Ten dramat dalej się rozgrywa, tylko po cichu. Co dzieje się na Odrze?
- Medialna uwaga zniknęła, ale dramat na Odrze dalej trwa; "Odra była, jest i niestety nadal pozostaje zanieczyszczona" - mówi przyrodniczka;
- Odra powinna być rzeką słodkowodną, a jest słona. Bardziej słona niż Bałtyk. To wynik zrzutów solanki z kopalni i hut;
- Problemów Odry jest więcej. Jednym z nich jest postępująca susza, której skutki widać zarówno w krajobrazie, jak i w samej rzece;
- "W 2022 roku, w samym środku katastrofy, do Krosna Odrzańskiego przyjechał Donald Tusk. Był wtedy w opozycji. Obiecywał, że się zajmie rzeką. Dziś jest premierem i ma w rękach wszystkie narzędzia, żeby dotrzymać słowa. Ale nic z tego nie zostało zrealizowane. Kompletnie nic" - mówi z wyrzutem przyrodniczka;
- Trwa walka o nadanie rzece Odrze osobowości prawnej.
Minęły już prawie trzy lata od kulminacyjnego momentu największej ekologicznej katastrofy we współczesnej Europie, a Odra wciąż nie wróciła do życia sprzed tragedii. Co więcej, jak podkreślają naukowcy i aktywiści, problem nie zniknął. Zniknęła tylko medialna uwaga.
- Wtedy, w sierpniu 2022 roku, Odrą płynęła fala śmierci - wspomina Ewa Drewniak z Klubu Przyrodników, działająca również w Koalicji Ratujmy Rzeki. - Zginęło ponad 60 proc. ryb i ponad 90 proc. małży i ślimaków - dodaje. To niewyobrażalne straty. Rzeka została zatruta, a jej ekosystem zdruzgotany. Dziś dramat rozgrywa się ciszej, mniej spektakularnie. - Ale nadal się rozgrywa - zapewnia przyrodniczka.
Zdaniem naszej rozmówczyni katastrofa nie była jednorazowym incydentem, a raczej dramatycznym ujawnieniem długotrwałych zaniedbań i systemowych błędów. O problemach z wodą mówili już wcześniej mieszkańcy, aktywiści, wędkarze. - Zgłaszaliśmy, alarmowaliśmy, podobnie jak wiele innych osób żyjących nad Odrą. Ale prawdziwe zainteresowanie pojawiło się dopiero wtedy, gdy fala śmierci była już nie do zignorowania - zaznacza Ewa Drewniak.
Dziś przyrodniczka nie ma złudzeń: rzeka wciąż potrzebuje pomocy, uwagi, a przede wszystkim skutecznych działań naprawczych i realnej ochrony. - Odra była, jest i niestety nadal pozostaje zanieczyszczona. Nie ma dziś widoków na to, że szybko się to zmieni - mówi.
Śmierć na dnie Odry
Wielka katastrofa ekologiczna na Odrze w 2022 roku nie tylko wstrząsnęła opinią publiczną, ale bezpowrotnie zmieniła życie tysięcy organizmów, które od wieków zamieszkiwały rzekę. Dziś, niemal trzy lata później, bilans strat wciąż przeraża. - Najbardziej ucierpiały nasze rodzime gatunki małży: skójka i szczeżuja. One wyginęły w ponad 90 procentach - mówi Ewa Drewniak.
Nie tylko małże zniknęły z rzeki. Na dnie Odry i jej brzegach badacze znajdowali martwe ślimaki, ryby, a nawet tak rzadkie i chronione gatunki jak minóg rzeczny. - Spacerując wzdłuż rzeki i dokumentując straty, widzieliśmy martwe leszcze, płocie, sumy, szczupaki. Wszystkie te typowe dla Odry ryby właściwie zniknęły. Wędkarze, którzy są najbliżej wody i widzą najwięcej, mówią dziś, że jest ich po prostu bardzo mało - podkreśla ekspertka.
