,
Obserwuj
Lubuskie

Lekarz z Gorzowa i jego wstrząsająca historia. "Było mi wstyd, że zakładają mi kajdanki"

6 min. czytania
24.06.2024 11:37
- Trudno mi było uwierzyć, że mogę wrócić do zawodu. W areszcie straciłem na to nadzieję. Nie wierzyłem, że ktokolwiek będzie chciał widzieć mnie w pracy, a stało się inaczej - mówi TOK FM Andrij Kaducha, rezydent anestezjologii ze szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. To lekarz, któremu prokuratura postawiła zarzut zabójstwa po tym, jak jednego z pacjentów odłączył od aparatury.
|
|
fot. Anna Gmiterek-Zabłocka

Wstrząsająca historia lekarza z Gorzowa. "W areszcie miałem koszmary"

Dr Andrij Kaducha (zgadza się na podawanie nazwiska) jest rezydentem anestezjologii, pracuje w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim. Pochodzi z zajętego obecnie przez Rosję Mariupola, choć studia medyczne skończył w Charkowie. Już wtedy postanowił, że chce leczyć i pracować w Polsce, dlatego na piątym roku zaczął naukę języka polskiego.

- Zacząłem się też uczyć z polskich podręczników. Wiedziałem od starszych kolegów, że medycyna w Polsce jest na wysokim poziomie, że można się tutaj rozwijać zawodowo, kształcić. Dlaczego wybrałem anestezjologię? Bo niewielu lekarzy chce się zajmować tymi najtrudniejszymi przypadkami, dlatego myślałem albo o medycynie ratunkowej, albo właśnie o anestezjologii i intensywnej terapii - opowiada w rozmowie z TOK FM.

Andrij trafił do Polski na początku 2021 roku. Przyjechał razem z kolegą, też absolwentem medycyny. Musieli zdać Lekarski Egzamin Medyczny, by móc dostać rezydenturę. Najpierw był roczny staż, potem - w 2022 roku - lekarz dostał miejsce rezydenckie na anestezjologii, właśnie w szpitalu w Gorzowie.

Lekarz z Gorzowa wyprowadzony w kajdankach

Sprawę Andrija szczegółowo opisaliśmy na naszym portalu. 9 stycznia w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim operowano 86-letniego pacjenta. Operacja była bardzo poważna, a stan mężczyznym - ciężki. Lekarze musieli mu usunąć jelito cienkie. 27-letni Andrij miał przewieźć chorego z sali wybudzeń na oddział intensywnej terapii. Pacjent się "zatrzymał" - nie było oznak życia. Lekarz sprawdził parametry życiowe i uznał, że chory nie żyje, dlatego odłączył go od aparatury. Donos do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa zgłosił inny rezydent, z tego samego oddziału.

Andrij nie może mówić o szczegółach samej sprawy. Śledztwo, w którym jest podejrzany o zabójstwo, wciąż się toczy, a zarzutu - przynajmniej na razie - nie zmieniono.

- Mój klient nie przyznał się do winy, a teraz walczy o to, by wykazać, że jest osobą niewinną. W toku postępowania zamierzamy udowodnić nasze stanowisko - mówi TOK FM jeden z pełnomocników lekarza mec. Marcin Bręczewski.

Lekarz z Gorzowa z zarzutem zabójstwa. "Nie myślałem, że będę zakuty w kajdanki"

Lekarz przyznaje, że rezydent, który ostatecznie zawiadomił prokuraturę, kilkukrotnie wcześniej mówił, że tak właśnie zrobi. - Myślę, że wszyscy lekarze są uczuleni na podobne sprawy i wszyscy się obawiają takich zarzutów, natomiast w większości takich historii chodzi ewentualnie o błąd medyczny, a nie zabójstwo. Choć ja rzeczywiście miałem taką myśl głęboko w głowie - po tym, co słyszałem od tego drugiego rezydenta - że może się coś wydarzyć i będę wezwany do prokuratury. Nie myślałem jednak o tym, że zostanę zakuty w kajdanki na szpitalnym parkingu. Nie ukrywam, było wtedy dużo przykrych emocji, to było o godz. 7:30, na parkingu przy radioterapii. Przede wszystkim było mi wstyd, że w ogóle zakładają mi kajdanki - opowiada Kaducha.

W areszcie - jak mówi Andrij - najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie. Brak kontaktu z bliskimi (w tym z narzeczoną, też lekarką), kotłujące się w głowie myśli, ciągłe pytanie: "dlaczego?" i przekonanie, że "nigdy nie wrócę do zawodu lekarza". - Było ciężko i przykro, ale mówiłem sobie, że muszę się trzymać, żeby się nie załamać psychicznie, i próbować jakoś sobie radzić - mówi. Jak tłumaczy, najgorsza była myśl, że zawiódł bliskich: narzeczoną, mamę, brata, innych członków rodziny. - Zdawałem sobie sprawę, jak bardzo przeze mnie i przez tę sprawę cierpią. W areszcie miałem koszmary. W pierwszych dwóch tygodniach schudłem około ośmiu kilogramów, a w sumie - jedenaście - opowiada nasz rozmówca.

