Jedna kartka zmieniła wszystko. Tak powstała niezwykła kronika Zielonej Góry
Na tych niewielkich kartonikach mieści się całe miasto: ulice i budynki, których już nie ma, zwyczaje, które przepadły i te, które powoli wracają. Doktor Grzegorz Biszczanik, historyk i regionalista, od ponad dwóch dekad zbiera pocztówki przedstawiające Zieloną Górę, tworząc z nich prywatne archiwum pamięci. W jego albumach Zielona Góra odzyskuje swoje barwy. Czasem wiernie oddane, a czasem podkolorowane przez wydawców. W tych obrazach odbija się nie tylko przeszłość miasta, lecz także emocje współczesnych zielonogórzan, którzy na nowo odkrywają swoje ulice.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak dr Biszczanik rozpoczął swoją kolekcjonerską przygodę?
- Ile pocztówek znajduje się w zbiorze dr. Biszczanika?
- Co pokazują pocztówki dr. Biszczanika, które były trudne do zdobycia?
Cała historia narodziła się z przypadku. Kolekcjonerstwo u dr. Grzegorza Biszczanika nie było tradycją wyniesioną z domu ani planem na przyszłość, choć wcześniej przez pewien czas zbierał znaczki. Przyszło niespodziewanie i zostało na lata. Zaczęło się od niepozornej kartki kupionej w zielonogórskim antykwariacie. Przedstawiała przedwojenny widok szpitala Elżbietanek, a jej wyjątkowość kryła się nie tylko w obrazie, lecz także na odwrocie. - Znajdowała się tam lista zakupów, jakieś wyliczenia, więc przez te napisy była dosyć tanim zakupem - opowiada z uśmiechem dr Biszczanik.
Od tamtej pory zaczęły się poszukiwania: pocztówek, zdjęć, widokówek. Wszystkiego, co mogło zatrzymać w kadrze dawne oblicze miasta. - I trwa to już nieprzerwanie ponad 25 lat - dodaje mój rozmówca.
Imponująca kolekcja 8 tys. pocztówek
Zbieranie, które zaczęło się od jednej przypadkowej kartki, przerodziło się w imponującą, stale rosnącą kolekcję. - Samych kartek z Zielonej Góry jest bardzo dużo. Ich liczba sięga kilku tysięcy. Wszystkich pocztówek około 8 tysięcy - wylicza kolekcjoner. Choć w zbiorze znalazły się widoki wielu miejsc, właśnie te z rodzinnego miasta pozostają najważniejsze.
Z czasem zbiór stał się czymś znacznie większym niż prywatną kolekcją. Na papierowych kartonikach zaczęła się układać osobista kronika miasta. Jego ulic, ludzi, rytmu dnia i miejsc, które przestały istnieć. Każda karta to fragment opowieści o Zielonej Górze, która rosła, zmieniała się, zanikała i powracała w nowych kształtach.
Aby zapanować nad tysiącami takich świadectw, konieczny był precyzyjny system. - Każdy taki zakres pocztówkowy, jak ja to nazywam, mam w oddzielnym klaserze - tłumaczy historyk. Albumy ustawione na półkach tworzą uporządkowaną encyklopedię miasta: Zielona Góra do 1945 roku, kawiarnie, restauracje, winobrania, panoramy, pierwsze powojenne widoki, okres PRL-u. Każda karta trafia do osobnej, chemicznie obojętnej koszulki. - Dzięki temu nie blaknie pod wpływem światła i jest zabezpieczona przed wilgocią oraz rozwojem pleśni - wyjaśnia dr Grzegorz Biszczanik.
System funkcjonuje niemal jak profesjonalne archiwum. Wszystko jest dokładnie opisane tak, aby nie błądzić przy poszukiwaniu materiałów do publikacji. - Od razu wiadomo, w którym albumie znajduje się dana karta i gdzie jej szukać - podkreśla mój rozmówca.
