej, ze spotkaniami grupowymi. To tak, jakby wziąć miting AA i dołożyć do niego tablicę z markerami i prowadzącego. Z jednej strony wszyscy opowiadają swoje historie, dzielą się doświadczeniami, komentują, a z drugiej prowadzący opowiada o tym, jak wygląda uzależnienie, co to jest cykl zmian, jakie są jego fazy, po czym je rozpoznać. Czasami są jakieś zadania, na przykład robiliśmy kolaże i tym podobne rzeczy.
A przeszłaś w tym procesie zdrowienia taką konkretną psychoterapię?
Nie - i to chyba właśnie różni leczenie w Anglii od tego w Polsce. W Anglii pomoc jest oparta na interwencjach psychospołecznych, które dają podstawową wiedzę na temat tego, jak działa uzależnienie. Oczywiście jest też opieka, są zajęcia z psychologiem, ale to jest ograniczone czasowo, na przykład trwa sześć tygodni i to wszystko.
I to jest skuteczne długofalowo? Bo jednak sześć tygodni dla osoby pijącej to nie jest dużo. Często walczy się miesiącami, a nawet latami, żeby nie wrócić do alkoholu. Ludzie w takim systemie rzeczywiście trzeźwieją trwale?
Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie rzeczywiście trzeźwieją, natomiast dla wielu z nich jest to po prostu styl życia. Na zasadzie: chodzę na warsztaty, pracuję nad sobą, potem zapijam, potem wracam na warsztaty. Na pewno dużą robotę robią mitingi - na nich najwięcej osób trzeźwieje, pracując z metodą dwunastu kroków, ze sponsorem. To, czego na pewno bardzo mi brakowało, to dogłębna praca psychologiczna, taka do korzeni, która pozwala się dokopać do istoty problemu, do tego, gdzie to się zaczęło. Żeby przepracować temat rodziców, dzieciństwa, rozebrać to warstwami, jak cebulę. Tego w Anglii nie ma. (...)
Posłuchaj: