Dzieci płaczą i wymiotują z powodu antyaborcyjnej furgonetki. Rodzice idą do sądu
Protesty organizowane przez fundację Pro-Prawo do życia przed szpitalem w Oleśnicy (jednym z niewielu w tej części kraju, gdzie przeprowadzane są legalne aborcje) mają poważny wpływ na dzieci uczęszczające do pobliskiej szkoły podstawowej. Jak relacjonuje Gazeta Wyborcza, 'sześciolatek pyta, czy to prawda, że w szpitalu zabijają dzieci'. 'Już nigdy nie chce iść do lekarza. Jego koleżanka boi się, że ją też zabiją' - czytamy. Dzieci 'płaczą, jedno wymiotuje, inne zaczęło się moczyć w nocy'.
Szkoła Podstawowa nr 1 w Oleśnicy mieści się naprzeciwko miejscowego szpitala, przed którym często odbywają się demonstracje fundacji Pro-Prawo do życia. Z czasem na prośbę rodziców burmistrz miasta przestał wydawać pozwolenia na protesty, a podczas kolejnych zaczęli pojawiać się urzędnicy, Gdy uczestnicy manifestacji nie zareagowali na informacje o jej rozwiązaniu, policjanci zaczęli wystawiać mandaty, ale to rozwiązanie doraźne. Wokół szpitala często krąży furgonetka ze zdjęciami zakrwawionych płodów, a hasła z jej megafonu przeszkadzają w lekcjach nawet przez zamknięte okna. W efekcie rodzice wystąpili przeciwko fundacji na drogę sądową.
Znamy opinię Polaków na temat aborcji na życzenie. Ponad połowa badanych popiera pomysł [SONDAŻ]
Rodzice zdecydowali, że sprawa działań fundacji powinna trafić do sądu. Mec. Katarzyna Politańska-Torz, która prowadzi sprawę pro bono 'w pozwie (...) zarzuca fundacji zakłócanie spokoju publicznego i narażenie małoletnich dzieci na niebezpieczeństwo uszczerbku na zdrowiu psychicznym, podkreślając, że ich działanie było na nie celowo ukierunkowane'.
Fundacja Pro-Prawo do życia nie odpowiada na pytania o protesty w Oleśnicy, a na swojej stronie internetowej bagatelizuje problem: 'Wielokrotnie mieliśmy okazję przekonać się, że dzieciom, którym udało się urodzić, obrazy ofiar aborcji nie szkodzą, a nawet rozwijają ich wrażliwość'.
Uczniowie liceum zbulwersowani zachowaniem działaczy pro-life. 'To był dla nas szok'