O kartkach z kolekcji, których wartość mierzy się historiami
Wśród tysięcy pocztówek zgromadzonych przez dr. Grzegorza Biszczanika są takie, które wyróżniają się na pierwszy rzut oka i takie, których wyjątkowość odsłania się dopiero wraz z opowieścią właściciela. Jak podkreśla kolekcjoner, nie zawsze decyduje spektakularny widok. Czasem o wartości kartki przesądza materiał albo osobliwa droga, jaką przebyła, zanim trafiła do jego rąk.
Jednym z poszukiwań, które na długo zapadło mu w pamięć, była pogoń za widokiem zielonogórskiej synagogi. - Przez długi czas szukałem synagogi w Zielonej Górze, budynku spalonego w 1938 roku podczas Nocy Kryształowej - opowiada dr Biszczanik. Przez lata był przekonany, że pocztówka z tym obiektem to prawdziwy biały kruk. Z czasem jednak zweryfikował swoje przypuszczenia. - Okazało się, że takich pocztówek jest całkiem sporo i nie są aż tak wyjątkowe - dodaje historyk.
Paradoks kolekcjonera polega na tym, że najcenniejsze egzemplarze nie zawsze przedstawiają najrzadsze kadry. Dr Biszczanik zwraca uwagę na coś, co dla niewprawnego oka często pozostaje niewidoczne - materiał, z którego kartka została wykonana. - Dla mnie cenne, bez względu na widok, są kartki wykonane z innego materiału niż papier - wyjaśnia mój rozmówca. W jego zbiorach znajdują się więc pocztówki wykonane na jedwabiu, drewnie, korku, a nawet skórze. Miał okazję oglądać także te najrzadsze, które są pokryte cienkimi warstwami złotej albo srebrnej folii. Te unikatowe egzemplarze robią największe wrażenie, choć - jak podkreśla kolekcjoner - trudno przypisać jednej kartce absolutny prymat. - Wiadomo, że wszystkie kartki, które trafiają do zbioru, są dla kolekcjonera bezcenne - zaznacza.
Są jednak pocztówki, które zapisały się w pamięci kolekcjonera nie ze względu na materiał czy temat, ale przez emocje, jakie towarzyszyły ich zdobyciu. Jedną z nich jest widok najstarszej części szpitala Elżbietanek w Zielonej Górze. - To bardzo charakterystyczny budynek, bo składa się z trzech różnych części. Ta najstarsza była wyjątkowo trudna do odnalezienia na kartce pocztowej - opowiada dr Biszczanik. Gdy wreszcie pojawiła się w sprzedaży, nie wahał się ani chwili. - Udało mi się ją wylicytować. To pocztówka, która niezwykle rzadko pojawia się na aukcjach czy spotkaniach kolekcjonerskich. Dla mnie to jeden z najcenniejszych egzemplarzy w zbiorze - podkreśla.
Jak zaznacza mój rozmówca, każda pocztówka - niezależnie od tego, czy przedstawia unikatowy obiekt, czy jest wyjątkowa z powodu materiału - niesie swoją własną historię. Właśnie te opowieści, emocje i wspomnienia tworzą prawdziwą wartość kolekcji dr. Biszczanika. Zbiór rośnie nie tylko liczbowo. Z każdą kartką przybywa też kolejny fragment lokalnej historii.
Zielona Góra przy stoliku
Jednym z ciekawszych zbiorów dr. Biszczanika są pocztówki przedstawiające zielonogórskie kawiarnie i restauracje. Widoki sprzed lat odsłaniają wnętrza lokali, estetykę stolików, układ sal, a czasem także pozowane sceny z gośćmi patrzącymi prosto w obiektyw. - Pokazywano na tych kartkach, jak kawiarnia wyglądała od wewnątrz. Zdarzały się też pocztówki, gdzie można było zobaczyć osoby siedzące przy stolikach - mówi dr Biszczanik. Na innych pocztówkach utrwalano fasady lokali i ogródki restauracyjne, które przez dziesięciolecia stanowiły ważną część miejskiego życia. - Dla historyka było to bardzo ciekawe - można było zobaczyć, jak te miejsca wyglądały od środka, jak na zewnątrz i jak zielonogórzanie spędzali czas przy ogródkach - dodaje mój rozmówca.