Co wybija karasie w Kanale Gliwickim? 'Uszkadza nerki i wątrobę'
Choć w 2022 roku za największe spustoszenie odpowiadała toksyczna alga, dziś Odra zmaga się z kolejnymi problemami. - Od ponad miesiąca znów pojawiają się martwe ryby. Robiono badania i tym razem wykryto wirusa, który może być bezpośrednią przyczyną. Ale równie dobrze może chodzić o wahania poziomu tlenu - wyjaśnia nasza rozmówczyni. - Woda w rzece jest ciepła, pełna glonów. Tlen jest albo nadmiernie wytwarzany, albo zbyt szybko zużywany. Takie warunki to dla ryb koszmar - mówi bez ogródek.
Zdaniem Ewy Drewniak, to czy złota alga powróci, to właściwie kwestia czasu. Ale z ekologicznego punktu widzenia nie ma większego znaczenia czy to będzie alga, czy wirus. Problemem jest ogólny stan rzeki - brak równowagi, zanieczyszczenia, degradacja środowiska.
Odra zasolona bardziej niż Bałtyk
- Nie ma monitoringu, który w 2022 roku został zapowiedziany z wielką pompą i na który przeznaczono 250 milionów złotych. Wydano z tego około 50 milionów, a w sprawie nieprawidłowości złożono już zawiadomienie do prokuratury - mówi Ewa Drewniak. - Na razie możemy bazować tylko na danych niemieckich, na przykład z Frankfurtu nad Odrą - dodaje.
Jednym z kluczowych parametrów oceny jakości wody jest przewodność elektryczna, która mówi o zasoleniu rzeki. I to właśnie zasolenie - jak twierdzą eksperci - stanowi dziś największy problem.
- Odra powinna być rzeką słodkowodną, a jest słona. Bardziej słona niż Bałtyk. To wynik zrzutów solanki z kopalni i hut, które od lat spływają do rzeki. A oprócz tego wszystkie miasta i oczyszczalnie dorzucają swoje ścieki. Cały czas traktujemy rzeki jak kanały ściekowe - podkreśla przyrodniczka. Ekologiczna norma zasolenia to przewodność na poziomie ok. 800 mikrosimensów. Tymczasem w okolicach Zielonej Góry i Frankfurtu wartości przekraczają 2000. Jeszcze gorzej jest bliżej Śląska, gdzie zasolenie w Kanale Gliwickim sięga aż 8000 mikrosimensów. - To są naprawdę ekstremalne wartości. Zasolenie było jednym z kluczowych czynników katastrofy z 2022 roku - przypomina nasza rozmówczyni.
Katastrofa na Śląsku. Trwa walka z czasem. 'Wszyscy są tu przerażeni'
Ale problemów Odry jest więcej. Jednym z nich jest postępująca susza, której skutki widać zarówno w krajobrazie, jak i w samej rzece. - Poziom wód gruntowych spadł o kilka metrów w ciągu kilkunastu lat. W rzece jest coraz mniej wody, a do tego udrożnianie i regulacja koryta przyspieszają jej spływ. Zamiast zatrzymywać wodę w krajobrazie, wypuszczamy ją - mówi z przejęciem Ewa Drewniak. Hydrotechniczne inwestycje, które miałyby rzekę "porządkować", nie zawsze pomagają. - To nie są budowle zatrzymujące wodę. One nie zwiększają retencji, tylko przyspieszają odpływ. I niestety widzimy tego skutki coraz bardziej - nie tylko my, przyrodnicy w terenie, ale i mieszkańcy - zaznacza nasza rozmówczyni.
