,
Obserwuj
Lubuskie

W pracy jeździ autobusem. Po niej - rowerem. "Wyścig w Indiach był ekstremalny. Jazda była walką o życie"

8 min. czytania
11.05.2025 08:00
W dzieciństwie rower był dla niego wszystkim: zabawką, środkiem transportu, pasją. Dziś dla Krzysztofa Fechnera z Zielonej Góry jest także sposobem na życie - i to dosłownie. Na co dzień prowadzi miejski autobus, po pracy wsiada na rower i przemierza setki kilometrów w ramach wyścigów ultra. Zaczęło się skromnie, ale z dużą determinacją. - Pierwszy mój wyścig ultra to był Tour de Pomorze - 710 kilometrów dookoła województwa zachodniopomorskiego. Przejechałem go w 2016 roku na "góralu" - wspomina z uśmiechem.
|
|
fot. archiwum prywatne
  • Tygodniowo, w ramach treningów, Krzysztof Frechner przejeżdża 400-500 kilometrów;
  • Na swoim koncie ma m.in. przejazdy przez Stany Zjednoczone i Indie. Trasa w USA liczyła 4880 kilometrów, w Indiach miał do przejechania „tylko' 3776 kilometrów;
  • Kluczem do sukcesu jest systematyczność. Jak mówi, to nie tylko rada na rower. To zasada, która sprawdza się w każdej dziedzinie życia.

- Pierwszy rowerek był malutki, nawet nie pamiętam marki. Ale drugi - żółty Pelikan - pamiętam doskonale - wspomina z uśmiechem Krzysztof Fechner. Potem przyszły Wigry, kolarzówka i wreszcie Mustang. Każdy z nich zapisał się w pamięci, jak kolejne etapy dzieciństwa. - Na osiedlu nie było co robić. Mówimy o latach 80. Nie było aquaparków, dobrych boisk ani telefonów komórkowych. Człowiek siedział na dworze i albo grał w piłkę, albo jeździł na rowerze – dodaje.

Z tamtej dziecięcej pasji narodziła się potrzeba rywalizacji i sprawdzania własnych granic. Dziś Krzysztof Fechner to zawodowy kierowca autobusu MZK, który po godzinach wsiada na rower i trenuje. - Ja, ten czas na trening dosłownie wyrywam. Czasem po pracy, nawet o 22.00 czy 23.00, wsiadam na rower - przyznaje. Mówi, że łatwo nie jest, ale wszystko da się pogodzić, jeśli tylko się chce. - Czas wolny w weekendy czy dni wolne od pracy staram się dzielić z rodziną, ale nawet wtedy udaje mi się trochę pojeździć - dodaje.

Choć w domu Krzysztoфа Fechnera nie wszyscy dzielą jego sportową pasję, wsparcia mu nie brakuje. - Żona jeździ bardziej rekreacyjnie. Syn specjalizuje się w bieganiu - krótkie dystanse: kilometr, dwa, trzy. Ale nigdy nie wiadomo, może kiedyś też złapie rowerowego bakcyla - mówi z uśmiechem i nutą nadziei.

Zielona Góra i okolice to jego zdaniem prawdziwy rowerowy raj. Dużo przestrzeni, dobre drogi i coraz więcej tras zaprojektowanych z myślą o cyklistach. - To jest naprawdę świetna baza wypadowa. Mamy blisko i morze, i góry. W województwie powstało dużo nowych tras, jest bezpiecznie, spokojnie. Lubuskie nie jest tak przeludnione jak niektóre regiony Polski. Warunki do jazdy są dobre - podkreśla. Najczęściej pana Krzysztoфа można spotkać na starej trasie w stronę Cigacic, Sulechowa czy Międzyrzecza. - Kalsk, Świebodzin - świetne tereny, drogi szerokie i spokojne. Albo w drugą stronę: Kożuchów, Nowa Sól, Zatonie, Zabór. Ja to nazywam treningiem wokół komina - zdradza.

Obsesja dwóch kółek

Dla wielu kolarzy rower to hobby, sposób na aktywność. Dla Krzysztoфа Fechnera to coś więcej: obsesja. - Bo żeby pokonywać tysiące kilometrów, znosić zmęczenie i kryzysy, walczyć z bólem i z samym sobą nie wystarczy forma. Trzeba wewnętrznej potrzeby. Głodu jazdy - przekonuje nasz rozmówca. - Ja cały czas jeżdżę, cały czas trenuję. To nie jest tak, że szykuję się pod konkretne zawody. Ja jestem cały czas w ruchu - opowiada.