Badając dawne zwyczaje, dr Biszczanik zauważył, jak bardzo współczesna Zielona Góra różni się od tej sprzed wojny. - Przesiadywanie w lokalach, poranne śniadania w kawiarniach, popołudniowe "wyjście na schnapsa" - wszystko to przerwały powojenne realia i lata socjalizmu. Dopiero po transformacji miasto zaczęło wracać do tradycji spotkań przy stole. - Zachłysnęliśmy się Zachodem i chcieliśmy bardzo szybko nadążyć - mówi regionalista.
Przedwojenna gastronomia była bogata i różnorodna. W restauracjach serwowano dania, które dziś uchodziłyby za luksusowe: morskie ryby, bażanty, dziczyznę. Funkcjonowały też barwne miejskie obyczaje: winobrania, potańcówki, zielone świątki oraz tradycja otwierania beczek świeżego koźlaka podczas wyjątkowych okazji.
Dziś Zielona Góra stopniowo odbudowuje tę kulturę miejskiego biesiadowania. Rośnie liczba lokali śniadaniowych, a młodsze pokolenia coraz chętniej traktują restauracje jako miejsca spotkań i rozmów. - Teraz jest zdecydowanie lepiej niż w latach 90., natomiast troszeczkę nam brakuje do tego, co było przed wojną - podsumowuje dr Biszczanik.
Miasto większe niż na mapie
Zielona Góra utrwalona na dawnych pocztówkach sprawia wrażenie miasta znacznie większego niż wynikałoby to ze statystyk. Dr Biszczanik przypomina, że tuż przed wybuchem II wojny światowej była to niewielka miejscowość na ówczesnym wschodzie Niemiec. A jednak, gdy spojrzeć na pocztówki, trudno w to uwierzyć. - Gdyby ktoś oceniał wygląd miasta wyłącznie na podstawie tych widoków, mógłby odnieść wrażenie, że jest to duże miasto, liczące grubo ponad 25 tysięcy mieszkańców - dodaje.
Na dawnych kartach Stary Rynek, czyli dzisiejszy deptak, tętni życiem. Widać ruch, ludzi, szyldy, eleganckie kamienice. Kolorowe wydania przedstawiają miasto niemal reprezentacyjne. - Te budynki były bardzo kolorowe, przynajmniej na pocztówkach barwnych - opowiada dr Biszczanik. Ale ten idealizowany obraz ma swoją drugą stronę. - Pocztówki, choćby były najwspanialszym materiałem dla historyka, niestety trochę przekłamują i zafałszowują przekaz - podkreśla mój rozmówca.
Wydawcy chętnie retuszowali ujęcia, poprawiali proporcje, a kolory nanosili ręcznie. Dotyczy to zwłaszcza litografii z przełomu XIX i XX wieku, które bardziej miały zachwycać niż wiernie odwzorowywać rzeczywistość. Mimo tego zniekształcenia pocztówki opowiadają o mieście z wyraźnymi ambicjami: dynamicznym gospodarczo, otoczonym zielenią, dumnym ze swoich winnic i ogrodów. - Zielona Góra na pocztówkach reklamowała się hasłem: "Zielona Góra na Śląsku, miasto ogrodów, owoców i wina" - przypomina dr Biszczanik.
Tak z tysięcy niewielkich kartoników powstaje opowieść o miejscu, które chciało wyglądać na większe, barwniejsze i bardziej eleganckie niż było w rzeczywistości. Nie była to ani prowincja, ani metropolia. Raczej miasto średniej wielkości, ale z wyraźnym pragnieniem, by pokazywać się światu od jak najlepszej strony.
Papierowe źródła pamięci
Pocztówki od lat pomagają dr. Biszczanikowi w rekonstruowaniu historii Zielonej Góry. To materiał, który potrafi uzupełniać luki tam, gdzie nie zachowała się żadna inna dokumentacja. Dla historyka są często jedynym śladem przeszłości, szczególnie wtedy, gdy brakuje fotografii czy planów architektonicznych. - Na pewno pomagają w przypadku prób rewitalizacji niektórych budynków, bo nie wszystkie obiekty były fotografowane - podkreśla dr Biszczanik. W takich sytuacjach kartoniki sprzed dekad stają się jedynym źródłem ikonograficznym, pozwalającym odczytać detale fasad, proporcje brył czy sposób zagospodarowania przestrzeni.