Jak pomóc Odrze? Renaturyzacja zamiast regulacji
Choć Odra łączy dwa państwa, wspólna polityka wodna Polski i Niemiec wciąż bardziej przypomina równoległe linie niż realne porozumienie. Po obu stronach granicy mówi się o kryzysie, ale dialog systemowy niemal nie istnieje. Nadzieją mogą być pierwsze sygnały z niemieckiej strony, szczególnie z landów graniczących z Polską. Pojawiają się tam głosy o potrzebie renaturyzacji - procesu, który może pomóc rzece odzyskać równowagę ekologiczną.
- Renaturyzacja to nie żadna fanaberia. To po prostu przywracanie rzece przestrzeni - odsuwanie wałów, żeby mogła wylewać w czasie większych opadów. To tańsze i skuteczniejsze niż przekształcanie rzeki w kanał żeglugowy. Tylko trzeba chcieć to zrobić - tłumaczy przyrodniczka. Dodaje, że nie chodzi o powrót do dzikiej rzeki sprzed wieków. Współczesna Odra jest już osadzona w krajobrazie pełnym miast, infrastruktury i oczekiwań gospodarczych. Ale poza aglomeracjami są dziesiątki kilometrów, gdzie można pozwolić jej swobodnie płynąć.
- W miastach renaturyzacja nie jest możliwa, nikt tego nie postuluje. Ale mamy wiele przestrzeni poza nimi. To tam trzeba działać. A nie budować domy na terenach zalewowych, co się niestety dzieje od lat. Potem we wrześniu przy podniesionym poziomie wody zaczynają się dramaty, bo trzeba ratować osiedla tymczasowymi wałami z worków. I co się z nimi robi? Zamiast je rozebrać, planuje się je wzmocnić i przekształcić w stałe zabezpieczenia. To absurdalne - mówi z niedowierzaniem.
Dolnośląska wieś przestanie istnieć? Mieszkańcy 'w zawieszeniu'. 'Nie wiemy, co robić'
Od 1997 roku minęło ponad ćwierć wieku. Doświadczenie tamtej wielkiej powodzi nie zostało jednak przekute w mądrą, przyszłościową strategię. - Nie odrobiliśmy tej lekcji. Nadal traktujemy rzekę jak przeszkodę, z którą trzeba walczyć, zamiast partnera, którego warto słuchać. Nadal staramy się jak najszybciej spuścić wodę do Bałtyku, zamiast ją zatrzymywać i wykorzystywać - ocenia przyrodniczka. Problem z wodą nie jest już tylko prognozą z raportów. To codzienność wielu polskich gmin. - Wielu ludzi myśli, że skoro woda leci z kranu, to problem nie istnieje. A przecież mamy w Polsce gminy, które latem regularnie zmagają się z brakiem wody. To nie przyszłość, to już się dzieje - zapewnia nasza rozmówczyni.
Zielona Góra też ma głos
Choć największe decyzje w sprawach rzek zapadają w Warszawie, samorządy lokalne nie są skazane na bezsilność. Mogą współpracować z instytucjami odpowiedzialnymi za gospodarkę wodną, inicjować lokalne projekty i dbać o to, co dzieje się na ich odcinku Odry. Problem w tym, że z tej możliwości wciąż rzadko się korzysta. - Władze regionalne mogą współpracować z Wodami Polskimi czy z Regionalnymi Zarządami Gospodarki Wodnej. Te instytucje mają narzędzia, by wdrażać lokalne działania, jak odsuwanie wałów od rzek czy retencjonowanie wody w krajobrazie - mówi Ewa Drewniak. - Ale nie słyszałam, żeby takie pomysły pojawiały się na przykład w okolicach Zielonej Góry. Przynajmniej na razie - dodaje.
Gdy brakuje inicjatywy ze strony władz, pałeczkę przejmują aktywiści i organizacje społeczne. Ich działania są coraz lepiej zorganizowane i coraz odważniejsze. - Warto wspierać takie inicjatywy jak choćby ostatnią akcję dotyczącą zbierania podpisów pod ustawą o nadaniu osobowości prawnej Odrze. To nie tylko symboliczny gest, to realne narzędzie, które może wzmocnić ochronę rzeki - podkreśla przyrodniczka.
