Gdzie się podział "potykacz" znanej fundacji? "Jeden z marszałków przycisnął guziczek"
- Fundacja wydająca portal twierdzi, że otrzymała od urzędnika informacje - przez telefon - że jest zgoda na zajęcie pasa drogi, więc ustawiła "potykacz" ze swoimi tekstami;
- Urzędnicy twierdzą, że decyzja może być wydana dopiero przez dyrektora - na piśmie. I w tej sprawie takiej zgody nie było;
- Wystawa zniknęła. Fundacja Wolności próbowała ustawić ją w innym miejscu, ale tam też nie było pozwolenia.
Czym jest "Jawny Lublin"?
Jawnylublin.pl to portal wydawany przez Fundację Wolności, która od lat walczy o jawność w życiu publicznym. Ściśle współpracuje m.in. z Siecią Obywatelską Watchdog Polska. Redaktorką naczelną portalu jest Agnieszka Mazuś, wieloletnia dziennikarka "Dziennika Wschodniego", z którego musiała odejść po tym, jak większościowym udziałowcem został jeden z deweloperów. Pracę stracił wtedy też wieloletni redaktor naczelny tej gazety - Krzysztof Wiejak i on również dołączył do "Jawnego Lublina".
Fundacja Wolności postanowiła przygotować wystawę plenerową o "Jawnym Lublinie". Wystąpiono do miasta z wnioskiem o możliwość zajęcia pasa drogowego przy deptaku na ul. Wróblewskiego. Jak słyszymy w Zarządzie Dróg i Mostów, miał tam stanąć - zgodnie ze złożonym wnioskiem - trójnóg o treści kulturalno-społecznej.
Fundacja utrzymuje, że dostała z ZDiM telefon - od jednego z pracowników - że dokumenty są w porządku i zgoda na ustawienie "potykacza" zostanie wydana. - Uznaliśmy, że skoro zgoda już jest, to możemy nasz trójnóg ustawić. Następnego dnia kolega pojechał do Zarządu Dróg i Mostów po zgodę na piśmie i okazało się, że z decyzji się wycofano - mówi nam prezes Fundacji Wolności Krzysztof Jakubowski.
Dlaczego nie było zgody na "potykacz" od "Jawnego Lublina"?
Monika Fisz z Zarządu Dróg i Mostów tłumaczy TOK FM, że telefon (o którym mówili przedstawiciele fundacji) wykonał pracownik prowadzący sprawę merytorycznie. Ostatecznie jednak, jak dodaje, decyzje zawsze podpisuje dyrektor i tu takiej zgody nie było. Dlaczego?
Urzędniczka informuje, że wystawa nie była zgodna ze złożonym wnioskiem. - Nasi inspektorzy byli na miejscu i - po wcześniejszych sygnałach od mieszkańców - potwierdzili, że na ul. Wróblewskiego rozstawiono coś, co ma charakter ewidentnie reklamowy, a nie - jak wskazano w złożonym wniosku - kulturalno-społeczny. Ponadto "potykacz" rozstawiono mimo, że fundacja nie dostała od nas zgody na piśmie - tłumaczy w rozmowie z TOK FM Monika Fisz. I podkreśla, że tego typu stojaki można ustawiać dopiero po uzyskaniu pisemnej zgody, bo od tego momentu naliczane są opłaty za zajęcie pasa drogowego.
Agnieszka Mazuś, redaktorka naczelna "Jawnego Lublina" odpowiada, że wystawa, którą przygotowano, to żadna reklama. Prezentowano na niej ostatnie papierowe wydanie gazety, czyli teksów, które regularnie ukazują się na portalu, a teraz wydrukowano je - w niewielkim nakładzie - w formie papierowej.
- Nie rozumiem, dlaczego utrudnia się nam w ten sposób dotarcie do większej liczby czytelników. Bo o to w tym chodziło. Chcieliśmy to postawić, aby ktoś, kto nie zagląda na naszą stronę, ale też - do kogo nie dotarło wydanie papierowe - miał szansę zobaczyć, że jesteśmy i o czym piszemy (...). A jeśli ktoś szuka powodu, by uniemożliwić nam działanie, to taki powód znajdzie. Po prostu - dodaje Mazuś.
