Skoki narciarskie w centrum Polski. "Jesteśmy ewenementem w skali kraju"
Pomysł narodził się w 2009 roku. Gabriel Grzejszczak i jego przyjaciele marzyli, aby latać jak Adam Małysz. Mieli po kilkanaście lat. - Cała Polska żyła 'małyszomanią', skoki narciarskie zawładnęły sercami wszystkich. Pragnęliśmy zrobić coś w tym kierunku - wspomina Gabriel.
Chłopcy wzięli sprawy w swoje ręce. Dowiedzieli się, że w Łodzi wiele lat wcześniej istniała skocznia narciarska na Rudzkiej Górze. Była niewielka (około 15 metrów). - Zaczęliśmy ją remontować, aby w ogóle można było oddać tam jeszcze jakikolwiek skok. Na początku była to młodzieńcza samowolka. Przyjeżdżaliśmy z łopatami i kopaliśmy. Mieszkaliśmy w podłódzkich Pabianicach, więc dojeżdżaliśmy tramwajem. Później jednak musieliśmy nasze działania sformalizować i toczyliśmy rozmowy zarówno z wydziałem edukacji, jak i z dzierżawcą terenu, którym był właściciel restauracji znajdującej się w pobliżu na Rudzkiej Górze. I udało się - opowiada Grzejszczak. Skocznię doprowadzili do stanu, który zapewniał bezpieczeństwo. - To było najważniejsze - podkreśla nasz rozmówca.
Już rok później - w styczniu 2010 - odbyły się na niej pierwsze zawody. Były to Mistrzostwa Polski Centralnej w Skokach Narciarskich. Gabriel Grzejszczak nie brał w nich udziału. Zaczął trenować tuż przed tym wydarzeniem, więc jego umiejętności były jeszcze niewystarczające. - Była jednak grupa takich pasjonatów, którzy wcześniej pojechali do Szczyrku, aby trenować pod okiem profesjonalnych instruktorów skoków narciarskich - wspomina.
Mój pierwszy skok
Ale i Grzejszczak szlifował umiejętności. Swój pierwszy skok wspomina z ogromnym sentymentem. - Był to metr, może trochę więcej. Dziś powiedziałbym, że był to taki przejazd przez próg z próbą wybicia się - śmieje się. - Pamiętam, że siedziałem na tej belce chyba z 15 minut, mimo że trener już machnął ręką. Bałem się strasznie - dodaje.
Dziś potrafi skoczyć kilkadziesiąt metrów. - Dla mnie najgorszy moment to ten, kiedy puszczam się belki startowej. Wtedy już wiem, że nie ma odwrotu i nie zatrzymam się. Jedziesz i musisz być pewnym siebie, szczególnie na progu - opowiada.
W niedługim czasie od swojego pierwszego skoku Gabriel Grzejszczak pojechał do Zakopanego. Tam oddał skok na profesjonalnym sprzęcie, w kombinezonie dla skoczków narciarskich, na skoczni K-15 w Zakopanem. - Później z każdym rokiem, jeżeli czas pozwolił, zimą i latem był organizowany taki wyjazd. Brałem też udział w zawodach dla amatorów. Z czasem skakałem coraz częściej, z coraz większych skoczni i coraz dalej - mówi.
Grzejszczak przyznaje jednak, że w skokach z roku na rok ogarnia go coraz większy strach. - To przychodzi z wiekiem. Boję się, żeby nic sobie nie zrobić, nie mieć kontuzji. Z drugiej strony ta adrenalina jest czymś, czego człowiek potrzebuje w życiu - mówi.
Jeżdżą w góry, aby skakać
Dziś skoczni na Rudzkiej Górze już nie ma. Pasjonaci ze skakania jednak nie zrezygnowali. Mało tego, zdecydowali się zawiązać klub o nazwie "Skocz po marzenia". Od kilku tygodni są zarejestrowani w Polskim Związku Narciarskim. - Mamy licencję skoczków narciarskich, więc nie różnimy się już od Kamila Stocha czy Dawida Kubackiego. Oczywiście z formalnego punktu widzenia, bo w samych skokach jesteśmy "trochę" słabsi - uśmiecha się Grzejszczak.
Klub ma siedzibę w Pabianicach i stąd ma najwięcej członków. Są też osoby z Łodzi i Zgierza. Jeden z klubowiczów ma uprawnienia trenerskie. Raz w roku organizują otwarty, weekendowy wyjazd w góry. - Tam jest bezpiecznie, są odpowiednio przygotowane skocznie i obiekty z wyciągiem do trenowania - potwierdza nasz rozmówca. W wyjazdach biorą udział zarówno małe dzieci, jak i dorośli.
Zawodnicy klubowi biorą udział w amatorskich zawodach. Najczęściej w tych organizowanych w Polsce, ale wyjeżdżają również za granicę, np. na Mistrzostwa Świata Weteranów w Planicy (Słowenia) czy do Brandenburgii (Niemcy). - W tej chwili nasi zawodnicy skaczą już ze skoczni 60- czy 70-metrowych. Skaczą więc nawet 50 metrów - chwali się nasz rozmówca.
Co dalej?
Założycie chcą, żeby klub "Skocz po marzenia" się rozwijał. Cieszy ich, że sam Adam Małysz przyjął ich do PZN. Od niego dostali również kombinezony, w których skakał kiedyś w zawodach. Wielokrotnie z nim rozmawiali. - Chcemy stworzyć bazę wypadową dla osób z aglomeracji łódzkiej, aby jeździli na tego typu zgrupowania. Będziemy się starać o środki finansowe, abyśmy mogli te skoki narciarskie rozwijać w centralnej Polsce. Jesteśmy ewenementem w skali kraju. Mamy klub skoczków narciarskich na nizinach i przez to jesteśmy bardzo lubiani w górach. Przyjmują nas z otwartymi ramionami - podsumowuje Grzejszczak.