Innym ważnym celem jest powstanie Parku Narodowego Doliny Odry. Tereny zalewowe doliny mają ogromny potencjał w zakresie retencji, pozwalają magazynować wodę, która w czasie suszy może ratować nie tylko przyrodę, ale i ludzi. - To miejsce, gdzie wodę można zatrzymać. Gdzie rzeka może odzyskać choć kawałek przestrzeni dla siebie. To się przekłada na konkretne korzyści dla nas wszystkich - zauważa nasza rozmówczyni.
'Wielkopolska Ibiza' wysycha. 'To jedna wielka katastrofa'
Nie tylko rzeki, ale i torfowiska zasługują na uwagę. Przeciętny mieszkaniec Zielonej Góry może wspierać organizacje, które działają na ich rzecz - jak Klub Przyrodników czy Koalicja Ratujmy Rzeki. To właśnie torfowiska są najcenniejszymi rezerwuarami wody w kraju. - Retencjonują więcej wody niż wszystkie rzeki i jeziora razem wzięte. To ekosystemy, które działają jak gąbka. Tyle, że myśmy większość z nich osuszyli - najpierw w XVIII i XIX wieku, a teraz nadal to robimy. Zostało ich bardzo niewiele. A to właśnie one zatrzymują wodę - około 35 miliardów metrów sześciennych - tłumaczy Ewa Drewniak.
Sól, złote algi i niespełnione obietnice
Rzeka, która powinna tętnić życiem, wciąż przypomina chemiczny kanał. Wciąż wrzucane są do niej tony soli, wciąż brakuje sprawnego monitoringu, wciąż nie widać przełomu, choć wszystko, co potrzebne, leży na stole.
- W 2022 roku, w samym środku katastrofy, do Krosna Odrzańskiego przyjechał Donald Tusk. Był wtedy w opozycji. Obiecywał, że się zajmie rzeką. Dziś jest premierem i ma w rękach wszystkie narzędzia, żeby dotrzymać słowa. Ale nic z tego nie zostało zrealizowane. Kompletnie nic - mówi z wyrzutem przyrodniczka.
Zamiast poprawy jest jeszcze większe zasolenie. Jak dodaje nasza rozmówczyni, w 2023 roku do Odry wrzucono o 8 procent więcej soli niż rok wcześniej, czyli tuż po katastrofie. - Wszyscy już wtedy wiedzieliśmy, że sól sprzyja rozwojowi złotej algi - tej samej, która zabijała ryby i małże. I mimo tej wiedzy nic się nie zmieniło - mówi. Dla kopalni wrzucanie soli do rzeki to wciąż najbardziej opłacalny sposób pozbycia się odpadu. - Za każdy kilogram płacą 5 groszy. To są absurdalnie niskie opłaty, więc nikomu nie opłaca się inwestować w systemy odsalania. A przecież te systemy istnieją, można je wdrożyć, ale potrzebna jest decyzja polityczna i presja. Na razie jej brak, a rzeka jak płynęła brudna, tak płynie dalej - zwraca uwagę Ewa Drewniak.
Odra jeszcze może żyć
Odra to wciąż rzeka, która może być domem dla ryb, ptaków i ludzi. Choć dzisiaj przypomina bardziej ściek niż żywy ekosystem, przyrodnicy i społecznicy nie tracą nadziei. - To wszystko jest do zrobienia. Wierzę w to, choć wiem, że będzie bardzo trudno - mówi Ewa Drewniak. Według niej najważniejsza jest zmiana postawy społecznej. - Ludzie muszą zrozumieć, że rzeka to nie jest coś, co płynie obok nas, tylko coś, co daje życie. Bez niej my też nie będziemy funkcjonować - podkreśla nasza rozmówczyni.