Tygodniowy dystans robi wrażenie. - 400-500 kilometrów to dla mnie norma. Tyle trzeba robić, żeby być gotowym na te dłuższe trasy, na zawody - tłumaczy. Ale żeby startować w ultra zawodach trzeba mieć nie tylko silne nogi, ale i mocną głowę. - Zmęczenie fizyczne i psychiczne, to są dwie równe rzeczy. Można mieć silne nogi, a jak się w głowie pojawi pytanie: „po co ja to robię?', to się dalej nie pojedzie. I odwrotnie. Nawet jeśli mamy dziesięciu psychologów, ale nie mamy czego dać z mięśni, to też nic z tego nie będzie. Myślę, że głowa jest trochę ważniejsza, ale jedno bez drugiego nie zadziała. To musi iść równo - podkreśla.

A co, gdy przychodzi kryzys? Gdy na liczniku 700. czy 1800. kilometr, a meta wciąż daleko? - Mobilizuję się. Myślę o czekających na mecie żonie i synu, o sponsorach, których nie chcę zawieść. O tym, że ktoś na mnie liczy. I nigdy się jeszcze nie poddałem - opowiada. Z dystansem, ale też z dużą samoświadomością, przyznaje, że ultra to nie sport dla każdego. - Wyścigi po ponad tysiąc, dwa tysiące kilometrów nie są fajne. To naprawdę cierpienie. Ale to właśnie ta obsesja pozwala dojechać do mety. Pragnienie, żeby przesuwać granice. I tylko raz w roku. Więcej bym psychicznie nie wytrzymał - dodaje szczerze.

Granice ciała, granice głowy

Ultramaraton kolarski testuje granice wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Trzeba jechać dniami, nocami, w upał, pod wiatr, czasami walcząc z chorobą. I nie zatrzymywać się, dopóki nie padnie ostatni kilometr. Krzysztoф Fechner na swoim koncie ma m.in. przejazdy przez Stany Zjednoczone i Indie. Dwa wyścigi, podobna długość, ale zupełnie inne doświadczenie. Trasa w USA liczyła 4880 kilometrów. Pan Krzysztoф pokonał ją w 11 dni i zajął 8. miejsce na świecie. W Indiach miał do przejechania „tylko' 3776 kilometrów, ale jak sam przyznaje, było znacznie trudniej.

- Wyścig w Indiach był bardziej ekstremalny. Choć trasa krótsza, to lewostronny ruch, krowy na drogach i nieprzewidywalność ludzi sprawiały, że jazda była prawdziwą walką o życie - opowiada. - Ameryka to szerokie drogi i mniejszy ruch, co czyniło ten wyścig bardziej bezpiecznym. W Indiach trzeba było mieć oczy dookoła głowy - dodaje z uśmiechem. Mimo tych wszystkich trudności, w Indiach nasz rozmówca zajął 2. miejsce. Jako pierwszy Europejczyk i pierwszy Polak ukończył ten wyjątkowy wyścig.

Ale Ameryka też nie obyła się bez dramatów. Już na początku wyścigu organizm odmówił posłuszeństwa. - Miałem ostre zatrucie. To była prawdziwa męka, ale nie poddałem się - wspomina. - Wiedziałem, że muszę dotrzeć do mety, bo taki wyścig to ogromny koszt. Finansowy, fizyczny, emocjonalny. Po czwartym dniu w końcu poczułem poprawę, wtedy mogłem przyspieszyć - dodaje. Dzięki tej determinacji ukończył ultramaraton na 8. miejscu, mimo że początek zapowiadał się na całkowitą katastrofę.

Z rowerem przez świat

Choć ultramaratony kolarskie to przede wszystkim walka z bólem, brakiem snu i własnymi słabościami, są też momenty, które zostają w pamięci na zawsze. Piękno krajobrazów, niezwykli ludzie spotkani po drodze, krótkie rozmowy, gesty, spojrzenia.

- W Indiach na przykład jechałem przez wioski, których mieszkańcy nigdy nie widzieli białego człowieka. Ludzie byli zdumieni moim rowerem, pytali o wszystko, chcieli go dotknąć. To był dla nich wielki szok - wspomina. Dla wielu mieszkańców był pierwszym Europejczykiem, jakiego spotkali w życiu. Niektóre z wiosek są tak odizolowane, że rowerzysta w profesjonalnym stroju wygląda tam jak przybysz z innej planety. - Dla nich mój rower, kask czy ubranie były czymś absolutnie niezwykłym - mówi kolarz.

Dodaje, że W Stanach Zjednoczonych też spotykał niesamowitych ludzi, którzy potrafili dać motywację, kiedy nie miał już sił. - Nie były to długie rozmowy, czasem tylko kilka słów, uśmiech, machnięcie ręką. Ale w chwilach największego zmęczenia to właśnie one potrafiły dać kopa większego niż litr izotonika - opowiada z uśmiechem. - To są takie momenty, które potem się pamięta bardziej niż samą metę. Ludzie, ich reakcje, widoki, to wszystko sprawia, że chce się znowu wsiąść na rower i jechać dalej - dodaje.

