,
Obserwuj
Lubuskie

Dlaczego ludzie boją się sów? "To nie są żadne ptaki nieszczęścia!"

8 min. czytania
03.05.2025 10:00
- Najpopularniejszy zabobon dotyczący sów? Że przynoszą śmierć - mówi nam prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów. Choć świadomość społeczeństwa rośnie, echa dawnych przesądów wciąż dają o sobie znać.
|
|
fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl

Sowy - tajemnicze, nocne ptaki, które od lat mają w Polsce swoich oddanych obrońców. Jedną z najaktywniejszych organizacji zajmujących się ochroną tych niezwykłych drapieżników jest Stowarzyszenie Ochrony Sów, które od 18 lat działa na rzecz ich przetrwania. - Zaczynaliśmy w województwie świętokrzyskim, ale od ponad dekady naszą formalną siedzibą jest Zielona Góra - mówi nam Sławomir Rubacha, prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów.

Trzy filary dla sów. Po pierwsze - ochrona

- Najważniejszym filarem naszej działalności jest ochrona. Niestety, zmieniające się warunki klimatyczne i siedliskowe sprawiają, że wiele gatunków sów bez naszej pomocy mogłoby mieć poważne problemy z przetrwaniem - podkreśla prezes.

Czynna ochrona to nie tylko teoria. Pracownicy stowarzyszenia montują budki lęgowe i platformy dla sów, które tracą naturalne miejsca do gniazdowania. - Część gatunków gniazduje wyłącznie w budynkach, inne potrzebują specjalnych koszy lub budki, które zastąpią im dziuplę. I my to zapewniamy - tłumaczy.

W Polsce wszystkie gatunki sów objęte są ochroną ścisłą. Niektóre z nich mają dodatkowo tzw. ochronę strefową. - To oznacza, że wokół gniazda wyznaczana jest specjalna strefa, do której nie wolno wchodzić. Ani spacerowiczom, ani grzybiarzom, ani nawet leśnikom - wyjaśnia nasz rozmówca. Takie miejsca są oznaczone odpowiednimi tablicami, a złamanie zakazu może skończyć się mandatem.

'Sowy to nie są żadne ptaki nieszczęścia'

Drugim filarem działalności stowarzyszenia jest edukacja. - Mamy zespół świetnych edukatorów, którzy odwiedzają szkoły i uczą o tym, jak ważne są sowy. Pokazują, że to nie są żadne ptaki nieszczęścia, jak mówiły dawne zabobony, tylko niezwykle pożyteczne drapieżniki - podkreśla Sławomir Rubacha.

Trzecią, nie mniej ważną częścią pracy aktywistów są badania. Członkowie stowarzyszenia prowadzą inwentaryzacje i monitoringi, obrączkują sowy i sprawdzają, jak zmienia się ich liczebność. - Musimy wiedzieć, jak się mają. Czy jest ich więcej, czy mniej. I czy musimy podjąć kolejne działania - tłumaczy.

Tych sów mamy najwięcej

W Zielonej Górze i województwie lubuskim najlepiej ma się puszczyk - najpospolitsza sowa w Polsce. To prawdziwy mistrz adaptacji. - Najczęściej spotkać go można nad Odrą, w rejonie Krępy. Tam można go usłyszeć niemal każdej nocy. A to ważne, bo sowy najczęściej się słyszy, a nie widzi - mówi prezes Rubacha.

Gorzej wygląda sytuacja z drugim najliczniejszym gatunkiem w kraju - sową uszatką. - To gatunek silnie uzależniony od dostępności pokarmu, czyli gryzoni. A nasze lasy są ubogie glebowo, co przekłada się na mniejszą bazę pokarmową. Mimo to uszatka wciąż się pojawia, głównie w dolinach rzecznych, jak Odra czy Ochla Śląska - zaznacza prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów.