"Jawny Lublin" mówi o "cenzurze"
- Dla mnie ta cała sytuacja jest oczywiście jakąś formą cenzury. Owszem, jest tam nazwa naszego portalu, bo jest to wydanie papierowe naszej gazety. A to oznacza, że siłą rzeczy, jest winieta, są poszczególne strony, jest też stopka redakcyjna. Była też rzeczywiście informacja o tym, że bardzo prosimy o 1,5 proc. podatku, bo z tego się utrzymujemy. Ale to nie jest żadna reklama - przekonuje Mazuś.
W jej ocenie w tej sprawie zadziałał ktoś z góry. - Wiemy, że w mieście nas nie lubią, nie lubi nas władza, ale też część radnych. Odczuliśmy to niejednokrotnie. Nie lubią nas też deweloperzy. To wszystko się nakłada i mamy to, co mamy - twierdzi nasza rozmówczyni.
Jak wskazuje, po tym, jak miasto poinformowało fundację, że trójnóg na deptaku stać nie może, organizacja zwróciła się z pytaniem do Centrum Spotkania Kultur (to marszałkowska instytucja kultury, zarządzana przez ludzi będących w kontrze do prezydenta Lublina (Krzysztof Żuk jest z PO, marszałek jest związany z PiS).
- Dostaliśmy, ustnie, zgodę na rozstawienie naszej wystawy na placu Teatralnym przed CSK. Po południu jeszcze stała, a następnego dnia okazało się, że już jej nie ma - mówi Mazuś.
Jak dodaje, wcześniej od dyrektora CSK Marka Krakowskiego (który lada moment ma się zmienić) usłyszeli, że nie ma nic przeciwko wystawie, skoro występują jako organizacja pożytku publicznego, której zależy na zebraniu środków w ramach 1,5 proc. podatku. - Stwierdził, że gdyby się do niego zgłosiła WOŚP czy Caritas, też by pozwolił. Ale potem jeden z marszałków chyba przycisnął odpowiedni guziczek i trójnóg zniknął - mówi redaktorka naczelna. Z jej informacji wynika, że za decyzją "miał stać wicemarszałek Piotr Breś" (wcześniej przez lata radny Rady Miasta Lublin).
Wysłaliśmy pytania w tej sprawie do Centrum Spotkania Kultur. Odpowiedział nam Michał Mirosław, zastępca dyrektora do spraw artystycznych, a jednocześnie rzecznik CSK. "Oficjalna odpowiedź, w tym pisemna zgoda dyrektora (na prośbę Fundacji Wolności - przyp. red.) nie została udzielona, a tym bardziej nie została zawarta umowa krótkoterminowego najmu pomiędzy CSK a Fundacją Wolności. Pomimo braku formalnego porozumienia, trójnóg z wystawą Fundacji został rozstawiony na terenie CSK tj. placu teatralnym. Nadmieniam, że dyrektor Marek Krakowski nie podjął wiążącej decyzji w tej sprawie, mając na uwadze, że jest to jego przedostatni dzień pracy" - wskazał w przesłanej nam odpowiedzi Michał Mirosław.
Problemy finansowe
To nie pierwsze kłopoty "Jawnego Lublina". Kilka tygodni temu radni miasta złożyli skargę na dziennikarzy do Rady Etyki Mediów.
Ostatnio - jak pisaliśmy na tokfm.pl - Fundacja Wolności właśnie straciła jedno z głównych źródeł dochodu, czyli grant przyznany jej przez Amerykanów na rozwój niezależnego dziennikarstwa. Początkowo strona amerykańska informowała, że to tylko tymczasowe zawieszenie umowy na trzy miesiące, ale dziś wiadomo już, że żadne środki więcej od Amerykanów do fundacji nie popłyną.