Zdaniem Ewy Drewniak nie ma mowy o ratowaniu Odry bez poważnej rozmowy o końcu węglowej gospodarki. Obiecywana przez rząd zmiana przepisów, która miała ukrócić zrzuty słonych ścieków do rzek, nie została zrealizowana. - Kary są śmiesznie niskie. Za kilogram soli wrzucanej do Odry kopalnie płacą kilka groszy. W 2023 roku naliczono im 30 milionów złotych kar i wszystkie zostały umorzone. A przecież gdyby to ktoś z nas zatruł rzekę, kara na pewno nie zostałaby umorzona - mówi przyrodniczka.
Na pytanie o stan samej Odry nie ma złudzeń. - Chemicznie rzecz biorąc, woda w całej rzece jest brudna. Bardziej lub mniej słona, naszpikowana biogenami ze ścieków i pól. Wydaje nam się dziś absurdem, że kiedyś można było się napić wody z rzeki. A przecież do tego powinniśmy dążyć, by znów można było się w niej swobodnie kąpać i pić z niej wodę - mówi Ewa Drewniak.
Nie tylko ryby i ludzie cierpią. Wysychają także lasy łęgowe, wyjątkowe siedliska przyrodnicze związane z rzeką. - Odrzańskie łęgi, uznawane za jedne z najlepiej zachowanych w Polsce, zaczęły wysychać po wybudowaniu stopnia wodnego w Malczycach. Ta konstrukcja miała działać zgodnie z decyzją środowiskową, rzeka miała być "karmiona", czyli zasypywana materiałem, żeby nie obniżać dna. Ale to się nie dzieje. Wody Polskie twierdzą, że nie mają pieniędzy. To właśnie ten brak realizacji zobowiązań, ta administracyjna obojętność i zamiatanie spraw pod dywan są dziś największym zagrożeniem dla Odry - podkreśla nasza rozmówczyni.
Walczą o osobowość prawną dla Odry. O co chodzi?
Odra od lat jest bezbronna. Choć w jej wodach odbija się historia regionu, to w świetle prawa pozostaje niemym odbiorcą zanieczyszczeń, błędnych decyzji i ludzkiej bezmyślności. Może się to jednak zmienić. Trwa obywatelska walka o uznanie Odry za byt posiadający osobowość prawną. - W praktyce to oznacza, że Odra będzie miała swoją reprezentację. Ludzi, którzy będą mogli mówić i działać w jej imieniu - tak jak zarządy mówią w imieniu firm, a fundacje mają swoich przedstawicieli - tłumaczy Ewa Drewniak.
Osobowość prawna dla rzeki to konkretny instrument ochrony. Nie chodzi o to, że Odra stanie się "osobą", tylko o to, że ktoś będzie miał prawo wystąpić w jej imieniu, np. przed sądem. Będzie można domagać się przestrzegania jej prawa do życia, do czystości, do naturalnego rytmu. W skład reprezentacji Odry - zgodnie z projektem ustawy - mają wejść społecznicy, naukowcy, prawnicy, ale również urzędnicy państwowi. To praktyczny krok, by rzeka była postrzegana jako żywy system - coś, co zasługuje na szacunek i ochronę.
Społecznicy zebrali podpisy pod obywatelskim projektem ustawy - w terminie trafiły one do Sejmu. Jednak we wtorek (20.05) marszałek Szymon Hołownia poinformował, że zabrakło 7 002 podpisów z wymaganych 100 tysięcy. Część podpisów była nieczytelna lub zawierała błędy, takie sytuacje się zdarzają. Dzień później, w środę (21.05) grupa posłanek i posłów ogłosiła, że złoży projekt jako inicjatywę poselską - w tym przypadku wystarczy podpis 15 parlamentarzystów. To sposób, by nie zmarnować społecznej mobilizacji i głosu społeczeństwa. - Jeśli miałabym wysłać jedną wiadomość do polityków, to powiedziałabym im jasno: my się nie poddamy. Nie przestaniemy działać - przekonuje przyrodniczka.