Młode uszatki w koszyku lęgowym
Młode uszatki w koszyku lęgowym
Sławomir Rubacha, prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów w Zielonej Górze

Od kilku lat Zieloną Górę zamieszkuje również sóweczka, najmniejsza sowa Europy. Na terenie miasta są dwa potwierdzone stanowiska jej występowania. - Był też czas, kiedy w okolicach miejscowości Sucha przebywały włochatki. Dziś, mimo intensywnych poszukiwań, nie udało się już potwierdzić ich obecności - przyznaje Rubacha.

Jak ratuje się sowy?

- Wróciłem właśnie z Doliny Warty i Noteci. Spędziłem tam kilka dni, sprawdzając, czy sowy przystępują do lęgów - opowiada prezes.

Tak właśnie wygląda codzienność ludzi, którzy poświęcają swój czas i energię, by chronić jedne z najbardziej tajemniczych ptaków. Sowy nie są łatwe do obserwacji, prowadzą nocny tryb życia, ukrywają się w dziuplach drzew, wieżach kościelnych lub starych stodołach. Dlatego praca terenowa to często godziny spędzone po zmroku, w lesie, w ciszy, na nasłuchach. - Najpierw musimy ustalić, czy dany gatunek w ogóle występuje na danym terenie. Dopiero potem można podjąć kolejne kroki - wyjaśnia nasz rozmówca.

Dla gatunków leśnych, takich jak włochatka, kluczowe jest odnalezienie odpowiedniej dziupli. Wtedy można wystąpić o ustanowienie strefy ochronnej, czyli miejsca, gdzie całkowicie zabroniona jest jakakolwiek działalność człowieka. Ochrona sów to nie tylko działania w lesie. Są gatunki, które żyją bardzo blisko ludzi. - Płomykówka gniazduje wyłącznie w budynkach. Potrzebuje wlotu, choćby przez stare okno, otwór wentylacyjny, szczelinę w wieży - mówi Sławomir Rubacha. Problem w tym, że coraz więcej takich miejsc jest uszczelnianych. Termomodernizacje, remonty wież, zatykane otwory - to wszystko odbiera sowom miejsce do życia. Dlatego członkowie Stowarzyszenia montują specjalne budki lęgowe. - Daje im to możliwość zagnieżdżenia się, ale ogranicza ich dostęp tylko do budki. Nie przeszkadzają mieszkańcom, nie znoszą materiału gniazdowego jak gołębie czy kawki, nie brudzą - zaznacza prezes.

Zdarza się, że właściciele posesji nie wiedzą, że w ich starym budynku czy drzewie zamieszkała sowa. - Czasami to ja informuję ich, że mają lokatora. I wtedy zostawiają otwór, pozwalają gniazdować. To bardzo ważne - mówi z satysfakcją. Stowarzyszenie prowadzi też inwentaryzacje parków krajobrazowych czy konkretnych gmin. Praca trwa w dzień i w nocy, wymaga cierpliwości, znajomości głosów i zwyczajów różnych gatunków.

Budki lęgowe dla sów
Budki lęgowe dla sów
Sławomir Rubacha, prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów w Zielonej Górze

Zabobon zabija. Z czym naprawdę walczą obrońcy sów?

- Najpopularniejszy zabobon dotyczący sów? Że przynoszą śmierć - mówi prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów. Choć świadomość społeczeństwa rośnie, echa dawnych przesądów wciąż dają o sobie znać. I niekiedy potrafią być groźne, nie dla ludzi, lecz właśnie dla samych sów. - Na szczęście to się zmienia. Dwadzieścia lat temu było dużo więcej takich reakcji, dziś sowy są raczej lubiane, bo są piękne i tajemnicze - dodaje nasz rozmówca.