'Konsultacja za 800 złotych nie trwoży'. Tak testuje się granice na pacjentach

Andrij trafił do niewielkiej, trzyosobowej celi. - Zamiast okien były tam dwa rzędy krat i szyba z pleksi. Nie było szansy zobaczyć tego, co dzieje się na zewnątrz, jak wygląda świat. Dwa razy w tygodniu łaźnia, do tego spacery w betonowym boksie o wymiarach około 20 metrów kwadratowych, pod kratą z drutem kolczastym - opisuje.

Początkowo nie miał świadomości, co dzieje się na wolności. Nie przyszło mu do głowy, że inni lekarze, w tym anestezjolodzy z całej Polski, zaczęli w jego sprawie interweniować. Pisali listy m.in. do przedstawicieli władz. Przekonywali, że zarzut zabójstwa i to, że lekarz trafił za kratki, jest niedopuszczalny. Mówili wprost, że cała ta historia zaszkodzi polskiej medycynie i relacjom na linii pacjent - lekarz.

- Gdy po kilku tygodniach, m.in. z listów od moich bliskich, dowiedziałem się, że tak wiele osób chce mi pomóc, było to dla mnie duże zaskoczenie. To bez dwóch zdań poprawiło mój nastrój i dało nadzieję. I wtedy zacząłem wierzyć, że ta sprawa jednak może potoczyć się inaczej, że ktoś będzie chciał jej się przyjrzeć. Nie ma słów, które mogłyby wyrazić moją wdzięczność - mówi dr Kaducha.

Prokuratura milczy, a lekarz 'siedzi'. 'Bardzo dziwna sprawa'

Lekarz z Gorzowa w areszcie. "Najtrudniejsze listy od znajomych"

Dopytywany, co w areszcie było najtrudniejsze, mówi o czytaniu listów od najbliższych. - Wiedziałem, jak bardzo całą sytuację przeżywają, jak strasznie dużo ich to kosztuje - podkreśla. - To były listy od narzeczonej, od mamy, od brata, od ojczyma i od rodziny z Mariupola. Pisali, że bardzo im mnie brakuje, że narzeczona codziennie płacze i nie wyobraża sobie życia beze mnie. Ona w ogóle nie wiedziała, co się ze mną w tym areszcie dzieje, jak się czuję, jak sobie tam radzę. Dopiero po trzech tygodniach dostałem zezwolenie na widzenie - opowiada rezydent.

Andrij przyznaje, że od początku pracy w szpitalu zdarzały się komentarze nawiązujące do jego pochodzenia. - Ewidentnie niektórym ludziom to przeszkadzało i miało to dla nich duże znaczenie, że jestem Ukraińcem. Natomiast nigdy wprost nie powiedziano mi, że nie szanują mojej opinii czy moich decyzji zawodowych z tego powodu, że jestem z Ukrainy - opowiada. W rozmowie z nami podkreśla, że "nie chcę nikogo oskarżać o dyskryminowanie". - Ale czy to, że jestem z Ukrainy, przyczyniło się do tego, że znalazłem się w takiej sytuacji? - pyta retorycznie.

Lekarz z Gorzowa: Nie liczyłem, że będę mógł wrócić do pracy

Andrij Kaducha cały czas ma zarzut zabójstwa, ale - dzięki decyzji Prokuratora Krajowego - mógł wyjść z aresztu. 12 czerwca

Dariusz Korneluk, korzystając z przepisu przysługującego mu na podstawie Prawa o prokuraturze, wydał referentowi sprawy z Gorzowa polecenie uchylenia środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania.

- Status mojego klienta na razie nie uległ zmianie, wciąż jest osobą podejrzaną. Na dziś nie są jednak stosowane żadne środki zapobiegawcze - mówi TOK FM jeden z jego pełnomocników. Prokuratura Krajowa wskazała, że kluczowe jest przeprowadzenie w sprawie opinii biegłych. - I teraz na nią czekamy - stwierdza mecenas.

Lekarze w Polsce będą się bać? 'Ta sprawa wydaje się wręcz nieprawdopodobna'

Rezydent od razu wrócił do pracy. - Trudno mi było uwierzyć w to, że mogę wrócić do zawodu, bo w areszcie straciłem na to nadzieję. Nie wierzyłem, że ktokolwiek będzie chciał widzieć mnie w pracy, a stało się zupełnie inaczej. Niesamowite było dla mnie to, że większość ludzi ucieszyła się, że dalej pracuję. To poprawiło mój nastrój i nastawienie do całej sytuacji - opowiada Andrij w rozmowie z TOK FM. Jak dodaje, obecnie nie znieczula do operacji - taką decyzję podjął wspólnie z przełożonymi, dopóki sprawa się nie wyjaśni. Pracuje natomiast na oddziale i w poradni.

Lekarz nie ma wątpliwości - podobnie jak inni anestezjolodzy, którzy się w tej sprawie wcześniej wypowiadali - że jego historia odbije się na pracy lekarzy i wpłynie na podejmowane przez nich decyzje. -Dla pacjentów to też nie będzie miało pozytywnych konsekwencji - podsumowuje dr Andrij Kaducha.