Rowerem po zdrowie - i dla siebie, i dla innych

Rower dla Krzysztoфа Fechnera stał się także narzędziem do pomagania innym i promowania zdrowego stylu życia. Oprócz startów w najtrudniejszych wyścigach świata, angażuje się w akcje charytatywne i społeczne, które mają realny wpływ na życie innych ludzi. - W zeszłym roku jeździłem po Polsce, promując zdrowy styl życia i aktywność fizyczną - opowiada. - W tym roku organizuję akcję charytatywną, wspierając leczenie 19-letniego Konrada z Leska. Charytatywna jazda odbędzie się 1 czerwca i obejmie aż 808 kilometrów przez pięć województw. Co ważne, do udziału może dołączyć każdy. Każdy pokonany kilometr, także przez amatorów, będzie przeliczany na wsparcie finansowe dla Konrada.

- Chcemy nie tylko pomóc, ale też pokazać, że sport może być narzędziem realnej zmiany. W Polsce mamy dziś poważny problem z otyłością, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. Aktywność fizyczna to najprostszy sposób na zdrowie, a przy okazji może też komuś uratować życie - podkreśla kolarz.

„Zacznij od kilku kilometrów i nie poddawaj się"

Zielonogórski ultra kolarz z dumą obserwuje, że jego pasją zaraża się coraz więcej kolegów po fachu. - Zauważyłem, że zaczęli jeździć rowerami do pracy. Mamy miejsca na rowery przy MZK i one są coraz częściej pełne - mówi z satysfakcją.

Praca, zakupy, szkoła - rower coraz częściej zastępuje samochód, a przy okazji daje to, co bezcenne: zdrowie i ruch. Krzysztoф Fechner przekonuje, że każda aktywność fizyczna, nawet najmniejsza, ma znaczenie. - Nie każdy musi od razu pokonywać setki kilometrów. Wystarczy zacząć od drobnych rzeczy. Zamiast windy - schody, zamiast auta - rower. To naprawdę robi różnicę - tłumaczy.

Jego przesłanie szczególnie kierowane jest do młodzieży, która marzy o sportowych przygodach. - Nie porównuj się z innymi. Jeśli nie możesz przejechać 100 kilometrów, zacznij od pięciu czy sześciu. Codziennie dokładaj cegiełkę do muru, bo to jest droga do sukcesu - podkreśla.

Systematyczność to klucz. Jak dodaje, to nie tylko rada na rower, to zasada, która sprawdza się w każdej dziedzinie życia. Nie od razu Rzym zbudowano, a sukces nie przychodzi w tydzień. - Sport to coś, co w życiu daje ogromną wartość. To zdrowie, które przekłada się na samopoczucie, wygląd, siłę fizyczną i psychiczną - przekonuje kolarz.

Reprezentanci Polski, których widzimy na ekranach podczas igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata, też zaczynali od małych kroków. - Wielu z nich miało trudności, ale nie poddali się. I to właśnie dzięki wytrwałości są tam, gdzie są - dodaje.

Nie zatrzymuje się ani na chwilę

Dla większości z nas przejechanie kilkudziesięciu kilometrów rowerem to spory wysiłek. Dla Krzysztoфа Fechnera to dopiero rozgrzewka. Zielonogórski pasjonat ultramaratonów nie zamierza zwalniać tempa, przeciwnie, już dziś planuje kolejne kolarskie wyzwania. - W sierpniu chciałbym wystartować w wyścigu dookoła Polski. Trasa liczy 3200 kilometrów i odbywa się tylko raz na cztery lata. Jeśli teraz nie pojadę, kolejną szansę będę miał dopiero za cztery lata - mówi z determinacją.

To dla niego nie tylko wyścig, ale też okazja, by sprawdzić granice własnych możliwości. Dystans, który dla większości wydaje się nierealny, dla niego jest kolejnym krokiem na sportowej drodze. Ale Polska to tylko początek. Kolarz nie ukrywa, że ciągnie go z powrotem do Indii - kraju, który nie tylko poddał go ekstremalnej próbie fizycznej i psychicznej, ale także zaskoczył niesamowitym sportowym potencjałem. - Indie to kraj, który dynamicznie się rozwija, także sportowo. Myślę, że może stać się sportową potęgą. Może nawet wyprzedzi Chiny - ocenia.

Krzysztof Fechner w planach ma udział w 24-godzinnym wyścigu, który odbędzie się właśnie w Indiach na początku 2026 roku. Niewyobrażalna walka z czasem i własnym ciałem, bez chwili odpoczynku, to wyzwanie, które idealnie wpisuje się w jego kolarską filozofię. Choć przejechał tysiące kilometrów i zdobył podium w najtrudniejszych wyścigach świata, jego głód sportowych przygód nie słabnie. - Uwielbiam wyznaczać sobie nowe cele. Rower to dla mnie nie tylko sport, to sposób na życie, podróżowanie, odkrywanie nowych kultur i ludzi - podsumowuje.