Ale sympatia to jedno. Kiedy sowy pojawiają się za blisko, niektórzy chcą je usunąć. - W okresie lęgowym, kiedy młode uszatki wychodzą z gniazd, potrafią całymi nocami piszczeć, domagając się jedzenia. I wtedy dostaję telefony: "Nie możemy spać, proszę zabrać te sowy!" - opowiada. I wyjaśnia, że sów nie zabiera. -Tłumaczę mieszkańcom, że piski potrwają maksymalnie dwa tygodnie, młode dorosną i odlecą. Ale bywają sytuacje, gdy ktoś próbuje rzucać kamieniami albo strzelać z wiatrówki. Wtedy musimy interweniować - przyznaje. Nie wszyscy rozumieją, że sowy to sprzymierzeńcy człowieka. - Jedna uszatka potrafi zjeść w ciągu nocy 2-3 gryzonie. A teraz proszę to pomnożyć przez dni w roku, przez liczbę piskląt w gnieździe. To tysiące gryzoni mniej. Są lepsze niż koty - przekonuje prezes. - To nasi naturalni sprzymierzeńcy, szczególnie w rolnictwie. A my im się odpłacamy brakiem zrozumienia albo obojętnością - dodaje.

Choć sowy od wieków kojarzone są z mądrością, to w świecie naukowym nie są uznawane za najinteligentniejsze. - Ja jednak uważam, że sowy są mądre. Może nie tak jak krukowate, ale mają swoją wyjątkową inteligencję opartą na zmysłach. Jeśli chodzi o zmysł słuchu i wzroku, to nie mają sobie równych - mówi z przekonaniem prezes Rubacha.

Pomimo tego, że nauka wciąż idzie do przodu, a badacze mają do dyspozycji nowoczesny sprzęt jak noktowizory, to wciąż nie wiedzą wszystkiego o tych tajemniczych ptakach. - Na przykład, dlaczego jednej nocy sowy wokalizują bardzo intensywnie, a następnej milczą, choć warunki pogodowe są niemal identyczne - zastanawia się prezes.

Jedną z najbardziej intrygujących dla niego sów jest pójdźka. Niewielka, rzadko spotykana sowa, która w Polsce występuje tylko lokalnie. - W dolinie Warty i Noteci żyje tuż obok płomykówki, gatunku, który może zrabować jej lęg. A jednak te dwie sowy dzielą wspólną przestrzeń, czasem zaledwie pięć metrów od siebie. Dlaczego? Nie wiem, ale chciałbym to zrozumieć - dodaje.

Ciekawostką jest też, że u sów samice są większe od samców. - To kwestia ról. Samica wysiaduje jaja, broni gniazda, więc musi być silna. Samiec w tym czasie jest odpowiedzialny za polowanie. Mniejszy, zwinny, szybki, dostarcza pokarm i znika. Nawet nie może za długo posiedzieć w gnieździe, bo samica go przegania - tłumaczy prezes. Z czasem, gdy młode rosną i potrzeby pokarmowe się zwiększają, do polowań dołącza również samica. Ale przez pierwsze tygodnie wszystko spoczywa na barkach drobniejszego samca.

Przyszłość nocnych łowców w dobie zmian klimatu

W kraju, w którym lato trwa coraz dłużej, zima staje się kapryśna, a opady nieprzewidywalne, nawet sowy nie mają łatwego życia. - To, czy dany gatunek sobie poradzi, zależy od jego plastyczności, czyli zdolności do przystosowania się do nowych warunków. Niektóre sowy będą miały szansę, inne mogą zniknąć bezpowrotnie - mówi Sławomir Rubacha.

Zmiany klimatyczne niosą ze sobą również niespodzianki. W Polsce był widziany syczek - sowa znana dotąd z południa Europy. - W zeszłym roku zauważono u nas kilkanaście tych ptaków. Jeśli obecne lato będzie suche, a na to się zanosi, możemy mieć pierwszy udokumentowany lęg tego gatunku w kraju -zapowiada.