Historyk podkreśla jednak, że z takich źródeł trzeba korzystać ostrożnie i umieć oddzielać fakty od kreacji. - Na pewno nie można brać ich jako stuprocentowy pewnik, nie znając miasta - dodaje.
Nie zawsze bowiem wiadomo, dlaczego dany budynek pojawia się na jednej kartce, a na kolejnych już nie. Mógł zostać wyburzony, ale równie dobrze mógł jeszcze nie istnieć. - Pocztówki potrafią pomóc, ale mogą być materiałem zwodniczym dla osób, które miasta nie znają - zaznacza dr Biszczanik. Dla badacza są więc źródłem niezwykle cennym, lecz wymagającym krytycznego podejścia i konfrontowania z innymi przekazami.
Największe zdziwienie u współczesnych mieszkańców budzą jednak nie architektoniczne detale, lecz kolory i przestrzeń. Najczęściej powtarzana reakcja brzmi: "Boże, jak było zielono".
Przedwojenna Zielona Góra rzeczywiście tonęła w zieleni. Nie tylko w parkach, lecz także w ogrodach, sadach i terenach rekreacyjnych. - Było bardzo zielono, mnóstwo ogrodów, sadów owocowych i winnic - wspomina mój rozmówca. Miasto oferowało też formy wypoczynku, których dziś próżno już szukać: łódki na wodzie, letnie lokale gastronomiczne, przestrzenie do spędzania czasu nad stawami. Współczesnych zielonogórzan zaskakuje skala atrakcji i intensywność życia społecznego.
Najbardziej poruszające momenty pojawiają się jednak podczas wystaw organizowanych m.in. we współpracy z Muzeum Ziemi Lubuskiej. To wtedy ktoś po raz pierwszy widzi swoją ulicę sprzed wojny. - Były takie reakcje: "o, to jest moja ulica", "o, fajnie, w tym domu mieszkałem" - opowiada dr Biszczanik. To krótkie, osobiste powroty do świata, którego już nie ma, ale który wciąż trwa na papierze. - Pocztówki mogą dawać dużo radości, nie tylko mnie jako historykowi i kolekcjonerowi, ale także tym osobom, które te zbiory mogą zobaczyć - podkreśla.
Białe kruki z Zielonej Góry
Nowe pocztówki trafiają do kolekcji dr. Grzegorza Biszczanika wieloma drogami. Poprzez aukcje w Polsce i za granicą, internetowe serwisy, giełdy staroci, antykwariaty, spotkania kolekcjonerskie. Każde z tych miejsc może przynieść widok, którego jeszcze nie ma w jego zbiorach. Z czasem pojawiło się jednak jeszcze jedno, wyjątkowe źródło pocztówek: ludzie. - Osoby, które mnie znają, wiedzą, że zajmuję się historią Zielonej Góry, i bardzo często dostaję wiadomości, że ktoś ma takie czy inne zbiory i pyta, czy byłbym zainteresowany - opowiada historyk. Bywa też, że pocztówki trafiają do niego bez żadnych pytań, po prostu zostawione z przekonaniem, że znajdą właściwe miejsce.
Niektóre kartki zdobywa się jednym kliknięciem na aukcji, inne wymagają czasu, cierpliwości i wielu kilometrów. Dr Biszczanik regularnie odwiedza giełdy staroci, szczególnie na Śląsku i Dolnym Śląsku. - Z takiej giełdy zawsze wracam z czymś, co dotyczy właśnie mojego kochanego miasta - mówi. Czasem to drobny, niemal niezauważalny detal, innym razem długo poszukiwany widok, ale każda taka wyprawa dokłada kolejny fragment do zielonogórskiej układanki.