Kluczowym czynnikiem w przetrwaniu sów będzie pokarm. - Jeśli zabraknie gryzoni, nie będzie lęgów. Długotrwałe "bezmysie" lata mogą spowodować, że ptaki po prostu nie będą się rozmnażać i populacja będzie gwałtownie spadać - tłumaczy nasz rozmówca. Niektóre gatunki, jak płomykówka, potrafią zareagować błyskawicznie, co oznacza, że w lata "mysie" rozmnażają się intensywniej, składają więcej jaj, a nawet podejmują drugi lęg. - Ale w długich okresach suszy tych lat bez gryzoni będzie więcej. To oznacza dramatyczne spadki liczebności - dodaje ekspert.

Zjawisko to nie dotyczy tylko pokarmu. Przegrzewające się poddasza, ulubione miejsca gniazdowania płomykówek, stają się śmiertelną pułapką. - Młode, które jeszcze nie potrafią latać, wyskakują z gniazd, próbując się ratować przed upałem. Giną, spadając na ziemię - mówi prezes. Gatunki bardziej elastyczne, jak puszczyk, który potrafi żywić się nie tylko gryzoniami, ale też ptakami czy płazami, mogą poradzić sobie lepiej. Inaczej wygląda sytuacja największej sowy Europy - puchacza. - W niektórych regionach kraju już teraz jego populacja gwałtownie spada. W Biebrzańskim Parku Narodowym, który jeszcze niedawno był jego ostoją, nie ma ani jednej pary - alarmuje Rubacha. Dlaczego? Odpowiedź znów jest prosta: brak pokarmu.

Pożary, susze, drastyczny spadek poziomu wód spowodowały, że z Biebrzańskiego Parku Narodowego zniknęły ptaki wodno-błotne i gryzonie, a z nimi puchacz. Podobny trend widoczny jest na Lubelszczyźnie.

Nie zabieraj, nie truj, zawieś budkę

W Zielonej Górze, gdzie nie brakuje drzew i ogrodów, mieszkańcy mogą niespodziewanie spotkać młodą sowę siedzącą na ziemi. - To normalne. Mówimy o podlocie - sowie, która jeszcze nie potrafi latać, ale już opuściła gniazdo. Taki ptak potrafi wspiąć się z powrotem na drzewo, ale zanim to zrobi, może paść ofiarą kota, psa albo lisa - tłumaczy prezes Stowarzyszenia Ochrony Sów.

Najważniejsze - nie zabierać ptaka z miejsca. - To nie jest porzucony maluch, tylko naturalny etap rozwoju. Rodzice są gdzieś w pobliżu i nadal go karmią - dodaje. Jeśli jednak podlot siedzi w niebezpiecznym miejscu, na przykład przy ścieżce albo na środku podwórka, można mu pomóc. - Wystarczy delikatnie posadzić go na gałęzi. W domu można użyć drabiny, a w lesie długiego kija. Pisklę ma silne szpony i automatycznie chwyta się gałęzi - zapewnia ekspert. Na stronie internetowej stowarzyszenia dostępne są filmiki instruktażowe, które pokazują, jak w prosty i bezpieczny sposób pomóc małej sowie wrócić na drzewo.

Inny ważny krok: nie trujmy gryzoni. - Trutki nie kończą się na martwej myszy. Gdy osłabiony, ale jeszcze żyjący gryzoń zostanie zjedzony przez sowę, ta również ginie. To dotyczy też innych drapieżników: myszołowów, pustułek, łasic - ostrzega prezes Rubacha. Sowy nie jedzą padliny, ale łatwa zdobycz, jak podtruty gryzoń, może kosztować je życie.

A jeśli ktoś chce zaprosić sowę do swojego ogrodu, może zawiesić jej budkę. - Oczywiście to nie daje gwarancji, że sowa wybierze to miejsce. Ale kto wie? Często bywa tak, że jednak decyduje się zamieszkać w budce. I wtedy ktoś ma własną, prywatną sowę na swojej posesji - mówi z uśmiechem prezes.