Mimo tysięcy zgromadzonych kart w kolekcji wciąż pozostają białe plamy i brakujące widoki. Paradoks polega na tym, że nie chodzi o najstarsze pocztówki sprzed ponad stu lat, lecz o te pozornie najbardziej zwyczajne, przedstawiające powojenną codzienność miasta. - To jest moje miejsce zamieszkania. Budynek wybudowany w latach 50., 60., praktycznie całe osiedle zamieszkałe. Natomiast nigdy nie widziałem pocztówki z widokiem swojego bloku - mówi historyk. Powód okazuje się zaskakująco prosty. - Zdecydowanie łatwiej znaleźć pocztówkę przedwojenną z widokiem jakiejś ulicy niż niektóre budynki powojenne, bo po prostu ich nie fotografowano i nie wydawano pocztówek z ich widokiem - tłumaczy mój rozmówca. W ten sposób "zwyczajne" bloki z lat 50. i 60., nigdy nieutrwalone na kartonikach, stają się dziś prawdziwymi białymi krukami - nie ze względu na wiek, lecz na brak ikonograficznej reprezentacji.
W obronie pocztówki
Wysyłanie pocztówek staje się dziś rzadkością, ale dr Grzegorz Biszczanik nie zamierza pozwolić, by ten zwyczaj zniknął bez śladu. Jak przyznaje, brakuje mu czasów, gdy kartki regularnie krążyły między ludźmi i były czymś więcej niż pamiątką z podróży. - To coś więcej niż obrazek. To drobny, namacalny ślad pamięci - podkreśla.
Dlatego razem z córką konsekwentnie pielęgnuje tradycję wysyłania pocztówek. Z każdej podróży - czy to zimowych ferii, czy letnich wakacji - kartki trafiają do skrzynek bliskich. - Staramy się je wysyłać, mimo że proces cyfryzacji jest nieubłagalny. Oczywiście łatwiej byłoby wysłać zdjęcie telefonem, MMS-em albo mailem - przyznaje historyk. I zaraz dodaje, że nic nie jest w stanie zastąpić momentu, gdy w skrzynce czeka papierowa niespodzianka. - Pojawia się ogromny uśmiech, kiedy można wyjąć taką kartkę, choćby znad polskiego morza - podkreśla mój rozmówca.
Gdy nadchodzą święta i pojawiają się pierwsze przymrozki, naturalnie wraca też myśl o dawnych zimowych pocztówkach. Dr Biszczanik nie stworzył jednak osobnego albumu poświęconego temu tematowi. Powód jest prozaiczny: zimowych kart jest zbyt mało, by wypełnić nimi cały tom.
Te, które przetrwały do dziś, mają jednak szczególny urok. Na jednych widać świętego Mikołaja zmierzającego w stronę Zielonej Góry z choinką, na innych - kamienice przykryte grubą warstwą śniegu, czasem prawdziwego, a czasem starannie domalowanego przez wydawcę. Pojawiały się także kartki noworoczne: z fajerwerkami nad miastem, winami z zielonogórskich winnic i zegarami odliczającymi czas do północy. - Były pocztówki z zaśnieżonym miastem, były też kartki, które pokazywały jak zielonogórzanie bawią się podczas Nowego Roku - wspomina dr Biszczanik.
W tych niewielkich kartonikach odbijała się nie tylko sceneria, lecz także rytm codzienności i świętowania - lokalne tradycje, zimowe fantazje wydawców i sposób, w jaki miasto chciało widzieć samo siebie. Dziś historyk przechowuje je w swoich albumach jak prywatne archiwum emocji i pamięci. Każda kartka jest fragmentem większej opowieści: o tym jak zielonogórzanie świętowali, pracowali, marzyli i patrzyli w przyszłość.
I choć era cyfrowych skrótów trwa w najlepsze, dr Grzegorz Biszczanik pozostaje wierny pocztówce: drobnej, papierowej wiadomości, która potrafi przetrwać dekady. A gdy po latach trafi do skrzynki właściwej osoby, wciąż działa tak samo: wywołuje uśmiech i zatrzymuje chwilę na dłużej.
Źródło: TOK FM